Glass Curtain by Thaddeus Hutyra

in Polish III

 

Start ] chapter 1 ] chapter 2 ] chapter 3 ] chapter 4 ] chapter 5 ] chapter 6 ] chapter 7 ] chapter 8 ] chapter 9 ] chapter 10 ] chapter 11 ] chapter 12 ] chapter 13 ] chapter 14 ] chapter 15 ] chapter 16 ] chapter 17 ] chapter 18 ] chapter 19 ] chapter 20 ] chapter 21 ] chapter 22 ] chapter 23 ] chapter 24 ] chapter 25 ] chapter 26 ] chapter 27 ] chapter 28 ] chapter 29 ] chapter 30 ] chapter 31 ] chapter 32 ] chapter 33 ] chapter 34 ] chapter 35 ] chapter 36 ] chapter 37 ] chapter 38 ] chapter 39 ] chapter 40 ] chapter 41 ] chapter 42 ] chapter 43 ] chapter 44 ] chapter 45 ] chapter 46 ] chapter 47 ] chapter 48 ] chapter 49 ] chapter 50 ] chapter 51 ] chapter 52 ] chapter 53 ] chapter 54 ] chapter 55 ] chapter 56 ] chapter 57 ] chapter 58 ] chapter 59 ] chapter 60 ] chapter 61 ] chapter 62 ] chapter 63 ] chapter 64 ] chapter 65 ] chapter 66 ] chapter 67 ] chapter 68 ] chapter 69 ] chapter 70 ] chapter 71 ] chapter 72 ] chapter 73 ] chapter 74 ] chapter 75 ] chapter 76 ] chapter 77 ] chapter 78 ] chapter 79 ] chapter 80 ] chapter 81 ] in Polish ] in Polish II ] [ in Polish III ] chapter 82 ] chapter 83 ] chapter 84 ] chapter 85 ] chapter 86 ] chapter 87 ] chapter 88 ] chapter 89 ] chapter 90 ] chapter 91 ] chapter 92 ] chapter 93 ] chapter 94 ] chapter 95 ] chapter 96 ] chapter 97 ]

SZKLANA KURTYNA
ROZDZIAL III - SKROCONA WERSJA
AUTOR : TADEUSZ HUTYRA
IN POLISH/PO POLSKU

 

Wieczorem Tadek Vangard zostal odwieziony przez Alice Thompson do jego mieszkania w willi Hermana Van Veenen i 
jego uroczej zony.Byl przekonany,ze wizyta zarowno u siostry Hermana jak i w domu Polakow pozostanie na dlugo w jego 
pamieci.Mial oczywiscie mieszane uczucia.Nowy Rok jednak juz byl na dniach i fascynacja zobaczenia sie z niezwykla 
Raquel hendriks wzrastala w nim do niebotycznych rozmiarow.Totez,gdy w koncu nadszedl wieczor sylwestrowy czul sie 
tak jakby mial przypiete skrzydla do ramion.Zabawa sylwestrowa miala miejsce na tarasie pod golym niebem,z ktorego 
rozciagala sie niezwykla panorama Welingtonu a zwlaszcza jego wybrzeza oswietlonego na kolorowo.Bylo cieplo,prawie 
dwadziescia stopni.Wszystkie damy,ktore zjawily sie na zabawie sylwestrowej wygladaly jak anioly przybyle z raju.Mialy 
na sobie stroje takich projektantow jak Gianni Versace,Jean Paul Gaultier,Ralph Lauren,John Bartlett,Calvin 
Klein...Helen Van Veenen miala na sobie delikatna,biala sukienke z jedwabiu,bardzo krotka i przezroczysta,wytkana 
srebrnymi nicmi,ktore powodowaly,ze gdy tanczyla w swietle reflektorow wygladala jak jeszcze jedna gwiazda,ktora cudem
 spadla z firmamentu nieba.Raquel Hendriks miala na sobie nieco dluzsza sukienke,rownie delikatna i cala w 
purpurze.Widac bylo przez nia jej gietkie cialo,ponetne ponad wszelka wyobraznie.Inne z dam nie prezentowaly sie 
gorzej,ale gdy doszlo do wspolnego tanca pan i panow,to Raquel Hendrics i Tadek Vangard rzucali sie najbardziej w 
oczy.Wpatrzeni byli w siebie nawzajem jak w osme cuda swiata,spleceni z soba niemal w jedna calosc i tanczyli bez konca 
az niezliczone fajerwerki nad stolica oznajmily Nowy Rok.Jeden korek za drugim,trzecim i dziesiatym wzbily sie w 
powietrze nad ich tarasem i zaczela sie szampanska czesc tej wielkiej nocy oraz wzajemne zyczenia noworoczne,serdeczne 
i bliskie pocalunki oraz uniesienia szczescia,ktore temu wszystkiemu towarzyszylo.A potem na nowo zaczela sie 
zabawa,ktora tak naprawde miala trwac do samego rana.W pewnej chwili,moze byla trzecia nad ranem,Raquel pociagnela 
Tadka Vangarda za rekaw i podeszla z nim do jej czerwonego,sportowego Jaguara.Wsiadli do niego i Raquel,za kierownica 
oczywiscie,rozesmiala sie na glos ze szczescia a potem ruszyla dynamicznie samochodem z miejsca tak jakby to byl 
prawdziwy Jaguar,z cala niezwykloscia jego sprezystego cielska.Dojechali do plazy zwanej Oriental Bay,zaparkowali 
samochod i udali  sie na piaszczysta plaze.Mieli szczescie bo w okolicy nie bylo zywego ducha.Raquel Hendriks dygotala 
chociaz bylo cieplo i wtulila sie w ramiona Tadka Vangarda.Zlotem lsniacy piach,w blasku gwiazd na niebie i ksztaltnych 
lamp obok plazy byl delikatny jak drogocenny dywan.Raquel Hendriks stanela w miejscu,odwrocila sie do Tadka Vangarda
 i wpatrzyla sie w jego oczy.On zas dotknal jej usta i policzki,i czul sie tak jakby jechal w karocy szczerozlotej do samego 
nieba.A potem jego usta spoczely na jej ustach i wiedzial,ze oto znalazl sie w samym raju,chociaz to miejsce tak naprawde 
nazywalo sie skromnie Oriental Bay...
Najprawdziwszy nectar splywal z ich ust we wnetrza ich cial,osladzajac je do tego stopnia,ze jedyne co pragneli 
to zlepic sie z soba w jedna calosc.Zrzucili z siebie swoje ubrania i  w calej ich ozdobie,jak biblijny Adam i 
Ewa,padli sobie w ramiona i dali upust rozkoszom,ktore ich nawiedzily.Pomost,ktory laczyl ich 
wnetrza,rozpalone do czerwonosci,nigdy nie odplywal z jej przystani rozkoszy.Nektar wciaz napelnial ich do 
samego pelna podczas gdy oni,oblepieni suchym i szczerozlotym piachem wyrzezbiali ksztalty milosci w tej 
czesci plazy,ktora sluzyla im za loze milosci.Brylantowe gwiazdy na niebie oslupialy z wrazenia.Takiej 
milosci,na lozu  plazy i do taktu muzyki Chopina,granej przez fale morskie,rozdygotane z najprawdziwszego 
podniecenia-nigdy dotad nie widzialy.Zapragnely utrwalic raz na zawsze ten akt milosci na lonie natury,padly 
promienne odblaski z ich gwiezdzistych koron,ktore wygladaly jak najwspanialsze fajerwerki swiata.
A tymczasem Vanessa Hendrics i Tadek Vangard wciaz dalecy byli od rozdzielenia sie od siebie.Tadek Vangard 
nie odplynalby z jej przystani rozkoszy za zadne skarby swiata a ona nie pozwolilaby mu odplynac od 
siebie.Nektar rozkoszy wciaz napelnial ich bez konca.Ich ponetne ciala byly nadymione jak balony.Chwila 
szalenczej ekstazy,tej,ktora nazywala sie orgazmem nieuchronnie zblizala sie do nich wraz z cieciwa 
wystrzelona z luku Erosa.
Tarzali sie na piachu,w blasku odleglych gwiazd i bliskich neonow ulicznych,przy akompaniamencie muzyki 
fal,delikatnie przyplywajacych i probujacych ich musnac swoim ozerzwiajacym chlodem,i z kolei  odplywajacych 
w swiadomosci nienasycenia.Zamieniali sie w coraz to nowe konfiguracje ksztaltow i form,tak ze dodawali 
jeszcze jeden rozdzial do Kama Sutry.Jego statek kosmiczny penetrowal caly jej wszechswiat.Probowal dotrzec 
w najdalsze i najglebsze zakamarki jej kosmosu,nienasycony i  zadny nowych podbojow.Byl konkwistadorem 
milosci.Niewazne bylo czy to byla  Mleczna Galaktyka czy tez Galaktyka Andromedy,czy tez galaktyka 
jakiegoz innego gwiazdozbioru.Wazne bylo to,ze jego rozkoszy nie bylo konca tak dlugo jak dlugo penetrowal 
ja,piescil ja,kochal ja.Oh,co to byla za milosc!
Lada chwila mieli przeobrazic sie w tenora i sopranistke,i wyspiewac cala game z repertuaru Pucciniego do 
taktu ich ekstazy.Tak tez sie stalo i ich orgasm dal upust szalenczej oraz niepohamowanej eksplozji,ktora 
z kolei przyczynila sie do stworzenia ich nowego swiata,swiata milosci.Tak jak niegdys stalo sie to 
z kosmosem.Niejeden tenor i niejedna sopranistka pozazdroscilaby im tej piesni milosci,ktora wyspiewali 
podczas ich orgazmu...Doprawdy,byli w siodmym niebie!...
Raquel Hendriks wtulila swoja twarz w jego piersi ozdobione reka kolodzieja i wdychala w siebie wszystkie 
najprzedniejsze zapachy swiata,jakie z nich mogla wydobyc.Jej jezyk musnal ta czy owa czesc jego ciala by dodac 
smaku do jej uczuc.Cale jej cialo wciaz gotowalo sie,bylo nadete wniebowziecie i raz jeszcze zapragnela by ten 
mezczyzna obok niej wplynal w jej przystan z calym swoim arsenalem.Tadek Vangard trzymal swoje rece na jej 
biodrach i gladzil je delikatnie,do rytmu morskich fal.Wpatrzeli sie w gwiazdy szczerozlote,ktore byly dachem ich 
palacu,piekniejszego niz jakikolwiek inny z jakiejkolwiek basni.Poczul jak jej reka przesunela sie w jego gesta i 
nieprzebrana dzungle,i dotarla do jego przybytku meskosci,ktory sprezyl sie i zaczal przybierac wagi oraz 
rozmiarow,takich,ktore samego wlasciciela zadziwily.Jej dlon nadal uparcie spoczywala na nim i Tadek Vangard 
myslal,ze oszaleje z nowej ekstazy,ktora nim zawladnela.Pomimo to nie przedsiewzial jeszcze zadnej akcji.Tak 
blogo bylo czuc to co wlasnie czul,ze pragnal to uwiecznic.Ona najwidoczniej tez,bo przylgnela do niego nawet 
bardziej a jej piersi byly nadete jak dwa ogromne balony.Tadek Vangard czul,ze ogarnia go nieprzebrana pasja i 
mial wrazenie,ze ogien rozszalal sie na dobre w jego wnetrzach.I wciaz jeszcze powstrzymywali sie od nowej fali 
szalonej milosci.Nadal Wpatrzeni byli w gwiazdy i wschuchali sie w ich tysiace i jeden basni wzietych z zycia,bo 
przeciez byly one swiadkami tego co dzialo sie na Ziemi oraz w kosmosie.A tymczasem ich ciala wciaz nadymaly 
sie,krew w ich zylach i tetnicach zamienila sie we rwace potoki i rzeki,ktore wzbieraly i przebieraly.Byl czas 
najwyzszy,zeby dac upust aktowi milosci,po ty by zapobiec powodziom.Jego statek kosmiczny,tak okazaly jak sam 
Challenger czy Atlantis byl juz w pelnej gotowosci.Zreszta cale jego cialo jak i jej cialo.Ich usta spoczely na sobie i 
jego statek kosmiczny wystrzelil prosto w jej nieprzebrany wszechswiat usiany milionami gwiazd,ktore rozswiecily 
sie z wrazenia na amen.Rozpoczela sie na nowo wielka podroz miedzygwiezdna aleja gwiazd.Oh,jak blogo bylo czuc 
sie nawzajem,ocierac sie o siebie,rozkrzesywac kazda czesc swoich cial w tej podrozy miedzygwiezdnej! Fale morza 
jak i same gwiazdy roztanczyly sie w tangu milosci,bardziej porywczym niz jakiekolwiek inne tango.A gdy 
w koncu jego statek kosmiczny zwiedzil kazdy zakamarek jej kosmosu i obdarzyl ja raz jeszcze najwieksza 
z ekstaz,orgazmem,wyplynal z jej alei gwiazd prosto na plaze Oriental Bay i uchwycil fale morskie na goracym 
uczynku jak wciaz jeszcze byly roztanczone w tangu milosci.Poczul sie mocarzem,pociagnal ja za reke i sami 
zaczeli tanczyc to tak zwane tango milosci  na szczerozlotym piachu dalekiej Nowej Zelandii i w calej ozdobie ich 
nagich cial.
A gwiazdy jak swiecily tak swiecily.Ta wielka,noworoczna noc nie chciala sie skonczyc.Mialo sie wrazenie,ze caly swiat
 rozspiewal sie i roztanczyl.Fale morskie,oniesmielone w pierwszej chwili,na powrot rozszalaly sie w tanecznym 
szalenstwie.Boze,swiat doprawdy zamienil sie w karuzele! I to jaka! Krecaca sie na oslep! A gdy ich Romeo i Julia 
zstapili ze zlotego,suchego piachu w ozezwiajaca wode,same fale morskie doznaly takiej ekstazy,ze nie bylo juz 
odwrotu od tego szalu i euforii rownej tym jakie doznawaly te dwie istoty ludzkie w odzieniu Bozym.Wstrzasnelo nimi 
tak mocno i rytmicznie jakby wlasnie mialo miejsce podmorskie trzesienie ziemi.Tadek Vangard i Raquel Hendricks 
spojrzeli w lustrzana wode,w ktorej odbite byly usmiechy ich przewodniczek,szczerozlotych gwiazd.Rozesmiali sie 
beztrosko i Tadek Vangard pociagnal swoja boginie w cieple,magiczne fale.Chociaz byla pelna,noworoczna noc, 
temperatura powietrza byla wysoce dodatnia.Nic dziwnego,ze i fale morskie byly cieple.Zanurkowali w wodzie jak 
tylko stracili grunt pod nogami i zaczeli plywac,chluskac i bawic sie do woli w tym dziwnym swiecie lustrzanym 
nieba.To co slyszeli to nie byl juz tylko Fryderyk Chopin,to juz byl rowniez i Cyprian Kamil Norwid! Boze,jak fale 
morskie potrafily recytowac wieszcza wspaniale! Tadek Vangard i Raquel poplyneli dalej w prawdziwe glebie morza a 
potem zanurkowali raz jeszcze i otwarl sie przed ich oczami zaczarowany swiat Posejdona,przejrzyste glebie,bardziej 
delikatne niz najwspanialszy jedwab,zlote,srebrne,diamentowe rybki i ryby  przenikajace przez  ksztaltne i 
roznobarwne rafy koralowe oraz wszystkie inne cuda i dziwy,jakby za sprawa zaczarowanej rozdzki.Oh,co to byl za 
palac! Przejrzysty,szklany palac! Wyplyneli na powierzchnie i zlepili sie z soba.Poczuli,ze udzielila im sie goraczka 
morza.Szal milosci znowu ich nawiedzil i nie sposob bylo temu zapobiec.Jego wehikul wplynal w nia z taka sila jakby 
byl torpeda wystrzelona ze statku wojennego.I wtedy to spostrzegl ze zdumieniem,ze ten pomost,ktory ich polaczyl 
z soba w jedna calosc byl w istocie rzeczy podwodna lodzia.A to co znalazl w jej przystani to bylo najprawdziwsze morze 
na podobienstwo tego morza,w ktorym nieustannie ruszali nogami by utrzymac sie na jego powierzchni.Trzeba bylo 
nie lada sztuki,zeby moc poddac sie aktowi milosci w takich warunkach.Jego wehikul i on sam w nim zamienili sie 
w Magellana glebi morskich i wyplyneli na pelny ocean fantastycznych swiatow morskich jakie miala w sobie 
bajecznie piekna Raquel.Byla to podroz pelna rozkoszy i coraz to nowych zdobyczy,pelnych nowych doswiadczen w ich 
akcie milosci.Wszystko dookola bylo napelnione woda i jego wehikul nie mial zadnych klopotow by z jednej ciesniny 
przeniknac w tysiace innych ciesnin,az w koncu nie pozostalo nic innego jak wystrzelic z siebie nie jedna a setki 
torped,tak zwanych torped milosci.I stalo sie to,jakby na zyczenie samego Boga,i wytrysnela fontanna,az pod sam 
dach nieba,by udowodnic swiatu,ze nie siedem cudow a osiem cudow swiata bylo na widoku Bozym.Muzyka Chopina 
wciaz jeszcze byla grana i wiersze Norwida wciaz jeszcze byly recytowane przez fale morskie,gdy poplyneli z powrotem 
do brzegu,spelnieni do konca w niepojetym szczesciu.Sam diabel ze swoimi zastepami i wszyscy swieci 
zarazem pekali zzazdrosci.Jedni pisali szatanskie wersety a drudzy anielskie wersety.A to co widzieli nie sposob bylo 
im opisac bo sztuka milosci byla domena zakochanych...
Na szczescie Slonce wyjrzalo zza widnokregu i jego swietliste promienie wystrzelily w cztery strony swiata.Ujrzaly
 nagusow na nowozelandzkiej plazy i oniemialy z wrazenia na ich widok.Chcialy sie wedrzec na sile w przybytek 
milosci jaki miala w sobie urocza Raquel.Nic wiec dziwnego,ze para kochankow z miejsca zostala osuszona.Tadek
 Vangard poczul sie jak Herkules dzieki promieniom slonecznym,ktore wchlonely sie w niego..Miesnie we 
wszystkich jego czlonkach a w szczegolnosci w jego przybytku meskosci na nowo zaczely nabrzmiewac do tego 
stopnia,ze rozsadzaly go od wewnatrz jak dynamit skale.O dziwo,raz jeszcze zapragnal zdobyc swoja boginie, 
wedrzec sie w najglebsze zakamarki jej ciala i duszy,i poic sie nia az do kompletnego upojenia.Rozwarl 
jej dlugie,mleczne nogi  i dobral sie do niej jak niedzwiedz do najprzedniejszego miodu.Promienie sloneczne 
scielily mu droge i powodowaly,ze jej meszek swiecil sie niemal tak jak one same.Dobrze ze nie byla to juz glebia
 nocy bo jej swiatynia milosci bylaby drogowskazem dla pielgrzymow milosci.I podczas gdy on upajal sie 
najprzedniejszym nektarem ,ktory wrecz lal sie w niego pelnym strumieniem z jej magicznego dzbana,tak 
swiezym i ozywczym jak najczystszy strumien podhalanski,ona rozspiewala sie na nowo w takich piesniach 
milosci,ze bila na glowe swiatowe gwiazdy w jakiejkolwiek dziedzinie wokalnego wykonawstwa.Madonna napewno
 nie mialaby zadnych szans z nia,Celine Dion zapewne rowniez nie.A on wciaz dobieral sie do niej jak niedzwiedz 
do miodu.I dzialo sie z nim cos niezwyklego,nabieral coraz wiecej sil i niepohamowanego pragnienia.Jego 
miesnie byly juz nabrzmiale do ostatnich granic,jego czlonek byl bardziej twardy niz najtwardszy z kamienia  
jednoczesnie tak czuly,wrazliwy i frywolny jak zlota rybka skakajaca w powietrzu.Czas
 byl najwyzszy ,zeby ten jego przybytek milosci znalazl sie w koncu w jej swiatyni milosci.I tak sie stalo a nie 
inaczej,wlecial w nia na karocy uslanej z samych tylko promieni slonecznych,bardziej delikatnych niz 
najdelikatniejsza tkanina.On sam sie rozspiewal niczym Elvis Presley.Slonce zapomnialo sie z wrazenia 
i wszystkie jego promienie zaczely bic z taka sila w ta plaze zwana Oriental Bay,ze trudno byloby komukolwiek 
zrozumiec,ze to nie bylo samo poludnie a jedynie wczesny ranek,budzacy ptaszki do dziennego zycia.One same 
najwidoczniej postradaly zmysly bo pojawila sie cala ich chmara w powietrzu i roztanczyly sie,i rozszczebiotaly 
zarazem na widok ich krolewskich mosci w akcie milosci.Szalenstwo milosci zawladnelo nimi i pedzili na oslep 
w slonecznej karocy,nie zwazajac na to czy byla to wyboista droga czy tez aleja gwiazd w przestworzach nieba.
Nie bylo granic dla nich.Zblizali sie nieuchronnie do tej wielkiej chwili,ktora miala kulminowac w supernowej 
ich ekstazy.I tak sie tez stalo,orgazm rozsadzil ich ciala i dusze od wewnatrz,i przywrocil ich do ich nowego 
zycia,w swoistej reinkarnacji,ze swiata fantazji w swiat rzeczywistosci.Dlugo jeszcze oddychali szybko,ciezko i 
rytmicznie,probujac dojsc do siebie.W koncu im sie to udalo ale nadal lezeli obok siebie bez slowa,jak dwoje
kosmitow pozostawionych na plazy pewnej planety w gwiazdozbiorze Mlecznej Galaktyki.Planety,ktora nazywala 
sie planeta Ziemia...
Pierwsi ludzie pojawili sie na trotuarze,ktory przylegal do plazy.Spogladali ukradkiem na dwoje zakochanych. 
Tadek Vangard i Raquel Hendrics zdazyli juz,oczywiscie,przywdziac cos niecos ze swoich ciuchow na siebie.Ale nadal
 wygladali jak Adam i Ewa na rajskiej wyspie,ktorym Boze przykazania nawet nie snily sie w takiej chwili ani na 
moment.Patrzyli w swoje oczy jak w siedem cudow swiata i nie zdawali sobie sprawy z tego,ze dla tych, ktorzy ich 
widzieli w ich pozach milosci naprawde wygladali jak osmy,dziewiaty a moze i dziesiaty cud swiata.Nikt nie istnial 
dla nich i swiat sie zatrzymal,czas sie zatrzymal i cokolwiek innego.Krolestwo milosci,we wszystkich kolorach 
swiata,bylo bezgraniczne.I tak dlugo,jak dlugo wpatrzeni byli w siebie dzierzyli berla i insygnia krolewskie,ktore 
milosc im wreczyla.Byli mocarzami swiata! Poranni biegacze biegli w jadna i druga strone wzdluz plazy,pary 
zakochanych spacerowaly nieopodal,mlodzi naogol,ktorzy przybyli nad plaze by zaczerpnac swiezego powietrza po 
szalonej,sylwestrowej nocy.Kazda z tych par miala w sobie berlo,podarowane im przez milosc,ktora byla piekniejsza 
i dorodniejsza ponad wszystko i tak czysta jak najbialsze platki rozy,i tak slodka zarazem jak tony czekolady 
slodzacej podniebienia tych,ktorzy jej pragneli.Oh! Co to byl za dzien! Ten noworoczny dzien! Bardziej upalny niz 
jakkikolwiek inny dzien! Slonce palilo i prazylo juz od samego rana i kto zyw,pedzil na plaze.Byla moze dziesiata 
rano i pielgrzymi zaru slonecznego zaczeli oblegac plaze.Nie bylo jeszcze poludnia a plaza byla juz wypelniona po 
brzegi.Przybyli wszyscy,mlodzi i starzy,rodziny z dziecmi i nastolatki,ale najwiecej-o dziwo!- bylo zakochanych, 
tych,ktorych Amor zaczarowal magia milosci tak samo jak tych dwoje pomiedzy nimi,dla ktorych plaza ta byla ich 
lozem milosci zanim jeszcze Slonce wyjrzalo na swiat.Bylo niezmiernie goraco,tym bardziej,ze nie tylko Slonce 
prazylo zazdrosnymi promieniami,ktore probowaly sie wedrzec w kazdy klebek tajemnicy ale i milosc rozpalala 
ciala zakochanych do takiego stopnia,ze nie pragneli nic innego jak poic sie soba chocby nawet do samego rana 
nastepnego dnia.Raquel Hendriks miala na sobie tylko bikini a Tadek Vangard slipy i delikatna koszule,ktora 
falowala na jego ramionach i wahlowala go ozywczo.Nie potrafili oderwac od siebie nie tylko swoje oczy ale i 
usta,przez ktore splywal cudotworczy nektar w ich wewnetrzny swiat,jeden jedyny,ich wspolny swiat,tak zwany 
swiat milosci.Byli podroznikami milosci,zdobywali Mount Everest czy Mount Blanc,czy nawet polskie Rysy i 
slowacki Gerlach.Zapuszczali sie w dzungle afrykanskie i w takie miejsca,gdzie noga ludzka jeszcze sie nie 
znalazla.Przeplywali przez Kanal La Manche i zeglowali w tak zwanym Cup of America.Zagladali w kafejki 
nowojorskie i paryskie zarazem.Potrafili sie znalesc na tajlandzkiej Koh Samui jak rowniez na riwierze wloskiej w 
jednym i tym samym czasie.I wszystko to za sprawa ich ust zlepionych z soba jakby sam Picasso utrwalil to na 
plotnie a Leonardo da Vinci uwiecznil  w rzezbie na czesc milosci...
A gdy napoili sie do woli swoimi ustami objeli sie nawzajem by i ich ciala nakarmily sie do woli.Znieruchomieli 
w swoich objeciach a bicie ich serc stalo sie biciem jednego serca,tak zwanego serca milosci,ktore uderzalo tak 
glosno jak dzwon Zygmuntowski na Wawelu.Ich glowy byly splecione z soba i spoczywaly na ich ramionach. 
Wygladali jak statuetka milosci wyrzezbiona rekami archaniola,odzwierciedlajaca cuda i dziwy,na jakie stac bylo 
milosc,ktora byla krolem i krolowa zarazem i uosobiala sie w nich do absolutnej perfekcji.Bylo dopiero samo 
poludnie i kazdy skrawek plazy byl zajety przez ludzkie postacie a zgielk glosow i odglosow, smiechu i radosci 
rozbrzmiewal bez przerwy niczym muzyka targowa.Slonce prazylo promieniami tak bardzo,ze staly sie 
koncertem orkiestry prowadzonej w mistrzowski sposob przez dyrygenta,tak zwanego dyrygenta milosci.Oh! Co 
to byl za koncert! Co za dzwieki,niebianskie doprawdy,te skrzypce z jekami zakochanych i wiolonczele, gitary, 
organy,fortepiany,i perkusje oraz wszelkie inne instrumenty milosci,oszalale wrecz do taktow ich dyrygenta 
milosci.A Tadek Vangard i  Raquel Hendrics wciaz jeszcze zlepieni byli z soba i ich glowy nadal spoczywaly na ich 
ramionach.Wschuchali sie w ten koncert,tak zwany koncert milosci.To byly czary doprawdy,czary milosci i nic 
dziwnego,ze swiat przestal dla nich istniec albo przeciwnie,istnial,bo byl to ich swiat,tak zwany swiat milosci. 
Hollywood sie im nie rownal ani tez indyjski Bollywood.Wieza Eiffla byla taka jakas malenka,jak zabaweczka w 
rekach dziecka.Tak samo Palac Kultury i londynski Westminster,ktorego blask byl przycmiony.A blask Kremla 
byl zgaszony i Brama Branderburska wrecz niewidoczna.I tylko ich palac,tak zwany palac milosci,lsnil 
w promieniach Slonca niczym szklana swiatynia Boga.Doprawdy cialo slowem sie stalo i mieszkalo miedzy 
nimi.Ta plaza na Oriental Bay w dalekiej Nowej Zelandii wygladala niczym raj na Ziemi.Dzieci pluskaly sie 
w przezroczystych falach morza a dorosli opalali sie beztrosko w Sloncu,badz wpatrzeni byli w siebie,gdy byly to 
pary zakochanych.Oh,co to bylo za lato! Nowo-zelandzkie,noworoczne lato! Lsniace,promienne,idealne dla 
zakochanych.Nic wiec dziwnego,ze Tadek Vangard i Raquel Hendrics trwali w swoich objeciach,i ani mysleli 
oderwac sie od siebie,ani nawet na moment.Czas sie zatrzymal dla nich a byl to tak zwany czas milosci.I znowu 
stali sie poszukiwaczami przygod,on niczym Indiana Jones a ona niczym Barbarella.Zmierzali ten ich swiat,tak 
zwany swiat milosci,od Zatoki Gdanskiej po grzbiety Andow,od egipskich piramid po Chinski Mur,od Akropolu 
po Statue Wolnosci.I nie musieli opuszczac ich plazy ani nawet rozdzielac sie od siebie,ani na chwile.Bo milosc 
ich nie znala granic i byla zaczarowanym zwierciadlem...
Wydawalo sie,ze ich milosc nie miala konca,dzien  wciaz jeszcze buchal pelna para i byl ozdobiony  promieniami
Slonca.Plaza nadal byla zapelniona ludzmi,halasliwa,zabawna,urocza.Zagle na morzu lsnily 
roznokolorowo,szalone lodzie motorowe mknely tam i z powrotem ,a plejada nurkow i plywakow blizej plazy 
popisywala sie sztuczkami na sto dwa.Swiat sie wydawal taki piekny,zanurzony w beztrosce,nie 
przemijajacy.A Tadek Vangard i urocza Raquel wciaz jeszcze spleceni byli z soba w jedna calosc i wyznawali sobie
 swoimi oczami niezgonna milosc,tak bajecznie piekna jak najpiekniejszy ogrod  roz,od gleboko szkarlatnych roz
 zwanych Royal William,purpurowych zwanych Precious Platinum i brzoskwiniowych zwanych Alpine Sunset po 
kremowozolte roze zwane Broadlands,rozowe z morelowym odcieniem zwane  Compassion,biale z bladorozowym 
odcieniem w srodku zwane Swan Lake,brzoskwiniowe  zwane Sweet Dream oraz intensywnie morelowe roze 
zwane Slodkie Juliety.Aniolowie grali na harfach a oni byli piesniarzami,tak zwanymi piesniarzami milosci.Ni 
stad ni zowad chor anielski pojawil sie i koncert,tak zwany koncert milosci rozbrzmial  niczym  Festiwal 
w Opolu,Sopocie i San Reno.Spiewali ode na wszystkie glosy swiata,tak zwana ode do milosci,bardziej niezwykla 
niz wszystkie muzykale Lloyda Webbera razem zebrane. "Szalona lokomotywa"  z czasow,gdy byl 
Krakowiakiem,przemknela przez mysli Tadka Vangarda ale nie czas byl na wspomnienia gdy milosc poila go 
nektarem nad nektary,z ust pieknej Raquel.I gdy dodatkiem byly soczyste maliny.Swiat wydawal sie byc 
basnia,tak sliczna jak sama basn tysiaca i jednej nocy.Cuda i dziwy wciaz wydobywaly sie na swiatlo dzienne 
z zaczarowanej rozdzki i  ich zwierciadla czarow zarazem,tak zwanego zwierciadla milosci.Oh,co to byla za oda,ta 
tak zwana oda milosci! Jak Mickiewiczowska Oda do mlodosci! I jak Szekspirowska oda do wiecznosci! Nie bylo 
w niej miejsca ani na podstepnych i falszywych politykow swiata,ani na bezwzglednych dogmatykow i fanatykow 
religijnych,ani tez na nietolerancyjnych prostakow i ludzi bez kultury,bez wyobrazni.Bo ich swiat,tak zwany 
swiat milosci,byl ogrodem pelnym aksamitnych roz i niebianskich zapachow.Raz jeszcze ich usta przylgnely do 
siebie i boski wrecz nectar wlewal sie w ich wnetrza ze szczerozlotego dzbana,wyrzezbionego w promieniach 
Slonca.Dzieci wciaz pluskaly sie w ozerzwiajacych falach morza,piekne dziewczyny w strojach bikini paradowaly 
po plazy,przypominajc slowa Rogera Vadima: "I Bog stworzyl kobiete...", a dorodni mlodziency zrywali zie z energia 
rowna dziesieciu tytanom i pedzili do morza.Tadek Vangard wodzil palcem po dlugiej szyi pieknej Raquel i mial 
wrazenie,ze ujrzal jezioro pelne labedzi i sawanne z zyrafami.A gdy ona dotknela jego szyi doznala takiego 
uczucia,jakby stanela oko w oko przed samym krolem dzungli,lwem naturalnie.I o dziwo,nie bala sie,bo milosc 
nie znala strachu.A tymczasem ich oda,tak zwana oda milosci,wciaz jeszcze rozbrzmiewala w glos na wszystkie 
tony swiata.O dziwo! W pelny i promienny,letni i szczerozloty dzien! Nowozelandzki,noworoczny dzien!...
Byla juz moze szosta,moze siodma wieczorem a Slonce wciaz swiecilo jak szalone i nie chcialo zanurzyc sie w falach 
Oceanu.Za to piekna Raquel oderwala swoje usta od zachlannych ust swojego kochanka,spojrzala na niego zalotnie i 
rozesmiala sie na glos a kazda nutka jej smiechu byla wskazowka jej szczescia.-Tadek,chodzmy,kompletnie zglodnialam!-
 Szepnela polglosem.Tym razem to Tadek Vangard rozesmial sie w glos.-Wyglada na to,ze nadal nie napoilem cie i nie 
nakarmilem do syta!-Odpowiedzial tym samym tonem.-Oh,Tadek,daleko jeszcze do tego! Jestem spragniona ciebie jak 
wsciekla lwica! - Piekna Raquel odparla,wciaz smiejac sie do rytmu muzyki granej przez promienie Slonca.A widzac jego 
zmieszana mine,dodala: -Oh,Tadek,nie martw sie,nie pozre cie.Az taka wredna to nie jestem! A zreszta jak moglabym to 
zrobic,gdy z ciebie taki,oh taki,oh,moj Boze,oh taki...lew!!! Z ta czupryna,w ktorej chcialabym sie schowac po wszystkie 
czasy.Nawet raj mi nie jest bardziej slodki niz ty,moje kochanie.Oh,Tadek,jak ja cie kocham!- Nie czekajac nawet na jego
 odpowiedz,zarzucila rece na jego ramiona a ustami swoimi obsypala go bukietem szalonych pocalunkow.-Ale ma 
czelnosc!- Tadek Vangard pomyslal ale byl w siodmym a moze i nawet dziesiatym niebie.Bo jakze inaczej moglo byc,
w ramionach takiej bogini? Piekniejszej niz sama Afrodyta,zrodzona przeciez z piany morskiej? Oh,czul,ze postradal 
zmysly ale nie dbal o to.Najwazniejsze bylo,ze mial ja w swoich ramionach tak jak ona miala go w jej ramionach.Milosc 
przeciez nie znala granic! Szalona,slodka milosc! Wygladalo na to,ze oda do milosci wciaz jeszcze daleka byla do konca,i 
czynila cuda i dziwy,obdarzajac ich szczodrze darami z nie z tej ziemi,lampa Alladyna,czarodziejskim 
dywanem,zwierciadlem najprawdziwszej magii i Bog wiedzial czym jeszcze.Muza milosci miala ich owinietych w plaszczu 
milosci jak dziecieta dopiero co narodzone w akcie milosci.-No,chodzmy,Tadek!- Jej glos byl nieco 
zniecierpliwiony.Wstali z piachu,siegneli po swoje ciuchy i pobiegli do purpurowego Jaguara,zaparkowanego 
nieopodal.Wsiadli do niego,ona zalaczyla silnik i cielsko Jaguara sprezylo sie w sobie jakby do skoku na swoja ofiare.Ona
 rozesmiala sie w glos,z absolutnego szczescia,i ruszyla samochodem z predkoscia mrozaca krew w zylach,ze az piski opon
 samochodowych zbulwersowaly przechodniow.Jechali wzdluz rajskiej plazy a potem wjechali na Courtnay Place i dalej 
w kierunku Plaza Mall.Tam zaparkowali samochod i udali sie do przyciemnionej kafejki,w kolorze purpury i ze swiecami 
na stolach.Zajeli stol najmniej rzucajacy sie w oczy,w tylnej czesci kafejki.W jej przedniej czesci bylo malenkie podium 
oraz wystarczajaco duzo wolnego miejsca dla tych,ktorzy zapragneliby sobie zatanczyc.Zamowili tolstery i lekkostrawne 
potrawy.Saksofonista pojawil sie na podium i zaczal grac na swoim saksofonie,donosnie i niemal w boskim 
wydaniu.Tadek Vangard i piekna Raquel zaniemowili z wrazenia.Milosc na nowo zawladnela nimi.-Kim jest ten 
saksofonista? Gra cudownie!- Raquel zapytala kelnera.-Jest znanym artysta.Nazywa sie Brad Eagle.Czesto wystepuje w 
Nowej Zelandii a nawet i w Kalifornii w Stanach.- Kelner odpowiedzial i usmiechnal sie do niej.-Tadek,chodzmy 
zatanczyc.Cos sie ze mna dzieje.Nie potrafie usiedziec na miejscu.- Piekna Raquel lsnila dziwnie z najprawdziwszego 
podniecenia.Widocznie Eros musial strzelac do niej bez opamietania.Wstali i udali sie na sale taneczna.Splotli sie ze soba 
i zaczeli tanczyc.Obsypywali sie przy tym pocalunkami,nie zwracajac uwagi na nikogo.A saksofonista wstal ze swojego 
siedzenia i gral jak szalony,ze az na Olimpie musial byc slyszany.Oh,milosc doprawdy nie znala granic...
A gdy zegar wybil polnoc,wyszli z kawiarenki,nie przestajac sie kochac ani na moment.Wsiadli do Jaguara i udali sie 
w kierunku Mount Victoria.Tym razem to Tadek Vangard prowadzil samochod.Dojezdzali juz do miejsca ,w ktorym 
znajdowala sie posiadlosc Angeli Butterby.Chcial skrecic ale poczul jej drzaca reke na swoim 
ramieniu.-Nie,Tadek,pragne,zebysmy jeszcze pojechali na szczyt tej gory.Popatrz jak ksiezyc slicznie swieci!- 
Szepnela podekscytowanym glosem.Zrobil tak jak chciala i wkrotce potem znalezli sie na wierzcholku gory.Panorama
 miasta i oceanu z trzech stron swiata byla bajecznie piekna i skapana w swietle neonow miejskich i swiatel w domach
 mieszkancow.Raquel wyszla z samochodu i nabrala swiezego powietrza ile tylko mogla.Zobaczyla granitowa skale nad
 przepascia i podbiegla do niej.Spogladala z zachwytem na nia.-Tadek,ta skala wyglada jak tron 
Bogow.-Szepnela.Zrzucila z siebie sukienke i podeszla do niej.Legnela na niej i wyciagnela sie tak,ze kazdy skrawek 
jej pieknego ciala lsnil tysiacami brylantow w swietle promieni gwiazd i Ksiezyca.Kiwnela palcem do niego a on 
zadoscuczynil jej zyczeniu i obnazyl sie przed nia i swiatem w calej swojej okazalosci.Podszedl do niej a gdy dotknal ja 
swoim palcem,jeknela z zachwytu.Zakryl ja swoim cialem,ale nie na dlugo,bo i ona nie pozostawala mu dluzna.Dali 
pokaz Kama Sutry w blasku Ksiezyca i nie bylo pozycji,ktorej nie wyprobowaliby na sobie.Czuli sie jakby byli 
czlonkami panteonu Bogow a ich milosc byla wielka uczta,tak zwana uczta milosci.Pili nektary i koktajle milosci 
z puchara,tak zwanego puchara milosci a pozywiali sie z tego wszystkiego co ich ciala im oferowaly.Czas sie zatrzymal
 dla nich i nie ulegalo watpliwosci,ze ich uczta-oh,bloga i slodka uczta milosci-miala trwac nieprzerwanie,chocby nawet
 do samego rana...
Zrobilo sie zimno.Nic dziwnego skoro bylo juz po trzeciej w nocy.A oni wciaz pragneli slodkiej i goracej milosci.
Wstali wiec,przywdziali swoje skape ubrania,wsiadli do Jaguara i pojechali do posiadlosci Angeli Butterby.
Wjechali na dziedziniec bezszelestnie,tak jak to tylko policjanci w swoich wozach policyjnych potrafia to robic.
Potem rownie bezszelestnie weszli do domu Heleny i Hermana van Veenen i udali sie do mieszkania 
na pierwszym pietrze, w ktorym Tadek Vangard mieszkal.
Pospiesznie zrzucili z siebie swoje odzienia i raz jeszcze zaczelo sie szalenstwo milosci 
na ich lozu tak zwanym lozu milosci.Tym razem byla to zwyczajna i prosta milosc,taka 
jak w kazdym tradycyjnym,polskim malzenstwie.
Ona byla wyciagnieta jak dluga a on na niej.Jej oczy byly szeroko rozwarte i wpatrzone w niego.
Ona byla Kopciuszkiem a on jej krolewiczem,ktory pedzil w karocy szczerozlotej zaprzagnietej na dwanascie 
koni naraz.Pyl gwiezdny wzbijal sie w powietrze w czasie ich podrozy,tej tak zwanej podrozy milosci.
Jej piersi byly nadymione jak balony a tak soczyste jak wielkie,czerwoniutkie arbuzy,z tysiacami pestek rozkoszy.
Jej ponetne nogi byly jak banany,jej oczy jak kiwifruty,policzki jak pomarancze a posladki jak grejpfruty.
On tez mial w sobie cos co moglo ja nasycic,barczyste ramiona jak galezie pelne jadalnych kasztanow i 
ksztaltne zoledzie gdzies tam w intymnej czesci jego ciala.
Jablko Adama uwypuklone bylo na jego szyi,ktore ona chciala zjesc na gwalt tak jak to bylo w przypadku 
pierwszej Ewy.Bo milosc istotnie nie znala granic i nie bylo przykazania,ktore mogloby zakazac to czy owo 
w milosci.Byli w sumie jednym wielkim koszem owocow i jarzyn,najsoczystszych pod 
Sloncem i Ksiezyem,bo we wladaniu milosci.
I tym razem dotarli do celu i swiat sie rozwarl przed nimi po raz wtory,i ukazal im wszystkie swoje skarby 
i bogactwa.W koncu jednak zapragneli odrobiny snu.A gdy Tadek Vangard obudzil sie nad ranem 
pieknej Raquel nie bylo juz u jego boku.Ugryzl sie w palec.Czyz mu sie to wszystko snilo?... 
Ciag dalszy nastapi...Autor: Tadek Hutyra,e-mail: tadekhutyra@hotmail.com  albo: clubbers@funworld.be   
Prawa autorskie zastrzezone.

*

Uwaga: Tutaj Moj Manuskrypt
w Oryginalnej Wersji