>SZKLANA KURTYNA*IN POLISH/PO POLSKU-SKROCONA WERSJA

Glass Curtain by Thaddeus Hutyra

in Polish

 

Start ] chapter 1 ] chapter 2 ] chapter 3 ] chapter 4 ] chapter 5 ] chapter 6 ] chapter 7 ] chapter 8 ] chapter 9 ] chapter 10 ] chapter 11 ] chapter 12 ] chapter 13 ] chapter 14 ] chapter 15 ] chapter 16 ] chapter 17 ] chapter 18 ] chapter 19 ] chapter 20 ] chapter 21 ] chapter 22 ] chapter 23 ] chapter 24 ] chapter 25 ] chapter 26 ] chapter 27 ] chapter 28 ] chapter 29 ] chapter 30 ] chapter 31 ] chapter 32 ] chapter 33 ] chapter 34 ] chapter 35 ] chapter 36 ] chapter 37 ] chapter 38 ] chapter 39 ] chapter 40 ] chapter 41 ] chapter 42 ] chapter 43 ] chapter 44 ] chapter 45 ] chapter 46 ] chapter 47 ] chapter 48 ] chapter 49 ] chapter 50 ] chapter 51 ] chapter 52 ] chapter 53 ] chapter 54 ] chapter 55 ] chapter 56 ] chapter 57 ] chapter 58 ] chapter 59 ] chapter 60 ] chapter 61 ] chapter 62 ] chapter 63 ] chapter 64 ] chapter 65 ] chapter 66 ] chapter 67 ] chapter 68 ] chapter 69 ] chapter 70 ] chapter 71 ] chapter 72 ] chapter 73 ] chapter 74 ] chapter 75 ] chapter 76 ] chapter 77 ] chapter 78 ] chapter 79 ] chapter 80 ] chapter 81 ] [ in Polish ] in Polish II ] in Polish III ] chapter 82 ] chapter 83 ] chapter 84 ] chapter 85 ] chapter 86 ] chapter 87 ] chapter 88 ] chapter 89 ] chapter 90 ] chapter 91 ] chapter 92 ] chapter 93 ] chapter 94 ] chapter 95 ] chapter 96 ] chapter 97 ]

SZKLANA KURTYNA
Autor: Tadeusz Hutyra
SKROCONA WERSJA
IN POLISH/PO POLSKU


Tak,to byl... Szatan.Te jego oczy byly jak slepia bestii,owlosienie malpie,
pazury na gornych i dolnych konczynach jak u dzikich 
zwierzat.A pomimo to jego twarz byla na wpol czlowiecza i emanowala z niej jakas sila,
jakis meski magnetyzm,taki,ktory 
porywal niewiasty w ramiona tego,ktory je usidlal .
_ Chce._ Szatan odezwal sie grobowym glosem. _ Zebyscie znalezli sie w Stanach i doprowadzili do tego,
ze wasz czlowiek  stanie 
sie... prezydentem Stanow Zjednoczonych Ameryki.
Bedzie to pierwszy krok dzieki ktoremu zaprowadzony zostanie nowy 
porzadek  na tym swiecie ...Pax Szatana . 
Zarowno Carlos,legendarny terrorysta jak i Harry Gullivers, 
najwiekszy ojciec chrzestny w Ameryce od czasow Al Capone, 
poczuli,ze triumfuja... 
...O dziwo!Szatan w jednej chwili zmienil swoj wyglad.Carlos i Harry Gullivers  wymienili spojrzenia miedzy soba.
Swiat istotnie musial miec
 nie cztery wymiary a miliony wymiarow...
Szatan wygladal teraz jak prawdziwy dzentelmen,w kremowym  garniturze z jedwabiu
 i nawet pozlacany krawat byl z 
jedwabiu.Niejedna dama  stracilaby glowe za takiego.
Tylko gdyby wiedziala kto to 
jest?...Nie ulegalo  watpliwosci,ze Szatan wielkie moce posiadal i 
byl...Kameleonem.  
 -To co,zgadzacie  sie? - Szatan zapytal.  
- Alez tak! -  Carlos i Harry Gullivers niemal wykrzykneli .
 - To  wzniesmy toast za...Pax Szatana...- "Dzentelmen" z piekiel odezwal sie...



A tymczasem w Tajlandii.


Tadek Vangard nie wierzyl swoim wlasnym oczom.Steven Mac Dantosch byl  prawdziwym mistrzem .
Jakby mial laur oliwny na glowie, od bogow  Olimpu, wzniosl sie dynamicznie w powietrze i obiema nogami znokautowal  przeciwnika w ulamku sekundy.
Gdy w koncu mafioso oprzytomnial,trzeba  bylo 
sie duzo nameczyc, zanim udalo sie wyciagnac z niego cos niecos prawdy.  
- To Harry Gullivers...  - Mafioso rzekl. 
  -To on wrobil cie w morderstwo...  
 Teraz  wszystko bylo jasne dla Stevena Mac Dantoscha...
...O ile Tadek Vangard musial uciekac przed agentami sluzb specjalnych,CIA i  KGB,MI6 i SB,
z powodu niejakiej strategii Beehive o ktorej nie mial najmniejszego 
pojecia,o tyle on,Steven Mac Dantosch mial do czynienia z Harrym Gulliversem i jego mafia,
ktorzy wrobili go w morderstwo,pomimo,ze byl niewinny.
Z tego  powodu mial tez do czynienia z...Interpolem.Dziwny to byl ten  swiat...
*
Szatan,Carlos i Harry Gullivers wzniesli toast.Czerwone wino mialo smak krwi.
_Wasza planeta stanie sie jeszcze jedna Atlantyda kosmosu._  Szatan odezwal sie niespodziewanie .
_ To wy,ludzkosc,doprowadzicie do tego, bo eksploatujecie ta planete bez rozsadku i burzycie jej filary.
Juz teraz macie do czynienia z anomaliami,od ekstremalnych warunkow pogodowych 
po niekonczace sie deszcze,burze,tornada i huragany. Antarktyda z wolna topnieje,oceany i morza podnosza sie,
rzeki zamieniaja sie w powodzie tysiaclecia  czy wielkie jeziora,
powstaja dziury ozonowe,nastepuje degradacja srodowiska naturalnego.... 
Ja was wszystkich powitam w piekle.  Przynajmniej  w tym piekle,ktore sami sobie zgotujecie...
-To nie moja sprawa.-Harry Gullivers wtracil sie,gdy Szatan przerwal swoj wywod na moment, i zaczal sie smiac.
 Wyraz zdziwienia pojawil sie na wstretnej twarzy Szatana.Niektorzy ludzie zachowywali sie tak,jakby wywodzili sie....od niego.
 Jego zdziwienie ulotnilo sie szybko,gdy  przypomnial  sobie ile to dam,nawet tych sposrod 
rodzin krolewskich i zony prezydentow,mialy z nim romans...
*
Steven Mac Dantosch mial wrazenie,ze bol rozsadzi mu glowe. 
Spojrzal z nieukrywana apatia i niechecia na mafiosa..  -Zejdz precz z moich oczu.- Niemal warknal do niego.
Nie potrzeba bylo powtarzac sie.
Mafioso wycofal sie bojazliwie a potem wzial nogi za pas.Musial czuc sie szczesliwcem .
Steven Mac Dantosch i Tadek Vangard zostali sami ,a pomimo to zdawali sobie sprawe z tego,
jak wielkie niebezpieczenstwo wisialo nad ich glowami.
Liczyli na to,ze Opatrznosc Boza  czuwala nad nimi.  Tadek Vangard spojrzal z troska na swojego przyjaciela.
-Steven,zrzuc z siebie ta rozpacz,ktora pograzacie jak gdyby na dnie otchlani.Nie czas na rozpacz.Ja wiem,ze 
jestes niewinny .-  Rzekl.  Rzecz oczywista,ze trzymal kciuki za swojego przyjaciela.Steven Mac 
Dantosch spojrzal na Tadka Vangarda.Jego blekitne oczy byly zaszklone,blondowlosaczupryna zwisala mu na czolo.
-Wybacz mi,Tadek.-Powiedzial. -Wiesz,ze nigdy nie pozwalalem sobie na 
rozpacz,ale to,Boze,to... Nie moge tego zniesc! Nienawidze Harry'ego Gulliversa! Dlaczego on mi 
to zrobil? Ja nie zabilem narzeczonego mojej siostry,Emmannuelle . Ja nie zabilem Eduarda.  To 
Harry Gullivers to zrobil!  Albo ktos z jego ludzi !... 
-Steven,przestan! Musisz walczyc o prawde,walczyc z nim! Jestem pewien,ze wygrasz.Sprawiedliwosci stanie sie zadosc .
-Tadek Vangard liczyl na to,ze jego slowa dotra do najglebszych zakamarkow umyslu jego przyjaciela.
-Tadek,zmykajmy stad,zanim nas ludzie Harry'ego Gulliversa tu dopadna.-Steven Mac Dantosch przerwal dlugie
milczenie.
Tadek Vangard zatriumfowal.Jego przyjaciel stal sie na powrot tym zwyklym,normalnym
 Stevenem z zimna krwia,ktorego znal.Podeszli do ich samochodu,srebrno-metalicznego Porsche 
Carrera i wsiadli do niego. Niebianski glos Luciano Pavarrottiego rozbrzmial w samochodzie,gdy 
Tadek Vangard wlaczyl dysk kompaktowy.Pare minut pozniej byli juz daleko poza 
Bangkokiem. Cuda tropiku,palmy,widziane byly caly czas.
Musieli wydostac sie poza Tajlandie za wszelka cene ... Wiedzieli dokad zmierzali.Wkrotce mieli byc w Patayi,
dziewiczej w swoim pieknie,ale nie w tym co jej cory dokonywaly.
Pattaya byla najwiekszym resortem nadmorskim nie tylko w Tajlandii ale i w calej Azji.Paradoksalnie,byla tez 
najwiekszym skupiskiem najstarszego zawodu swiata.Znana powszechnie byla plotka,ze gdy amerykanska flota 
marynarki wojennej miala przybyc do portow Tajlandii,to "damy" najstarszego zawodu swiata byly pierwsze,ktore o 
tym wiedzialy.Istna Sodoma i Gomorra.Tadek Vangard i Steven Mac Dantosch siedzieli sobie w jednej z tysiecy 
kafejek,niemal w bezposrednim sasiedztwie plazy i krystalicznie ciemno niebieskiej wody morskiej.Tropikalne slonce 
prazylo zabojczymi promieniami.Nie odstraszalo to jednak plazowiczow,ktorzy korzystali masowo ze sportow 
wodnych,od jachtow po surfingi,po zwyklew koncu plywanie i nurkowanie w wodzie morskiej,ktora jednak tu,
w Pattayi,byla jak balsam cudotworczy...
-Steven,nie do wiary,to juz Nowy Rok! -Tadek Vangard zauwazyl nostalgicznie.   
-Tak,Tadek,Nowy Rok...Szczesliwego Nowego Roku... -I Steven Mac Dantosch wydawal sie byc 
zadumany.   
-Oh,Steven,ja ci zycze w tym Nowym Roku wyjscia z tych twoich tarapatow .Bogu dzieki,
ze dotad nam sie udawalo...Oby tak dalej...
Tadek Vangard nie dokonczyl,bo poczul scisk reki swojego przyjaciela na jego 
rece.Spojrzal na niego.Steven Mac Dantosch byl napiety i patrzal w strone wejscia do kafejki.
Tadek Vangard spojrzal w tym samym kierunku.Zbladl.
 Trzech facetow dopytywalo sie kelnera o cos.Ten pokazywal reka na...nich. 
 - Tadek,grozi nam niebezpieczenstwo...  - Steven Mac Dantosch szepnal. - Musimy sie ulotnic.  
 Wybiegli tylnymi drzwiami i pobiegli do najblizszej przystani wodnej,zaledwie dwiescie metrow od kafejki.
Trzej faceci,biali,wygladajacy na typowych,wysportowanych Amerykanow,rzucili sie za nimi w poscig.
Musieli byc albo agentami CIA,albo z Interpolu... 
 Steven Mac Dantosch wreczyl piec banknotow studolarowych wlascicielowi motorowek wodnych.
Razem z Tadkiem Vangardem wskoczyl do jednej z motorowek wodnych i chwile potem mkneli 
motorowka jak strzala z pradem wiatru.Niestety,uslyszeli wycia alarmow z policyjnych lodzi motorowych i 
wodolotow strazy rzecznej i strazy granicznej Tajlandii.Nie ulegalo watpliwosci,ze ci trzej faceci,ktorzy rzucili 
sie w poscig za nimi mieli zagwarantowana wspolprace Tajlandczykow.
-Tadek,musimy sie ukryc,to nasza jedyna szansa.-Steven Mac Dantosch rzekl stanowczym glosem 
a jednoczesnie dokonal manewru o sto osiemdziesiat stopni i skierowal motorowke wprost na jedna z malenkich wysepek.
Znalezli sie w gaszczu jakis wysokich zarosli,ktore wystawaly wprost z wody.
Moze ze dwadziescia lodzi motorowych i wodolotow na 
syrenach minelo wysepke w zawrotnym tempie.Mijaly godziny,ten i owy patrol tajlandzkiej strazy granicznej 
minal wysepke a Steven Mac Dantosch i Tadek Vangard uparcie trwali w swoim ukryciu ,w zwiastunczym 
gaszczu zarosli morskich.  Dopiero w srodku nocy,gdy gwiazdy byly jedynymi ich swiadkami i 
przewodnikami,odwazyli sie ruszyc w nieznane przed siebie,nie w kierunku ladu,a...w pelne morze.Wkrotce 
tak wlasnie sie stalo,znalezli sie na pelnym morzu,na lasce i nielasce Pacyfiku.Slychac bylo szum oceanu i 
wiatru,flirtujacych z soba.Moze to Bog oceanow i morz,Posejdon,flirtowal z jedna z muz Zeusa,ktora 
zamienila sie w wiatr?Oby tylko Zeus nie dowiedzial sie,bo strasznie doswiadczylyby na sobie istoty zywe 
zmagania takich Bogow jak Zeus i Posejdon.Destrukcjom nie byloby konca i rownalyby sie dziesiatkom 
takich zjawisk jak te,ktore nazywaly sie El Nino i La Nina.Zadrzalaby cala Ziemia z posad...
_Tadek,wez ten paszport dla siebie.Latwiej bedzie ci sie poruszac po Azji z australijskim paszportem niz z polskim. 
Steven Mac Dantosch odezwal sie w pewnej chwili i wreczyl Tadkowi Vangardowi jeden z dwoch paszportow,
ktore trzymal w rekach.
Tadek Vangard nie mial wyboru,paszport z komunistycznej Polski nie mial zadnej wartosci.
Wpadl w zadume. W tym kraju rodzinnym,ktory komuna zzerala niczym krwiozerczy rak, byl 
czlonkiem Solidarnosci jak miliony innych Polakow i maszerowal nawet ulicami Krakowa w pierwszym 
szeregu pomiedzy tymi, ktorzy domagali sie wolnosci dla wiezniow politycznych.
Mial wtedy biala koszule na sobie z czerwonym kolnierzem.Na dachach kamienic rozstawieni byli snajperzy. 
A teraz oto,na bezkresach Pacyfiku,musial zaakceptowac obcy paszport,zeby byc zdolnym schronic sie w tym czy
 owym kraju...Nazajutrz szczescie im dopisalo.Rybacy ze statku indyjskiego wzieli ich na poklad i po dwoch kolejnych dniach 
zostali wysadzeni na jednej z bezludnych plaz niedaleko Cox's Bazaar w Chittagongu,najbardziej na poludniowy wschod 
wysunietej czesci Bangladeszu.Przedzierali sie przez dzunglaste poszycia az dotarli do ruin czegos takiego jak zamarle 
miasto,zdobyte przez dzungle.Uslyszeli dziewczecy placz dochodzacy do nich z jednego zrumowisk.To ich 
zaalarmowalo.Dotarli do przedsionka czegos co niegdys bylo murowanym domem.Zerkneli do jednegoz wnetrz przez 
szpary  z zawiasow polotwartych drzwi.Glowy odskoczyly im automatycznie i szal nienawisci pojawil sie na ich 
twarzach,ktore plonely teraz z gniewu jak pochodnie.Okolo trzynastoletnia dziewczyna byla gwalcona przez arabskich 
dryblasow.Steven Mac Dantosch z impetem wbiegl do wnetrza,wybil sie dynamicznie w gore inozycowymi,poteznymi 
uderzeniami swoich nog,znokautowal  dwoch z Arabow,tych najblizej niego.Poradzil sobie z 
latwoscia rowniez i z trzecim z gwalcicieli i jego stopa uderzyla z impetem w rozkrocze Araba.Z czwartym 
przeciwnikiem nie poszlo mu juz tak latwo.Arab znal sie na sztuce walki.Steven Mac Dantosch dal sie nieopatrznie 
zaskoczyc przeciwnikowi  i znalazl sie pod nim.Obmazany jego potem i smrodem niemytego ciala,probowal wyrwac 
sie z jego stalowych uchwytow. I jak taka dziewczynka mogla to zrobic,skoro on nie mogl.Udal,ze dal za 
przegrana.Zadowolony Arab rozluznil swoje stalowe uchwyty.I wtedy to Steven Mac Dantosch wysliznal sie spod 
Araba i w oka mgnieniu wykatapultowal w gore niczym z procy i nozycowymi ruchami swoich nog raz 
jeszcze,wyrzucajac je dynamicznie odsrodkowo,znokautowal i tego Araba. Tadek Vangard byl juz przy 
dziewczynce,ktora plakala w jego ramionach.Wkrotce potem wiedzieli juz wszystko,zarowno od Arabow jak i z ust 
dziecka.Arabowie byli posrednikami i wiezli dziewczyne do jednego z haremow bogatego szejka w Arabii
Saudyjskiej.Dziecko bylo od lat maltretowane przez belgijskiego pedofila,Michaela Ducroixa,ktory w koncu sprzedal je 
szejkowi.Dziewczynka byla Belgijka.  
-Jak sie nazywasz? - Tadek Vangard zapytal ja.  - Melissa Charleroi...   -Dziewczynka odpowiedziala. 
Steven Mac Dantosch poglaskal ja po glowie.  -Nie boj sie.Juz nic zlego ci sie nie 
stanie.Zawieziemy cie do Ambasady Belgijskiej i juz wkrotce zobaczysz sie z rodzicami. -Rzekl. 
Wielki gniew odbil sie na twarzy dziewczynki.   
-Ja nie chce wracac do rodzicow!  - Krzyknela.   -Nie chce ich znac! Oni nic nie zrobili dla mnie,przez 
lata,zeby mnie odnalesc.Zapomnieli o mnie...  - Ponownie zaczela plakac. 
Tadek Vangard i Steven Mac Dantosch wymienili spojrzenia pomiedzy soba.Zanosilo sie na nielada klopoty.
 Skrepowali Arabow.  -Weze ich pozra. -Steven Mac Dantosch rzekl zgryzliwie. 
Wybrali sie w droge.W samo poludnie nastepnego dnia znalezli sie w Cox Bazaar.... 
Pierwsza rzecz jaka zrobili to wynajeli trzypokojowy apartament na szesnastym pietrze w luksusowym hotelu Raj.
Byli zmeczeni ponad wszelkie wyobrazenia i marzyli juz tylko o jednym:o spaniu.
Zanim przybyli do Cox Bazaar caly czas glowili sie nad tym co zrobic z 
dziewczyna.Najlepiej bylo wyslac ja do rodzicow poprzez Ambasade Belgijska w Dhace.
Ale ona nie chciala wrocic do rodzicow,posadzajac ich 
o to,ze zapomnieli o niej.Nie sadzili,ze tak istotnie bylo.
Niemniej musieli liczyc sie z jej zyczeniem,tym  bardziej,ze byla maltretowana 
mentalnie i fizycznie od lat.Wiedzieli,ze jej powrot do normalnego zycia bedzie trudny i uslany kolcami roz a nie jej platkami.
Najpierw musiala pozbyc sie bagazu zlego doswiadczenia.
Wiedzieli,ze beda starali sie przekonac ja,zeby wrocila do rodzicow ale jednoczesnie 
wiedzieli,ze nie beda robic nic niezgodnego z jej zyczeniem.Jezeli nadal miala w sobie chociaz jedno malenkie zyczenie,
nalezalo je pielegnowac tak bardzo jakby  bylo najwspanialszym diamentem swiata.
W tym byl klucz do jej mentalnego powrotu do zdrowia.Potraktowali 
Melisse Charleroi jakby byla krolewna.Miala dla siebie samodzielny pokoj i osobna lazienke.
Oni tez mieli osobne pokoje ale tylko jedna lazienke do wspolnego uzytku.
Melissa Charleroi przygotowala herbate z lokalnej ,aromatycznej esencji i zaprosila ich na balkon.Pili 
herbate w milczeniu.   "Nie podoba sie wam to,ze ja jestem z wami,prawda?"   Uslyszeli  jej pytanie w pewnej chwili.
Spojrzeli na nia.Miala lzy w oczach.Steven Mac Dantosch odlozyl filizanke herbaty na bok.
Byl wyraznie zazenowany.  "Ja juz tak dluzej nie moge!" _
Wybuchnal._"Powinnas wrocic do rodzicow! Czy nie widzisz tego? Jestes przeciez dzieckiem!
 Musisz wrocic do domu! Pojedziemy jutro do Dhakki  i zostawimy cie w Ambasadzie Belgijskiej.Oni dostarcza cie rodzicom." 
  Niewiarygodna rzecz  stala sie w tej chwili. Melissa 
Charleroi zerwala sie na rowne nogi i  przeskoczyla balustrade balkonu. 
Tylko jedna reka trzymala sie teraz poreczy balustrady,gotowa  skoczyc w kazdej chwili,prosto w oczy smierci.
Tadek Vangard i Steven Mac Dantosch zerwali sie  ze swoich krzesel i chcieli podbiec do 
niej,byja pochwycic zanim moglo byc juz za pozno,gdy jej krzyk unieruchomil ich w miejscu._"Ani kroku dalej!"
_Zawolala._"Jezeli tak zrobicie,to puszcze sie poreczy."   
_"Melissa,pozwol mi podejsc do ciebie,zebym ci mogl pomoc wciagnac cie  z powrotem na balkon"_Twarz 
Stevena Mac Dantoscha byla wypelniona horrorem .Tak samo czul sie Tadek Vangard. Zabraklo mu slow w gardle. 
Cos musialo byc zrobione i to natychmiast.Dziewczyna mogla stracic resztke swoich sil. 
_"Melissa,co chcesz? Co oczekujesz od nas?"_ W tym pytaniu Steven Mac 
Dantosch upatrywal ostatniej deski ratunku.  _"Ja nie chce wracac do moich rodzicow!Z apomnieli o mnie! Nienawidze ich!
 Chce byc z wami! Czuje sie bezpiecznie tylko z wami! Pozwolcie mi zostac z wami!"_ Melissa Charleroi krzyknela. 
Nie mieli nic innego do wyboru. 
_"Tak,zgadzamy sie...Ale na milosc boska...trzymaj sie mocno...Juz ide po ciebie."_ Steven Mac Dantosch rzekl. 
Wydawalo mu sie,ze umrze z nerwow.Probowal zrobic krok do przodu. 
_"Stop! Ani kroku dalej!"_ Melissa Charleroi znowu krzyknela._"Alez,Melissa,zgodzilismy sie 
przeciez..."  _"To za malo!"_Krzyknela znowu.  Steven Mac Dantosch  nie mogl zrozumiec. _"Dlaczego?"_ Zapytal. 
 _"Musicie mi przysiegnac...Obaj..." 
-Dobrze,Melissa,przysiegam...-Steven Mac Dantosch czul,ze ostatnie sekundy,sedziowie zycia i smierci,sprintowaly 
do finalowych metrow.Boze,moze byc za pozno...
-Ja tez przysiegam,Melissa...- Tadek Vangard byl niemniej zaalarmowany niz jego przyjaciel. 
_"Dobrze,mozecie mi pomoc dostac sie z powrotem na balkon.Boze...nie mam wiecej sily!...Lece w dol!..."
Ale Steven  Mac Dantosch znalazl sie w tej chwili poza balustrada balkonu i zdazyl uchwycic jedna z jej rek.
Prawdopodobnie spadlby razem z nia w objecia smierci,gdyby Tadek Vangard nie chwycil go za jego nogi w ostatniej chwili.
To co potem nastapilo 
bylo niemniej dramatyczne.Podczas gdy Tadek Vangard trzymal swojego przyjaciela za jedna juz tylko noge,Steven Mac 
Dantosch probowal uczepic sie poreczy druga noga.Z kolei,trzymajac jedna reka Melisse Charleroi,probowal pochwycic 
balustrade druga reka.Tylko taki sportowiec jak on byl w stanie to zrobic.No i w koncu udalo sie.Na powrot znalezli sie 
na krzeslach przy herbacie.Ale tym razem czuli sie jak jedna nierozerwalna paka,nie dwoch  juz tylko a trzech
 przyjaciol...
*
Angreyev Golubin,szef KGB,kipial ze wscieklosci._"Jak to mozliwe,ze po dzis dzien nie odzyskaliscie 
strategii Beehive od Tadka 
Vangarda? On wydaje sie byc madrzejszy niz wy wszyscy razem!"
Jak zawsze dotad i tym razem zebrali sie w jednej z malowniczych kamienic 
na rynku Glownym w Krakowie.W zespole obok Andreyeva Golubina i jego wspolpracownikow z KGB,
uczesniczyli tez dwaj Polacy,Seweryn Tetmarczyk,szef SB i Andrzej Tomczat,pulkownik w krakowskiej jednostce elitarnej,
oraz tak zwani podwojni agenci z 
Zachodu:Jack Foster,szef CIA w NowymJorku,Patric Waltersh,szef MI6 w Londynie,Ruud Hendrix Temmermann,
Belg majacy latwy dostep do glownej siedziby NATO w Brukseli i...Carlos.
Juz w 1981 roku mieli gotowa strategie,ktora nazwali strategia Beehive.
Wedlug tej strategii,ktora,oczywiscie zostala dostarczona najwyzszym wladzom na Kremlu,w jednym z krajow zaliczanych 
do Zachodu,w Nowej Zelandii,mial byc dokonany zamach stanu i panstwo to mialo stac sie dyktatura komunistyczna
oraz czlonkiem bloku komunistycznego w ciagu zaledwie jednej nocy.
Wszystko to dokonane byloby przy czynnej wspolpracy i inicjatywie ze strony Zwiazku Radzieckiego i 
niektorych sojusznikow z bloku komunistycznego.
Dzieki temu Zwiazek Radziecki stalby sie niekwestionowana potega swiatowa a ruch komunistyczny awangarda 
dla krajow trzeciego swiata.Niestety,znalzal sie zdrajca pomiedzy nimi ,ktory probowal dostarczyc 
strategie w rece Amerykanow.Tym "zdrajca" byl pulkownik Andrzej Tomczat,ktory wreczyl strategie Beehive
 w rece wyslannika szefa CIA w Waszyngtonie,Carla Lewisa.Wyslannik nazywal sie James Towers 
i zamaist dostarczyc ta strategie swojemu szefowi,wreczyl ja w rece...Andreyeva Golubina,
sprzedajac sie tym samym Sowietom.Andrzej Tomczat zrobil jeszcze jeden blad w chwili gdy wreczyl 
strategie Beehive  Jamesowi Towers: zdradzil mu swoja tajemnice,ze kopia strategii znalazla sie w rekach polskiego emigranta,
Tadka Vangarda.I tak zaczelo sie szalenstwo.James Towers wreczyl strategie szefowi KGB 
ale nie powiedzial mu,od kogo dostal ta 
strategie.Niemniej dal znac Golubinowi,ze kopia strategii jest w rekach niejakiego Tadka Vangarda.
I teraz byl juz rok 1986 a zagadka byla wciaz nie rozwiazana.Andrzej Tomczat i James Towers znajdowali sie
 w sytuacji pata wzgledem siebie nawzajem.Jedno slowo od jednego i obaj sa skonczeni.
Wzajemna nienawisc pozerala ich dusze i ciala.Wszystkie poszlaki wskazywaly na to,ze Tadek Vangard 
uciekl do Bangladeszu,w towarzystwie niejakiego Stevena Mac Dantoscha,Australijczyka._"Czy moze mi ktos powiedziec,
kim jest ten Steven Mac Dantosch?"_  Andreyev Golubin zapytal.Zapanowala cisza.
_"Ja wiem,kim jest on jest."_ Jack Foster,nowojorski szef CIA 
zabral glos,zaskakujac tym samym szefa KGB,ktory nie spodziewal sie,ze ktokolwiek moze cos wiedziec 
na temat tego czlowieka. _"Tak naprawde nazywa sie...Steven Burrows...Jest morderca i Interpol go szuka..." 
 _"Skad to wiesz? Mam na mysli jego prawdziwa tozsamosc..."_ Szef KGB odezwal sie.
Wydawal sie byc zafascynowany. _"Jestem pewien,ze slyszales o Harrym Gulliversie.Caly swiat 
go zna.Jezeli zechce to moze nawet zostac prezydentem Stanow Zjednoczonych Ameryki.To on powiedzial mi,
kim naprawde jest Steven Mac Dantosch.Harry Gullivers jest moim przyjacielem..."
_Jack Foster pochwalil sie.Ta wiadomosc byla jak cudotworczy balsam dla 
Andreyeva Golubina,ktory od razu odzyskal spokoj ducha. _"To jest jedyna dobra wiadomosc dzisiaj.Dziekuje ci,Jack.
Byc moze mozesz mnie skontaktowac z nim pewnego dnia.Mozesz?..."
 _"Alez naturalnie...Tak szybko jak tylko zapragniesz."_ Jack Foster 
odpowiedzial._"Jestem przekonany,ze razem mozecie zdzialac cuda...Jestem przekonany,ze bedziesz go lubiec..." 
 _"Musimy zakonczyc dzisiejsze spotkanie."_ Andreyev Golubin zmienil zdanie.
_"Gdy bedzie to konieczne,skontaktuje sie z wami.Obecnie 
mamy tylko jedno wielkie zadanie:znalesc tego faceta,Tadka Vangarda i odebrac mu strategie Beehive.
Mozecie go zabic.Mozecie tez wyeliminowac tego Australijczyka,ktory mu akompaniuje.
Carlos,licze przede wszystkim na ciebie." 
 _"A zdrajca?Co z nim?Umieram z niepewnosci..."_ Patrick Waltersh,szef MI6 w Londynie,zapytal z nuta strachu 
w swoim glosie._"Zostaw to mnie." _ Andreyev Golubin odburknal mu z pogarda.
Nie lubial tego angielskiego tchorza.Ale tez byl prewien,ze i Patrick Waltersch nie cierpial go.
Od czasu jak strategia Beehive wpadla w niepozadane rece woleliby sie nie przyznawac do znajomosci...
*
Wszyscy  byli juz wygodnie usadowieni na skorzanych fotelach,na dwudziestym piatym pietrze Budynku Federalnego 
CIA,znajdujacego sie przy Avenue Pensylvania w Waszyngtonie.Widok stolicy zapieral dech w piersiach.
Czulo sie historie na kazdym placu a nawet rogu ulicy.Wspaniale wygladal zwlaszcza Bialy Dom z jego fontanna,budynki 
Kongresu na Capital hill i posag Lincolna,jednego z ojcow Ameryki 
_ Mam przyjemnosc powitac was wszystkich._ David Harrows,generalny szef CIA powital 
zgromadzonych,najwybitniejszych przedstawicieli sluzb specjalnych w Stanach  I  wolnym swiecie.Spojrzal w ich oczy po 
kolei: w  oczy Carla Lewisa,szefa CIA z regionu Waszyngton I czesciowo odpowiedzialnego za sprawy szpiegowskie za 
granica,Harolda Montgomerry' ego,szefa  CIA w Kalifornii,Jacka Fostera,nowojorskiego szefa CIA,Jonathana 
Fergussona,generalnego szefa FBI,Petera Debewsa,ktory wchodzil w sklad rady doradczej prezydenta USA,
Rossa Dowby' ego i Edwina Drischa z Australii oraz  w koncu w oczy Patricka Waltersha,szefa MI6 w Londynie.
- Zaprosilem was tu,zeby omowic z wami pare waznych spraw. W pierwszym rzedzie chodzi tutaj o tak zwana strategie 
Beehive,ktora znajduje sie w rekach niejakiego Tadka Vangarda z Polski I jego przyjaciela,
Stevena Mac Dantoscha z Australii.Nie mozemy dopuscic do tego,zeby strategia wrocila do rak Sowietow.
A przeciwnie,ta strategia ma sie znalesc w naszych rekach.Dzieki temu skompromitujemy Sowietow na calym swiecie.
A wowczas beda mieli tylko jedno wyjscie,ktorym bedzie upadek komunizmu I w konsekwencji 
rozpad komunizmu ."
Jack Foster nie sluchal co David Harrows mial do powiedzenia.Byl szczesliwy,ze udalo mu sie przybyc na to spotkanie 
doslownie w ostatniej chwili,za cene niewygodnej podrozy samolotem ponad Atlantykiem I nieprzespana noc.
Patrick Waltersh musial sie czuc podobnie.Nielatwo bylo byc tak zwanym podwojnym agentem On,Jack Foster,
byl Irlandczykiem z krwi I kosci,sercem I dusza po rodzicach.Chociaz byl Amerykanem,nienawidzil Ameryke za to,
ze nie zrobila nic,jego zdaniem,zeby Polnocna Irlandia wrocila do macierzy.To byl jego secret.
Ponadto uwazal,ze na swiecie powinny byc co najmniej dwa systemy I obecny stan rzeczy,podzial 
na dwa antagonistyczne systemy z Zelazna Kurtyna w poprzek byl idealny w jego opinii.Robil wszystko,zeby zachowac status 
quo.Dlatego zostal podwojnym agentem._ Jack,co sie z toba dzieje? Zachowujesz sie dziwnie tak jakbys byl nieobecny duchem.
_ Uslyszal nagle zawolanie zaadrasowane do niego,z ust Davida Harrowsa,glownego szefa CIA.
_  Oh,przepraszam,zamyslilem sie._   Odpowiedzial,czujac sie wyraznie zmieszanym.
Siwowlosy David Harrows wrocil do tematu.
_Musimy znalesc Tadka Vangarda za wszelka cene. Musimy przekonac go,zeby nam oddal ta strategie.Przy 
okazji mozemy schwytac tego kryminaliste,Stevena Mac Dantoscha,de facto Stevena Burrowsa. Licze na 
was wszystkich I na nasza owocna wspolprace.Im bardziej idealna bedzie nasza wspolpraca na arenie 
miedzynarodowej,tym wiekszy I ladniejszy bedzie kosz  soczystych owocow. Uwazam spotkanie za 
zamkniete.Chodzmy teraz do sasiedniej sali  I zadoscuczynmy naszym gustom w wyborze 
najprzedniejszych drinkow na swiecie.Przy okazji poznamy sie lepiej,w mysl zasady,ze przy 
drinkach,zwlaszcza tych mocniejszych,jezyk puszcza ._David  Harrows zakonczyl spotkanie zartem.Udali 
sie na przyjecie....
*
Noc nastala szybko i niebo bylo usiane gwiazdami.Kto patrzal na nie, slyszal muzyke Boga.Melissa Charleroi juz spala.Tadek 
Vangard i Steven Mac Dantosch grali w szachy na balkonie i bylo juz dobrze po polnocy,gdy udali sie spac.W srodku nocy 
przebudzily ich wrzaski i szlochania Melissy Charleroi.Okazalo sie,ze snily sie jej koszmary.Dlugi czas minal zanim sie 
uspokoila.Tadek Vangard i Steven Mac Dantosch zrozumieli,ze maja pod swoja piecza dziewczyne,ktorej nielatwo bedzie 
powrocic do normalnego zycia z powodu zlego bagazu doswiadczenia,jaki doswiadczyla zanim ja uratowali.Nazajutrz i w 
kolejne dni wybierali sie na wody Morza Bengalskiego i uprawiali sporty wodne,a zwlaszcza sport jachtowy i surfingowy.Dwa 
tygodnie pozniej przeniesli sie na samotna wyspe,gdzie zamieszkali w willi,ktora wynajeli od amerykanskiego biznesmena,ktory
 byl ozeniony z kobieta z Bangladeszu.Z jednej strony mieli urocze plaze a z drugiej strony dziewicza dzungle.Zaprzyjaznili sie 
nawet z kruczym jaguarem,ktorego nazwali Tommy,a ktory pewnego dnia pojawil sie na jednej z ich ulubionych plazy w 
towarzystwie wybranki swojego  serca  i dwoch malych jaguarkow.Melissa Charleroi powracala do mentalnego zdrowia i juz w 
mniejszym stopniu bala sie nocy.Nie obawiala sie juz fantomow nocy.Wydawalo sie,ze nic nie bedzie w stanie zaklocic im 
idylli codziennego zycia co najmniej tak dlugo jak dlugo beda przebywac na tej wyspie.A jednak stalo sie inaczej.Pewnego dnia 
nad ranem zostali skonfrontowani przez agentow CIA,ktorzy chcieli niejaka strategie Beehive.Steven Mac Dantosch walczyl 
dzielnie z szescioma szpecami od sztuk walki i byl wyraznie lepszy od nich.Zawdzieczal to umiejetnosci gwaltownego 
zmieniania stylow walki,od taekwondo i ninjutsu po jijutsu i miesznki jego wlasnych stylow,wlacznie z saldami i 
gimnastycznymi popisami,uwienczanymi precyzyjnymi,odsrodkowymi uderzeniami swoich nog.Zanim jednak zdolal pokonac 
swoich przeciwnikow,zgineli od strzalow z broni palnej.Okazalo sie,ze i mafia Harry ego Gulliversa odnalazla ich.Napastnicy 
otoczyli Stevena Mac Dantoscha w kolko i oswiadczyli mubezceremonialnie,ze zabija go i jego przyjaciol._ Teraz. _Steven Mac 
Dantosch w pewnej chwili zadecydowal.Zaskoczyl ich saldem i znalazl sie za plecami jednego z nich,wyrwal mu z rak jego 
bron i padly strzaly.Mafiosi Harry ego Gulliversa padli jak muchy.Niestety,nowi napastnicy pojawili sie ni stad ni 
zowad.Okazalo sie,ze byli to Sowieccy komandosi.Wojskowe helikoptery z emblematami czerwonych ,komunistycznych 
gwiazd krazyly w powietrzu nad willa.Sowieci domagali sie strategii Beehive.W pewnej chwili,tak jakby niebo sie 
rozwarlo,Amerykanskie bombowce przelecialy w oszalamiajacym tempie nad willa i Sowieckie helikoptery zamienily sie z 
miejsca w plonace kule.Zgineli tez Sowieccy komandosi,ktorzy juz wczesniej znalezli sie na ladzie.Trojka przyjaciol zdolala 
zbiec przed krzyzowym ogniem i schronila sie w dzungli.Wiedzieli,ze bedzie poscig za nimi a jednoczesnie ryzykowali,ze moga 
sie natknac na jakies dzikie zwierzeta a zwlaszcza liczne gady.Wczesniej niz sie spodziewali,natkneli sie na
tajemniczego,muskularnego osobnika,ktory zachowywal sie nieprzyjaznie wobec nich.Mial pistolet w swoich rekach. _ Do 
jasnej cholery,kim jestes? _Steven Mac Dantosch krzyknal._ Kim jestem? _Nieznany osobnik zareagowal sarkastycznie._ 
Jestem Carlosem!! Nie tym Carlosem z Wenezueli,ktory jest moim sobowtorem Dysponuje duza liczba sobowtorow Dzieki 
temu jestem w stanie siac terror w roznych stronach swiata w tym samym czasie  _Dlaczego jestes taki antyzachodni? Czy 
jestes Rosjaninem w pierwszym rzedzie?  _Steven Mac Dantosch zapytal go.Goraczkowo jednak zastanawial sie co zrobic.
Carlos rozesmial sie w glos._Czy jestem Rosjaninem? Ha,ha,ha Ja jestem Anglikiem!! Urodzilem sie w arystokratycznej rodzinie
 Eleonory i Grigga Desmondow na wyspie Isle of Wight w Anglii Naprawde nazywam sie Bart Grover Desmond .To ja jestem 
prawdziwym,legendarnym Carlosem!! _Dlaczego zabijasz niewinnych ludzi?  Steven Mac Dantosch zapytal.Narazie nie 
wyobrazal sobie co mial zrobic,zeby zazegnac niebezpieczenstwo.Carlos ponownie rozesmial sie._ Naprawde chcesz 
wiedziec,dlaczego? Bo nienawidze swiat i nienawidze ludzi! Hitlerowi nie udalo sie ale mi sie uda! Terror zawladnie swiatem! _ 
Jestes szalencem,Carlosie! Carlos jednak tym razem nie zwracal uwagi na Stevena Mac Dantoscha .Spojrzal na Tadka
Vangarda._Dawaj mi strategie Beehive._Rzekl._Licze do dwudziestu.Jezeli mi jej nie dasz,zginiecie. _Czekaj,czekaj..._Steven 
Mac Dantosch zawolal._ Najpierw walcz ze mna.Mysle,ze to ja jestem mistrzem nad mistrzami a nie ty.  Carlos poczerwienial 
na twarzy z gniewu.
  Udalo sie. _Steven Mac Dantosch pomyslal.
  Walczmy. _Carlos przystal na propozycje.Zaczeli walczyc ze soba 
Steven Mac Dantosch i Carlos walczyli jak dwaj mistrzowie,ktorzy opanowali sztuki walki do perfekcji.Steven Mac Dantosch
 nie ludzil sie.Carlos byl nie gorszy od niego.Wiedzial juz w pierwszej chwili gdy zaczeli walczyc,ze nie bedzie mu latwo 
pokonac jego przeciwnika.W zadnym wypadku nie mogl przegrac tego pojedynku.Chodzilo tu nie tylko o jego wlasne zycie ale 
przede wszystkim o zycie Melissy Charleroi i Tadka Vangarda.Steven Mac Dantosch zaczal od stylu zwanego Aikkido,by zaraz 
potem zamienic go na taekwondo.Poczul sie zaszokowany,gdy jego dynamiczne,odsrodkowe ruchy nog natrafily na 
proznie.Carlos byl nieslychanie szybki.Steven Mac Dantosch stracil rownowage i zachwial sie.Carlos wykorzystal ta sytuacje i 
seria jego uderzen z nog i rak,niczym grom z piekla rodem posypala sie na glowe i cialo Australijczyka.Prawie jednoczesnie 
Carlos wybil sie z ziemi raz jeszcze i spektakularne uderzenia jego nog spowodowaly,ze Steven Mac Dantosch potoczyl sie po 
ziemi parenascie metrow  dalej.Czul sie oszolomiony ale na szczescie nadal byl zdolny walczyc ze swoim wrogiem.Nie mogl juz 
nie doceniac Carlosa,ktory udowodnil  swoja klase.Zerwal sie z ziemi prawie w tym samym czasie,gdy Carlos znalazl sie 
ponownie przy nim i wlasnie wymierzal nowe uderzenie,ktore moglo miec moc nokautu.Steven Mac Dantosch zdazyl jednak 
zrobic unik by z kolei przystapic do kontrataku.Wybil sie w powietrze dynamicznie i,stosujac sie do regul juiitsu,zaatakowal 
przeciwnika z nieslychana szybkoscia.Okazalo sie,ze Carlos byl gotowy na ten rodzaj ataku i odpowiedzial w podobny 
sposob.Potezne uderzenia dosiegly ich wzajemnie._ Tak dalej byc nie moze.  Steven Mac Dantosch pomyslal w pewnej chwili.  
Musze znalesc na niego sposob .Teraz albo nigdy!  Z nowa sila przystapil do walki.Wiedzial jedno przede wszystkim:nie bylo 
mowy o zadnej pomylce.Ten,ktory popelni wiecejbledow,przegra._Teraz albo nigdy!  _Echo jego decyzji determinowalo jego styl 
a raczej style walki raz jeszcze.Tym razem Steven Mac Dantosch zaczal zmieniac cala game swoich sztuk walki,ktore mial 
opanowane do perfekcji, wprzeciwienstwie do Carlosa,ktory wyraznie slabl na silach.Mieszal ninjutsu z juijitsu,taekwondo z 
kung  fu.Do tego dodawal mieszaniny innych stylow walki.Chwila prawdy juz wkrotce miala wybic.Steven Mac Dantosch 
przeobrazil sie w kogos,kto byl bardziej magikiem walki niz wojownikiem.Jego ruchy i dynamiczne uderzenia,polaczone z 
saldami,byly tak szybkie,ze Carlos zaczal wyraznie czuc sie zdezorientowanym.Byl to pierwszy klucz do sukcesu dla Stevena 
Mac Dantoscha,ktory raz jeszcze wybil sie dynamicznie w powietrze i zdolal dosiegnac Carlosa  odsrodkowymi uderzeniami 
swoich nog.Tym razem to Carlos zachwial sie na nogach.Wyraznie stracil sily i animusz.Steven Mac Dantosch wstrzymal sie na 
moment przed zadaniem kolejnych,dewastacyjnych uderzen  po to by utrwalic sobie w pamieci twarz swojego wroga,zalosna i 
zdezorientowana.Byla to jego pomylka.Carlos bowiem odbil sie zadziwiajaco dynamicznie,w kierunku przeciwnym  i znalazl sie 
obok Melissy Charleroi.Tadek Vangard zostal powalony poteznym ciosem ze strony Carlosa._Nie posuwaj sie ani kroku do 
przodu! Jezeli tak zrobisz,zabije ja...."_ Carlos krzyknal do Stevena Mac Dantoscha,ktory z kolei wystraszyl sie nie na zarty w 
obawie,ze cos zlego moglo sie stac Melissie.Wszystko tylko nie to._Zostaw ja w spokoju,tchorzu! Chodz walczyc ze mna! _Steven 
Mac Dantosch krzyknal do Carlosa._ Nie! To ty cofnij sie! Na co czekasz?! Teraz,bo   Carlos nie dokonczyl swoja 
pogrozke.Jakas czarna bryla spadla na niego i razem z nim potoczyla sie na ziemie.Byl to Tommy,jaguar,z ktorym trojka 
przyjaciol zaprzyjaznila sie wczesniej.Poniewaz Carlos nie dawal znakow zycia,jaguar odszedl po chwili od niego i zblizyl sie do 
Melissy Charleroi.Polizal ja po rece na dowod przyjazni.Tymczasem niebezpieczenstwo wciaz im grozilo.Tym razem ze strony 
amerykanskich komandosow.Na Carlosa nie zwracali uwagi.Czy zyl czy tez nie,nie interesowalo ich to.Schronili sie w jednej z 
pieczar Tommy'ego a nazajutrz z samego rana znalezli sie w poblizu plazy,ktra juz wczesniej nazwali plaza 
Tommyego.stamtad,spoza jednego ze skalnych wyniesien,zaczeli obserwowac miejsce,gdzie wczesniej znajdowala sie willa,po 
ktorej nie bylo juz sladu.Tadek Vangard jako pierwszy patrzal przez lornete._Moj Boze ._Szepnal_ Oni sa w niebezpieczenstwie
 Tadek,dlaczego jestes taki przerazony? Co sie stalo?  _ Steven Mac Dantosch zapytal.Czul,ze cos bylo
nie w porzadku.Cos strasznego mialo sie wlasnie stac.Co to bylo? Wystarczylo jedno spojrzenie na Tadka 
Vangarda,zeby tak wlasnie czuc._Steven,patrz! _ Tadek Vangard dal lornete swojemu przyjacielowi.
_ Boze Wszechmogacy  _ Steven Mac Dantosch wyszeptal._ Oni rzeczywiscie sa w 
niebezpieczenstwie W strasznym niebezpieczenstwie!  _ Kto? Kto jest w niebezpieczenstwie?  _ Melissa 
Charleroi wyrazila ciekawosc. _Amerykanscy komandosi.Wlasnie co sowiecki desant pojawil sie na 
wyspie.Przybyli lodzia podwodna.Zblizaja sie wlasnie do komandosow amerykanskich Moze dojsc do rzezi na 
ludziach w ciagu najblizszych paru minut   _ Steven Mac Dantosch odpowiedzial.
_Czy jest jakkakolwiek szansa,zebysmy mogli cos zrobic? _ Tadek Vangard zapytal._Musimy ich 
ostrzec.Mam na mysli komandosow amerykanskich Jezeli jestem zmuszony wybierac pomiedzy 
stronami,rzecz naturalna,ze wybieram tych,ktorzy reprezentuja kraj wolnosci.Ten kraj,w ktorym znajduje 
sie tak niezwykly obiekt jakim jest Statua Wolnosci Amerykanie sa najgoretszymi dedykatorami i 
obroncami prawa czlowieka do wolnosci i zycia czlowieka w zgodzie ze swoja tozsamoscia. _ Steven Mac 
Dantosch byl pewien,ze wolnosc i demokracja musialy zwyciezyc we wszystkich stronach swiata i swiecic z 
jednej strony jak gwiazdy na fladze amerykanskiej a z drugiej strony jak prawdziwe gwiazdy na nocnym 
firmamencie nieba._Zgadzam sie z toba,Steven Ameryka,kraj wolnosci i praw czlowieka jest mi nie mniej 
droga Jest krajem moich marzen,ziemia obiecana Ale,na Boga,jak ich mozemy ostrzec?  _ Tadek Vangard 
czul,ze eksploduje z nerwow._Jezeli ich ostrzezemy,sami na nowo znajdziemy sie w ogromnych tarapatach  _ 
Melissa Charleroi wyrazila swoja opinie._  Ale Steven,lepiej zrob cos Zycie tych komandosow 
amerykanskich jest o wiele bardziej wazne.To oni znajduja sie w bezposrednim niebezpieczenstwie,podczas 
gdy my wciaz  mamy czas,zeby schronic sie w dzungli.Steven Mac Dantosch zbadal sytuacje przez lornete 
raz jeszcze.Sowieci byli juz niebezpiecznie blisko odpoczywajacych zolnierzy amerykanskich,ktorzy niczego 
nie przeczuwali i nie wiedzieli nawet  jaki horror wisial nad ich glowami._Nie ma juz absolutnie czasu na nic  
 _ Steven Mac Dantosch szepnal. Siegnal po swoj pistolet i oddal strzal w powietrze.... 
Co potem wydarzylo sie, to byl spektakl ognia,ktory mrozil krew w zylach Tak jakby to nie bylo to cos co naprawde 
wydarzylo sie ale jedynie bylo grane na deskach scenicznych starozytnego Akropolu a wsrod publicznosci byl sam Bog 
i Szatan,i nawet najwieksi sposrod ludzkiego rodu,sciagnieci zarowno z przeszlosci jak i przyszlosci,Homer i 
William Szekspir,
Leonardo da Vinci i Pablo Picasso,Dante i Cyprian Kamil Norwid miedzy innymi _Boze,to co wlasnie sie dzialo,bylo naprawde! 
Komandosi amerykanscy przegrupowali sie blyskawicznie I uformowali sie w obronne kola.Podczas gdy ci komandosi,
ktorzy znajdowali sie w centralnym kole 
skoncentrowali sie na ewakuacji tych komandosow,ktorzy wskakiwali do bombowcow,
najbardziej na zewnatrz wysuniete kolo komandosow bronilo sie zaciekle przed napastnikami.
Byli odpowiednikami starozytnych Spartan, gotowymi umrzec za swoich kolegow I 
ten kraj,ktory bronil wolnosci czlowieka jako suwerennej jednostki w mysl swietej zasady,
od Boga samego,ze kto podniesie reke na 
prawo czlowieka do wolnosci a w szczegolnosci  prawo czlowieka do bycia soba 
ten podniesie reke na samego Boga.Wlasnie w ich szeregach byly najwieksze straty w ludziach.Mlodzi ludzie,
ktorzy jeszcze chwile temu cieszyli sie zyciem teraz  wchodzili w bramy smierci.Straty w ludziach po stronie sowieckiej 
byly niemniejsze.Faktycznie,nawet wieksze.Prawdopodobnie nie mogli zrozumiec jak to 
bylo mozliwe,ze ten ich atak,ktory mial byc doskonala ofensywa znienacka I przez zaskoczenie 
przeobrazil sie nagle w mistrzowski opor,ktory z kolei mogl przeobrazic sie w kontrofensywe Amerykanow
w ciagu najblizszych paru minut.Ten tajemniczy strzal w powietrze!! 
Amerykanskie bombowce wykatapultowaly do Edenu nieba,tak jak to brytyjskie Harriery sa w stanie to robic.
Raz w powietrzu,mogli przejsc do kontrofensywy._Tadek Melissa Czekajcie tu na mnie  _ Steven Mac Dantosch rzekl.
_ Nie potrafie patrzec tak biernie jak ci mlodzi komandosi  amerykanscy gina.
Pedze tam,w ten ogien. Byc moze moge im troche pomoc. 
_Steven,badz ostrozny Prosze.- Melissa Charleroi miala lzy w oczach. Steven Mac Dantosch nie zareagowal.
Tak naprawde to biegl juz co sil w nogach w dol wzgorza i mial jedno tylko na mysli: pomoc tym 
komandosom amerykanskim,ktorzy naocznie natykali sie na smierc kimkolwiek i w jakiejkolwiek postaci ona byla.
Nikt tak naprawde nie wiedzial jakiej plci smierc byla.Tylko ci przed 
ktorymi rozgrywal sie dramat w starozytnym Akropolu mogli to wiedziec.
Ale to wszystko co sie wlasnie dzialo w rzeczywistosci,ten smiercionosny ogien,mialo doprawdy szekspirowskie wymiary.
Amerykanskie bombowce roztanczyly sie w powietrzu i zaczely bezlitosnie bombardowac pozycje komandosow sowieckich.
W tej to wlasnie chwili,sowieckie bombowce pojawily sie na niebie.Wydawalo 
sie,ze przylecialy z czterech stron swiata.Szekspirowski dramat rozgrywal sie teraz nie tylko na ziemi ale i w powietrzu,dramat,
w ktorym mlodzi ludzie po obydwu stronach  musieli ginac z powodu szalencow tegoswiata,ideologow,
dogmatykow,nieprawychfilozofow,skorumpowanych politykow,kryminalistow,ktorym udalo sie dojsc dowladzy,
religijnych fanatykow,ktorzy bluznili Bozym Slowem dla swoich wlasnych celow i siali nietolerancje pomimo tego,
ze Bog jest jeden i tylko jeden,niezaleznie od tego jakie imie dali Mu wyznawcy religii na swiecie i w koncu 
z powodu bezlitosnych starcow,ktorzy nie troszczyli sie o mlodych a jedynie mysleli o 
kreowaniu bizantyjskich systemow,w ktorych ludzie musieli miec ograniczone swobody
 i stac sie pastwa na rzecz tych,ktorym udalo sie dojsc do wladzy w ostatecznosci.
Swiat byl nadal daleki do doskonalosci.
Niemniej,to nie Sowieci ale Amerykanie byli obroncami najlepszych wartosci czlowieczenstwa,wolnosci i 
demokracji bez cudzyslowia.Dzieki temu iskra nadziei na lepsze wciaz jeszcze 
byla.Walka na calego zaczela sie teraz pomiedzy sowieckimi aamerykanskimi bombowcami.
Amerykanie znalezli sie w opalach.Byli przewyzszeni liczebnie i to znacznie przez bombowce sowieckie.
Na siedem  bombowcow amerykanskich przypadalo ponad dwadziescia 
bombowcow sowieckich,technologicznie nie gorszych nizamerykanskie.
Szala walki,w powietrzu i na ziemi,przechylala sie z wolna na 
korzysc Sowietow.
Steven Mac Dantosch znalazl sie juz w poblizu miejsca najbardziej intensywnej walki i w dodatku na 
tylach sowieckich pozycji.Zobaczyl jak pewien radziecki komandos wymierzyl 
swoj karabin maszynowy w przystojnego,blondowlosego,amerykanskiego komandosa,ktory znajdowal sie od Rosjanina 
zaledwie piecdziesiat metrow dalej.Taki mezczyzna powinien obdarowywac kobiety miloscia a nie ginac bezsensownie.
Jego smierc bylaby gwaltem na jego zyciu,gwaltem dokonanym na mlodym zyciu.
Tak wlasnie myslal Steven Mac Dantosch i kiedy zobaczyl jak wielkie niebezpieczenstwo grozi Amerykanowi,
skoczyl jak lew i po krotkiej,blednej walce znokautowal sowieckiego komandosa do stanu nieprzytomnosci.
To samo wydarzalo sie teraz zwieloma innymi sowieckimi komandosami,ktorzy nie spodziewali 
sie,ze wrog moze czyhac spoza ich plecow.Steven Mac Dantosch ryzykowal natomiast tym,ze 
mogl zostac porazony ogniem ze strony Amerykanow,ktorzy,rzecz oczywista,nie mogli wiedziec,
ze maja przyjaciela na tylach wroga.
Po wczorajszym ogrodzie Edenu nie bylo sladu i 
sasiadujaca dzungla musiala zawodzic wnieboglosy jak wdowa,ktora dopiero co stracila 
malzonka,z ktorym niestety nie zdazyla jeszcze nawet poznac rozkoszy zamazpojscia.
Sily zla wydawaly sie byc potezniejsze od sil dobra.Tak jakby Szatan triumfowal nad Bogiem.Nie,w tej
 rzezi potomkow Abla i Kaina,byl co najmniej jeden czlowiek,sam Steven MacDantosch,ktory
 byl zdecydowany nie dopuscic do tego,zeby sily zla wygraly nad silami dobra.
Amerykanie reprezentowali kraj wolnosci,respektowania praw mniejszosci i tolerancji oraz krajktory dal 
schronienie wszystkim religiom swiata,w mysl zasady,ze Bog jest jeden i tylko
jeden,niezaleznie od tego,czy ludzie nazywaja go Jezusem Chrystusem,Allachem czy Budda 
Najwazniejsza byla swieta zasada od samego Boga:nie smie czlowiek,nawet jezeli jest 
kardynalem,ponizac blizniego swego i poddawac zapytaniu jego prawo do bycia 
soba,niezaleznie od tego,czy sie to komukolwiek podoba czy nie,nie smie czlowiek byc 
Kainem wobec blizniego swego,bo w przeciwnym razie bedzie mial do czynienia z Bogiem.I 
zaden stopien,nawet kardynalski,a nawet papieski,nie uchroni go przed wiecznym potepieniem....
A tymczasem Radziecka flota bombardowala pozycje Amerykanow i 
amerykanskie bombowce niemilosiernie.Dwa amerykanskie bombowce spadly na ziemie jak 
kuliste pioruny.Pozostale samoloty bojowe Amerykanow byly otoczone przez sowieckie 
bombowce... I wtedy... Steven Mac Dantosch westchnal z ulga.... .
Flota okolo czterdziestu amerykanskich,supernowoczesnych bombowcow pojawila sie na ekranie nieba.  
Szekspirowski dramat z miejsca przeobrazil sytuacje na korzysc Amerykanow... 
Niesamowity lancuch wydarzen nastapil kolejno po sobie. Pan Bog wstrzymal Szatana,ktory chcial pospieszyc 
swoim sowieckim ulubiencom,jednym ruchem Swojej Reki. Jedna kula ognista po drugiej i 
kolejnej zaczely spadac z nieskazitelnie blekitnego nieba,bez jednej chmurki.Liczba sowieckich bombowcow byla uszczuplana 
w zastraszajacym tempie i byl to znak,ze ta  podniebna potyczka przechylala szale zwyciestwa zdecydowanie
 na korzysc Amerykanow.Tylko Abel i Kain siedzieli cicho w swoich miejscach,jeden w 
niebie a drugi w piekle. Dwaj bracia rozdzieleni od siebie po wszystkie czasy... 
Bylo jasne,ze Amerykanie zmiazdza Sowietow zarowno w powietrzu jak i na ziemi w przeciagu kilkunastu  zaledwie minut.
Steven Mac Dantosch doszedl do wniosku,ze nie bylo juz potrzeby,zeby nadal walczyl na tylach wroga 
na korzysc tych,ktorzy sluzyli autentycznie wolnemu swiatu,niezaleznemu od religijnych 
fanatykow i dogmatykow jak i ideologicznych komunow.Zamiast tego,musial myslec o swoich najlepszych 
przyjacielach,Tadkowi Vangardowi i Melissie Charleroi.Musieli wydostac sie z tego miejsca za wszelka cene.
Oby jak najdalej.Za siodme morze i siodma gore,jezeli bedzie sie dalo.Bez watpienia,
caly ten apokaliptyczny pojedynek pomiedzy najzazartszymi wrogami z nadal trwajacej zimnej wojny,
spowodowany byl przez tajemnicza strategie Beehive,ktora obie strony chcialy zdobyc dla siebie.Znaczylo to,ze 
poszukiwania strategii Beehive beda kontynuowane.I ostrze tych poszukiwan bedzie namierzone na nich,trojke mlodych ludzi.
Dlatego cos musialo byc zrobione,cos niezwyklego.
Steven Mac Dantosch zauwazyl,ze jeszcze jeden amerykanski bombowiec znajdowal sie w cieniu dzungli,bez dozoru.
Tak jakby zabraklo pilota z jakis przyczyn.Czyzby zginal? Z miejsca wiedzial co zrobi.Nie tracil czasu.
Obtoczyl obie strony nadal walczace z soba i byl juz blizej i blizej bombowca.W koncu dostal sie do niego.Zauwazyl 
z zadziwieniem,ze nie zajelo mu to wiecej niz pietnascie minut.
Radzieccy komandosi znajdowali sie juz pod piekielnym ostrzalem.Ichlodz podwodna zostala juz zniszczona 
a liczba ich bombowcow byla juz prawie rowna zero.Nie mieli juz najmniejszych szans.Steven Mac Dantosch 
zalaczyl silnik i w chwili,gdy bombowiec mial wlasnie wystartowac szybkim zrywem do gory,poczul,ze kula z broni 
maszynowej dosiegla go.Zauwazyl krew wsiakajaca w jego koszule,zaledwie okolo pietnascie centymetrow ponizej jego serca.
Rzucil ostatnie spojrzenie dookola,chcac rozszyfrowac,kto strzelil do niego.Zobaczyl Carlosa.
Bylo jasne teraz jak na dloni kto zranil go.Jakimkolwiek ogniem dysponowal,nakierowal go na Carlosa,
ktory niestety znalazl sie z powrotem w dzungli,na czas,niezraniony i bezpieczny.Steven Mac Dantosch wykatapultowal 
w gore ze "swoja"  wspaniala maszyna a potem polecial w tym kierunku,gdzie jego 
przyjaciele czekali na niego.Nie bylo zadnego problemu dla nich,zeby dostac sie do srodka bombowca i w niedlugim
 czasie znalezli sie daleko od apokaliptycznego pojedynku Amerykanow i Sowietow.
Dopiero wtedyTadek Vangard zauwazyl,ze jego przyjaciel byl ranny.
_Steven,moj Boze,jestes zraniony!_  Zawolal.Steven Mac Dantosch wykrzywil usta z bolu.
_Tak,jestem zraniony. Nie uwierzycie kto postrzelil mnie. To byl... Carlos.To on strzelil do mnie i udalo mu sie  zranic mnie.
_   Steven Mac Dantosch dal im znac.TadekVangard czul sie tak jakby wpadl w konwulsje.
_ On zyje? Jak to mozliwe,ze potworom w ludzkich postaciach zawsze udaje sie uciec 
przed smiercia?_ Sprzeczne uczucia targaly nim,od zadziwienia po rozczarowanie,po rozpacz w koncu.
Zasadniczo byl przeciwko jakiemukolwiek rodzaju uzywania sily i gwaltu,ale to?...Bal sie teraz o zycie
 swojego najlepszego przyjaciela.Melissa Charleroi plakala w milczeniu.Steven Mac Dantosch obdarzyl ich swoim usmiechem,
pomimo bolu jaki czul i pomimo tego,ze czul sie slabiej i slabiej._Nie obawiajcie sie.
_ Powiedzial._ Jestem zraniony ale nie smiertelnie.Jestem przekonany,ze uda mi sie doleciec do
miejsca,gdzie bedziecie sie czuc bezpiecznie.Czy wiecie,gdzie lecimy?"_  Zmienil temat tak szybko,ze jego przyjaciele nie 
zareagowali od razu._Dokad? _ Tadek Vangard zapytal po chwili milczenia.
_ Do Indii. _ Steven Mac Dantosch odpowiedzial 
.Dzieki ponaddzwiekowej predkosci bombowca,ktorym lecieli,do Indii nie bylo az tak daleko.
Bombowiec wygladal napewno jak podniebny ptak.
Oh,co to bylo za tango!... Podniebne tango!... Bombowiec lecial jak szalony,wysoko nad kolorowa Ziemia,
matka Abla i Kaina,i ich potomkow,synow i cory marnotrawne...  
Boze,Steven Mac Dantosch czul sie tak slabo... Oh,jak slabo... Jakby lancuchy,mosiezne,spadaly na niego,
jeden za drugim i przygniataly go do podlogi.A przeciez musial trzymac ster w 
rekach.Bo gdyby puscil ten ster,runeliby w zionaca paszcze piekla. Nie mogl dopuscic do tego.
 Jego przyjaciele musieli zyc.Absolutnie tak! Wyzionalby ducha i nadal prowadzilby
 ten bojowy samolot do miejsca,w ktorym co najmniej jego 
przyjaciele byliby bezpieczni.Dopiero wtedy jego dusza mialaby jego przyzwolenie,zeby wzleciec w brame niebios.
Boze,jak krecilo mu sie w glowie....Co to byla za szalona karuzela,ktora nie sposob bylo zatrzymac....
Tak jakby wszystkie czorty swiata sprzysiegly sie przeciwko niemu.
Oh,co to bylo za tango... Podniebne tango! Boze,on musial,absolutnie musial 
doleciec do celu.Jego przyjaciele musieli przezyc ta Odyseje.
_" Boze,ja musze doleciec do celu."_  Szepnal.Podniebny ptak kontynuowal swoje tango,podniebne tango...Steven Mac 
Dantosch czul,ze zaczyna majaczyc.Widzial jak przez mgle.Bombowiec byl rozkolysany.Wydawalo sie mu,ze nie tylko ten
 bombowiec lecial pod blekitnym sklepieniem nieba,ale sto innych bombowcow,ktore urzadzily sobie prawdziwy bal..
.Podniebny bal....Krew wciaz wydobywala sie z jego rany i bol targal nim tak jakby znalazl sie w wirze tornada.Ale jedno 
wiedzial:nie podda sie...Bedzie lecial uparcie az do celu.Nawet wtedy gdy wyzionie ducha.Boze,co to bylo?...Zauwazyl 
cztery sowieckie bombowce,ktore zblizaly sie.Spanikowal na moment.A jednak smierc byla w stanie pokonac 
go.Wydawalo mu sie,ze rozpacz rozerwie jego serce,gdy uswiadomil sobie,ze jednak nie bedzie w stanie doleciec do 
celu.Jeszcze tylko chwila i sowieckie bombowce wezma ich w cztery ognie._"Ale,na milosc Boska, co to jest?.."_Zadal 
sobie pytanie po raz drugi.Znowu jego zdziwienie nie mialo granic... Sowieckie bombowce lecialy 
dalej tak jakby ich piloci nie zauwazyli samotnego,amerykanskiego szturmowca.Rozwiazanie zagadki bylo szybsze niz 
Steven Mac Dantosch spodziewal sie.Oto na ekranie nieba pojawila sie eskadra dziesieciu amerykanskich 
bombowcow,ktore kontynuowaly poscig za sowieckimi bombowcami.Chwile pozniej sowieckie bombowce,pod obstrzalem 
amerykanskich szturmowcow,przeobrazily sie w ogniste kule ktore spadaly na dno Oceanu Indyjskiego.Amerykanskie 
mysliwce zawrocily triumfalnie.Steven Mac Dantosch i jego przyjaciele mieli droge otwarta,by raz jeszcze probowac 
doleciec do celu.Znalezli sie w indyjskiej strefie powietrznej,nad wschodnia czescia terytorium Indii.Na szczescie nie byli 
zauwazeni przez indyjskie radary wojskowe.Wyladowali na przedmiesciach Kalkuty.Akurat w miejscu,gdzie nie bylo zywego
 ducha...Udalo sie..Tadek Vangard i Melissa Charleroi przejeli inicjatywe w swoje rece.Steven Mac Dantosch tracil juz 
przytomnosc.Trzeba bylo wszystko zrobic za wszelka cene,zeby uratowac jego zycie.... 
Wkrotce znalezli sie w centrum miasta,gdzie byl nieslychany tlok miejski.Wszystkie cuda swiata i koszmary 
zarazem wymieszane byly z soba nawzajem.Najbardziej rzucali sie w oczy Sikhowie z turbanami na ich glowach.
Kierowca taksowki w ktorej sie znalezli  byl Hindus,przyjemnie wygladajacy mlody czlowiek z twarza w kolorze czekolady.
Okazal sie bardzo dobrym kierowca i prowadzilsamochod doskonale,lawirujac pomiedzy przechodniami,ktorzy
 nie przejmowali sie tym,ze spacerowali sobie po drogach,rikszami a nawet tak zwanymi swietymi krowami,
ktore przynajmniej byly wolne od plag jakie nawiedzily krowy w Europie:BSE czyli choroba zwariowanych
krow,pryszczyca i nie wiadomo jakie jeszcze zarazy.Przynajmniej ludzie zaczeli piekniec w tej dalekiej Europie,
bo przestali jadacwolowine i chudneli na oczach.Hindusi zapewne jedno wiedzieli:ich Bog,Wisznu,
sprowadzil te zarazy na Europejczykow za to ze odwazyli sie spozywac swiete mieso krowie.Sprawiedliwosci stalo sie zadosc! 
Steven Mac Dantosch stracil juz przytomnosc._ Czy on jestAmerykanem?_ Taksowkarz zapytal zagadkowo.
 _Tak I nie.Naprawde jest Australijczykiem ale ma tez paszport amerykanski. Dlaczego pytasz o to? _ Tadek Vangard 
czul sie okropnie._Widzicie,my tu znamy pewnego amerykanskiegodoktora,filantropa,ktory nam 
pomaga jak malo kto. Tam wlasnie jedziemy. Do tego doktora.Nazywa sie Jack Strauss. "_ Hindus odpowiedzial.
_ Daleko jeszcze do niego stad?_ Tadek Vangard zapytal  i czuc bylo w jego glosie zarowno 
niecierpliwosc i zdenerwowanie jak i wdziecznosc do Hindusa,ze znalazl najprawdopodobniej najlepsze rozwiazanie,
jakim bylo dowiezienie Stevena na czas do prywatnej kliniki.Tak naprawde to byla juz noc a pomimo to nie ubywalo 
ludzi na ulicach miasta.Piec minut pozniej znalezli sie przed oswietlona willa,taka jaka mozna na ogol 
zobaczyc tylko na Zachodzie,ktora jak Dar Pomorza wystawala ponad wszystko w morzu slumsow.
Z miny Hindusa mogli wyciagnacwniosek,ze ludnosc lokalna nie miala tego za zle ekscentrycznemu doktorowi z Ameryki,
ktory osiadl sie tu na stale by ich leczyc i pomagac im.Doktor Jack Strauss okazal sie sympatycznym mezczyzna 
w srednim wieku,wyjatkowo wysokim,majacy prawie dwa metry i dwadziescia centymetrow wysokosci,
a z jego twarzy emanowala szlachetnosc i madrosc.Z miejsca zajal sie Stevenem Mac Dantoschem,ktory znalazl sie
 na stole operacyjnym.Byla juz trzecia godzina nad ranem,gdy doktor Jack Strauss pojawil sie w poczekalni przed 
przyjacielamiStevena,umierajacymi z niepokoju.Wystarczylo jednak spojrzec na twarz doktora,zeby z miejsca wiedziec,
ze operacja udala sie. _ Udalo sie._ Doktor Jack Strauss potwierdzil to co jego usmiechnieta twarz zdazyla im juz przekazac.
 _Ale wasz przyjaciel potrzebuje regeneracji co najmniej przez dwa tygodnie. _Melissa Charleroi podbiegla 
do doktora i ucalowala jego zlote rece z wdziecznosci._ Bardzodziekujemy,doktorze._ Podziekowala 
w imieniu swoim i Tadka Vangarda.Doktor Jack Strauss przygladnal  sie jej z uwaga.Zapewne wydawala mu sie 
dziwnie za mloda.Ale nie powiedzial nic na ten temat._ Mozecie u mnie zamieszkac przez nastepne pare tygodni._ 
Zaproponowal._ Alez,doktorze! Nie mozemy naduzywac Twojej goscinnosci! Juz i tak zrobiles dla nas cos co gory zlota 
nie bylyby w stanie splacic.Dzieki tobie nasz przyjaciel zyje!! _Tadek Vangard zaprotestowal.
Tak naprawde jednak to czul sie w siodmym niebie dzieki ofercie doktora._ Obraze sie,jezeli nie zgodzicie sie." 
_ Doktor Strauss rzekl z odrobina dozy gniewu w swoim glosie._ Po prostu jestem 
spragniony widoku ludzi mojego rodzaju u mojego boku.Dawno juz nie bylem w Ameryce.Chyba mnie rozumiecie
_Tak,doktorze.Serdeczne dzieki. _ Tadek Vangard odpowiedzial.Udali sie do pokojow sypialnych,
ktore doktor im wskazal i wkrotce zarowno Melissa Charleroi jak i Tadek Vangard zasneli kamiennym snem..
Ale nawet w czasie snu ich twarze byly odzwierciedleniem szczescia.Czyz aktualnie moglo byc 
coskolwiek innego co mogloby usczesliwic ich bardziej niz wiadomosc,ze Steven Mac Dantosch przezyl? 
Oczywiscie,fakt,ze ich przyjaciel zyl,to bylo to cos jedynego co sprawilo,ze czuli sie tak bardzo szczesliwi.
Tak jak doktor Jack Strauss przewidzial,Steven Mac Dantosch szybko wyzdrowial i zregenerowal sie niemal 
calkowicie w ciagu dwoch tygodni.Byl w stanie robic nie tylko dlugie spacery po monumentalnym ogrodzie doktora Straussa,
ale tez cwiczyl to co kochal najbardziej:sztuki walki.Zarowno orientalne jak i te,ktore sam sobie 
wypracowal na swoj wlasny uzytek.Byl niezrownanym mistrzem w stylach walki,ktore potrafil laczyc z soba w jedna 
calosc w tak latwy sposob jakby polykal ulubione ciasteczka.
Z wielka przyjemnoscia przebywali 
w posiadlosci doktora Straussa.Pomalu mysleli juz o tym,zeby 
wyruszyc w droge.Nie mogli naduzywac jego goscinnosci.Doktor Strauss byl idealem 
czlowieka,humanista wielkiego kalibru dla ktorego nie bylo tematu na ktory nie potrafilby 
odpowiedziec ze znajomoscia dostepna profesorom.Jego zdaniem kazdy czlowiek mial 
niepodwazalne prawo do tego zeby byc soba.Podstawowego prawa czlowieka decydujacego o jego 
tozsamosci.Nie mozna bylo wyrwac czlowiekowi jego duszy na gwalt.Ani tego kim naprawde byl.A 
to wlasnie bylo to co probowali robic najrozmaitsi klerycy,od islamistow po katolickich ksiezy.Glosili 
prawa tak zwanej natury,zeby podporzadkowac sobie ludzi i kazdego czlowieka z osobna,tak jakby 
zapomnieli co Bog powiedzial:" Nie bedziesz Kainem wobec blizniego swego,nie bedziesz wyrywal 
mu jego duszy na gwalt i tego wszystkiego co stanowi go jako indywidualna osobe."Talebanowie w A
fgnistanie zdegradowali kobiety do tego stopnia,ze musza miec zasloniete twarze caly czas i nie maja p
raktycznie zadnych praw.W imie ich Boga,Allaha.A faktycznie w imie systemu,sprawowania kontroli nad 
czlowiekiem i spoleczenstwem,dominacji jednego rodz
aju ludzi nad innym rodzajem ludzi.Czy jakkakolwiek kobieta w Polsce zgodzilaby sie zeby ja potrakt
owano tak jak to czynia Talebanowie z ich kobietami? Paradoksalnie,nawet Watykan rzucil wyzwanie
 Bogu,wynoszac systemowe rozwiazania nad prawa czlowieka do bycia soba,podczas gdy prawo 
czlowieka do swojej tozsamosci powinno byc zagwarantowane,niezaleznie od tego czy 
to sie podoba dostojnikom religijnym,wlacznie z papiezem,czy nie.Nie mozna bylo pozbywac 
czlowieka na gwalt tego kim jest.Swiat dogmy,jakiejkolwiek dogmy,to robil,niestety i rodzil 
fanatykow wszelkiego pokroju.A ci z kolei rozniecali ogien i gwalt wojenny dookola.Tak powstawaly 
wojny od zarania dziejow.Bo czlowiek chcial zmieniac to co najdrozsze w drugim czlowieku,na gwalt.
Czy na tym miala polegac powszechna sprawiedliwosc na Ziemi? Szalency,opamietajcie sie zanim 
jeszcze byc moze nie jest za pozno! Boze,przebacz im bo nie wiedza co czynia... Wydaje sie im,ze 
wszystkie madrosci posiadli a najprostszych rzeczy nie potrafia rozwiazac i zwykly czlowiek musi ich 
pouczac. Doktor Strauss nalezal do organizacji:" Lekarze bez granic." Umial wschluchiwac sie idealnie
 w swoich rozmowcow i wkrotce wiedzial bardzo duzo o swoich gosciach.I czas im lecial jak w 
raju.Podczas gdy doktor Strauss pracowal w swojej domowej klinice,nawiedzany codziennie przez 
tlumy Hindusow,oni sobie spacerowali po ogrodzie doktora albo wybierali sie na miasto i delektowali 
sie tym wszystkim co mogli zobaczyc i uslyszec.Oh,ta rajska India!...
W trzecim tygodniu ich pobytu w willi doktora Jacka Straussa,Steven Mac Dantosch mogl 
uznac ze przeszedl przez pelne stadium rekonwelascencji.Odzyskal tez pelna zdolnosc do 
poslugiwania sie sztukami walki do perfekcji.Dzieki temu on i jego przyjaciele byli gotowi 
do drogi.Dwa dni przed planowanym wyjazdem do Bombaju zorganizowali pozegnalna 
wieczerze w domu doktora Jacka Straussa.Wieczerza przeobrazila sie w przyjecie z 
dodatkiem likierow alkoholowych,ktorych nie wolno bylo spozywac jedynie Melissie 
Charleroi,poniewaz byla za mloda.Poszli spac pozno w nocy.Gdy Steven mac Dantosch 
obudzil sie rano,poczul,ze czul sie dziwnie i nie mogl ruszyc rekami w zadna strone.
Zaalarmowany,otworzyl oczy,ktore z miejsca wypelnily sie zgroza po brzegi jak 
czarno brunatne morze w czasie sztormu wylewajace sie ze swojego morskiego koryta.
 _" Czy mi sie sni koszmar?"_ Pomyslal.
Niestety,to nie byl koszmar.Nie kto inny jak Carlos,z wciaz jeszcze swieza szrama  na lewym policzku,od rany jaka zadal mu jaguar 
Tommy,stal nad nim i patrzal zlowrogo,i sadystycznie w jego oczy.A wiec jaguar nie zabil 
go a jedynie zranil.Steven Mac Dantosch probowal zerwac sie z lozka by podjac walke z 
Carlosem ale na prozno.Okazalo sie,ze jego rece byly zwiazane do balustradowych 
poreczy lozka.Byl bezbronny i bezsilny.Jego trwoga nie miala granic.Boze,co stalo sie z 
jego przyjaciolmi?
 _"Czesc."_Uslyszal glos Carlosa,napelniony nienawiscia._ " Znowu sie spotykamy,co?!... 
Tym razem upewnie sie ze zostanie zrobione z toba to na co zaslugujesz."_Kazde slowo z 
ust Carlosa mialo zapach smierci.
 _"W jaki sposob mnie znalazles?"_Steven Mac Dantosch zapytal ale zamiast 
odpowiedzi,potezny cios z reki Carlosa wyladowal na jego twarzy,tak druzgocacy jakby 
sam asteroid spadl na niego z nieba.
Z miejsca zamroczylo go i swiatlo porannego dnia uszlo z niego...
Gdy Steven Mac Dantosch ponownie otworzyl oczy,zauwazyl,ze siedzial na krzesle i mial zwiazane rece do oparcia 
krzesla.Nie bylo szans zeby sie oswobodzic.Czul piekacy bol na swojej twarzy.Zauwazyl jednoczesnie,ze jego przyjaciele 
rowniez siedzieli na krzeslach z przewiaznymi rekami do tylu.Melissa Charleroi plakala.Doktor Jack Strauss siedzial w 
milczacym przygnebieniu a Tadek Vangard probowal nie patrzec na Carlosa,ktory wlasnie "ryczal" nad jego glowa.
 _"Masz mi natychmiast wskazac miejsce gdzie ukryta jest strategia Beehive ...Zrozumiane?!"__Carlos domagal sie.
 _" Ja nie mam zadnej strategii. Nic mi nie jest wiadomo o jakiejs tam strategii Beehive."_Tadek Vangard odwaznie 
odpowiedzial.Cios padl na jego twarz ale nie az tak mocny,zeby stracic przytomnosc.
 _"Klamiesz!"_Carlos krzyknal do niego._"Ja naprawde nie mam zadnej strategii! Nie mam pojecia o co chodzi.To jakies 
straszne nieporozumienie!"_Tadek Vangard obstawal przy swoim zgodnie z prawda.
 _" Milcz,jezeli nie chcesz zebym ci ucial twoj jezyk!"_Carlos wrzasnal na niego.Bylo wyraznie widac,ze byl 
rozwscieczony.Chodzil po pokoju tam i z powrotem  I najwyrazniej probowal zadecydowac co zrobic.Nie ulegalo 
watpliwosci,ze kazda jego decyzja musiala mrozic krew w zylach.Ciarki przelecialy po wszystkich,gdy Carlos ponownie 
odezwal sie.Tym razem jego glos byl wywazony,zimny a nawet lodowaty jak sopel lodu.A jednoczesnie dzwieczal tak jakby 
z kazdym slowem ktore wymawial wylatywal smiertelny strzal z jego pistoletu.
 _"Nie udalo mi sie przekonac was do tego,zebyscie mi oddali ta strategie jak dotad."_ Swiszczacy glos Carlosa dolatywal do
 ich uszu._"Mam nowe rozwiazanie i jestem przekonany,ze dostarczycie mi strategie wczesniej czy pozniej."_Carlos na 
chwile zamilczal,zeby spotegowac wrazenie swoimi kolejnymi slowami.
_"Zabiore dziewczyne ze soba.Zwroce ja wam w chwili jak mi oddacie strategie Beehive.Macie zostawic strategie na poste 
restante pod naglowkiem 'Carlos',na Glownej Poczcie w Bombaju.Bedziecie mieli dziewczyne do tygodnia z powrotem w 
tym samym miejscu." 
 _"Boze,nie!... Steven... Tadek...Nie pozwolcie mu zabrac mnie ..."_ Melissa Charleroi zaniosla sie spazmatycznym placzem.
  _"Zostaw ja w spokoju,chamie!"_Steven Mac Dantosch krzyknal do niego.
 _" Zabierz mnie raczej jako zakladnika!"_Tadek Vangard zaproponowal,wciaz jeszcze ludzac sie,ze Carlos zostawi w spo
koju Melisse Charleroi.
Niestety,Carlos robil swoje.Odwiazal Melisse Charleroi od krzela I ponownie ja zwiazal a potem zarzucil sobie ja po prostu 
na plecy.I chociaz ona bronila sie jak mogla,rzucala sie i wyrywala z zelaznych usciskow jego rak,i plakala,i wydzierala sie 
wnieboglosy z rozpaczy,nikt i nic nie bylo w stanie jej pomoc.Carlos zniknal z Melissa Charleroi za drzwiami a Tadek 
Vangard i Steven Mac Dantosch plakali milczaco,nie mogac zniesc tego widoku nowego gwaltu w jaki zostala wciagnieta 
Melissa Charleroi...
*
Dwoch nieznajomych,ktorzy stali obok posazku Erosa na Piccadily Circus w Londynie,trzymali sie za 
rece.Nie zwracali uwagi na halasliwych punkow.Oni sami wygladali tajemniczo,nakryci jakimis 
dziwnymi plaszczami w kolorze szarym,siegajacymi im po kostki ich nog.Byli nieokreslonego 
wieku,tak jakby mieli po dwadziescia piec lat albo dziewiecdziesiat dziewiec._" Bracie."_ Odezwal sie
 jeden z nich,ten,ktory mial dziwne uszy przypominajace kozie... Nie widzielismy sie od dziesieciu 
tysiecy lat. _"Tak,Kainie,od dziesieciu tysiecy lat... Drugi mezczyzna z o wiele przyjemniejsza twarza i
 normalnymi uszami wydawal sie byc gleboko zamyslony. _"Oh,Abel,wydaje mi sie,ze mnie 
nienawidzisz ... Kain byl wyraznie spiety i jakos taki nieswoi.Abel spojrzal na niego swoim 
przenikliwym wzrokiem._" Kain,dlaczego to zrobiles?... Dlaczego zabiles mnie?..."_Zapytal 
wprost.Kain zakryl swoja twarz rekami.Na moment milczenie zapanowalo pomiedzy nimi.i tylko 
beztroski smiech punkow slychac bylo naokolo._" Kain,slyszysz?.... Dlaczego zabiles mnie?... 
Dlaczego to zrobiles przeciwko swojemu wlasnemu bratu?..."_Abel byl nieustepliwy.Kain spojrzal 
prosto w oczy Abla._" Bracie,mam wrazenie,ze nienawidzisz mnie ...Za to co zrobilem ..."_ Rzekl._" 
Oh,bracie,to nieprawda.Ja nie nienawidze cie... My,aniolowie,nie znamy takiego uczucia."_ Abel byl 
daleki od potepienia swojego brata._" Pozwol mi,ze dokoncze."_Kain przerwal mu._"Nie wiem 
dlaczego to zrobilem.. .Bylem tak bardzo glupi i oslepiony przez moja bezsensowna nienawisc... 
Oh,gdybym mogl zawrocic czas!... Moja nienawisc byla tak bardzo bezsensowna... Mysle,ze bylem 
osaczony przez sily szatanskie... W zaden inny sposob nie potrafie wytlumaczyc sobie tego co 
zrobilem... O,co ja zrobilem!... Nawet imienia Tego nie moge wymowic bo Szatan obdarlby mnie ze 
skory na zywo... Nie moge uwierzyc,ze nienawidzilem cie,Abel i dlaczego zrobilem co zrobilem.. Abel...
 kocham cie. Czy przebaczasz mi?..."_ Lzy pojawily sie w diablich slepiach Kaina.Cos gleboko 
czlowieczego nadal w nim tkwilo,wierzcie w to czy nie.
 _"Tak,Kain,przebaczam ci ."_Padla odpowiedz z ust Abla,ktora miala moc zyciodajnego nektaru.
 _"Oh,Abel,czuje sie teraz lepiej.Mysle,ze zadne pieklo nie bedzie mi juz straszne. Bo mam w sercu to
 co mi najdrozsze: twoje przebaczenie,Abel..."
 "Czy slyszysz,Abel? Znalezli mnie I przybywaja juz tu po mnie"_Rzeczywiscie,cos dziwnego zaczelo sie 
dziac dookola Piccadilly Circus.Neony raz swiecily sie niewiarygodnie jaskrawym swiatlem a innym razem 
niemal gasly.Najdziwniejsze rzeczy dzialy sie na ulicach,a zwlaszcza na Regent i Piccadilly.Ruchsamochodowy byl 
zywszy i halasliwszy a klaksony samochodowe byly uzywane o wiele bardziej czesto i bez zadnego powodu.Niektore 
samochody a raczej luksusowe gruchoty z lat piecdziesiatych a nawet trzydziestych i dwudziestych krazyly non stop 
dookola placu na ktorym znajdowal sie posazek Erosa.Ichkierowcami byli jacys dziwacy,czarne charaktery z 
ciemnymi okularami nasadzonymi gleboko na ich nosy,owlosieni ponad miare  i tacy jacys dziwni ,i z kozimi 
uszami. "Abel,widzisz ich?... Slyszysz ich?..."_Kain zapytal. "I czuje ich,Kainie."_Padla odpowiedz z ust Abla.Obaj 
wiedzieli doskonale co sie dzialo dookola nich. "Strasznie mi przykro,Kainie,ze nie moge ci pomoc ." "Nie przejmuj 
sie tym,Abel.Najwazniejsze,ze mam przebaczenie od ciebie.Nie straszne mi pieklo teraz.A poza tym,zasluguje 
na to.Niechaj to bedzie ku przestrodze postronnym,ze co ze mna sie stalo i z nimi moze sie stac." "Jak ci sie udalo 
uciec z piekla,Kainie?" _"Oh,udalo mi sie ukrasc magiczny klucz z kodem z szuflady Szatana."   "On zemsci sie na
 tobie za to."_ "Wciaz bede szczesliwy,Abel,bo pozwoliles mi spotkac sie z soba i przebaczyles mi."    " Nie potrafie 
sobie wyobrazic,Kainie,co jeszcze moge zrobic dla ciebie.Jestesmy oddzieleni od siebie przez nieziemskie 
sily,ktore nie jestesmy w stanie kontrolowac."_"Nic nie rob,Abel.Ja musze zaplacic cene za to co 
uczynilem. Pozwol mi objac cie,i ucalowac,i pozegnac sie z toba.Juz nigdy wiecej nie zobaczymy sie."    " 
Oh,Kainie,oczywiscie."_Padli sobie w ramiona i usciskali sie serdecznie,dwaj bracia odnalezieni.Jakas chmara 
dziwnychosobnikow wyskoczyla ze starych samochodow,ktore zatrzymaly sie na srodku drogi i zaczeli podazac w 
kierunku dwoch braci.Abel wysunal sie do przodu,gotowy walczyc z armia diablow.Czul wielkie ognie w 
sobie,laserowe,ktorymi byl w stanie porazic wrogow w jednej chwili. " Abel,daj spokoj. Pozwol im zabrac mnie 
!"_Kain probowal nie dopuscic do walki,ktora mogla zamienic Piccadilly Circus i jego okolice w widmona 
podobienstwo Hiroshimy.  "Tak mi przykro,Kainie... Do widzenia,bracie..."_ Abel rzucil pozegnalne slowa do 
brata,wiedzac,ze Kain musi wrocido tego miejsca,ktore mu bylo przypisane." Do widzenia,bracie."_Kain odparl i 
Abel bylby gotow przysiegnac,ze jego brat mial lzy w oczach.Kain tymczasem odwroci sie od Abla i podszedl do 
osobnikow w dlugich plaszczach i z ciemnymi okularami na ich nosach,ktorzy pochwycili go bezceremonialnie,tak 
jakby byl nikim,i zawlekli go do jednego ze starych samochodow.A potem juz te luksusowe gruchoty,od Rolls 
Royce'ow po Jaguars'y i Cabriolety Bristol ruszyly z miejsca jeden za drugim.Abel rzucil okiem na figurke Erosa 
po raz ostatni i udal sie w glab reprezentacyjnej ulicy Regent.Tam zmieszal sie z tlumem i po chwili zniknal bez 
sladu.Tylko on wiedzial,ze byl w drodze powrotnej do nieba.I,de facto,rowniez Kain.Bog upewnil sie,ze Abel nie 
widzial Go i stal niewidzialny,i zadziwiony w Bramie Niebios..
*
Steven Mac Dantosch i Tadek Vangard znalezli sie w Bombaju juz na drugi dzien po tym jak Carlos uprowadzil
 Melisse Charleroi.Przysiegli sobie na wszystkich swietych,ze musza odnalesc ja za wszelka cene i odebrac ja 
Carlosowi.Musieli zrobic to na czas zanim ultimatum Carlosa mialo wygasnac.Przerazala ich mysl,ze moga nie 
zdazyc.Kupili uzywanego dzipa i zagladali we wszystkie zakamarki Bombaju,od nadmorskich dzielnic dla 
bogaczy,zwlaszcza w okolicach Chowpathy Beach and Marine Drive po dzielnice najubozszych ze 
slumsami,ktore uragaly honorowi ludzkiemu,zamieszkale glownie przez tak zwanych Pariahow,nalezacych do 
najnizszej kasty.Poszukiwania zaczeli,oczywiscie,od Glownej Poczty liczac na to,ze tu moga znalesc nitke do 
klebka,dzieki ktoremu mogliby dotrzec do Carlosa.Niestety,nie znalezli najmniejszego sladu.Byla juz pozna 
noc,gdy zdecydowali sie wrocic do hotelu zwanego Taj Mahal,zbudowanego przez Brytyjskich kolonizatorow juz 
w 1661 roku.Siedzieli na tarasie pod gwiazdzistym niebem i czarna rozpacz ich ogarnela.Steven Mac Dantosch 
mial ukryta glowe w swoich ramionach a Tadek Vangard patrzal smutnym wzrokiem w gwiazdy.Mial 
wrazenie,ze slyszal koncert filharmoniczny,wykonywany przez gwiazdy.Dzwieki muzyki skomponowane przez 
Fryderyka Chopina,Krzysztofa Pendereckiego,Witolda Lutoslawskiego i Jana Ignacego Padarewskiego 
zabrzmialy mu w jego uszach.Tesknota za Polska obezwladnila go na moment.W pewnej chwili doznal 
olsnienia. _"Steven."_Zwrocil sie do swojego przyjaciela._"Jest szansa,ze mozemy rozwiazac ta labiryntowa 
zagadke i znalesc Melisse."  _"W jaki sposob?...No,powiedzze ..."_Steven Mac Dantosch z miejsca odzyskal 
swoja zywotnosc._"Znam pewna polska zakonnice,siostre Marie,ktora razem z innymi zakonnicami prowadzi 
sierociniec w Lonavla,nieco ponad piecdziesiat kilometrow na polnoc od Bombaju.Ona sama miala tragiczne 
zycie.W czasie drugiej wojny swiatowej jej rodzice razem z nia byli wywiezieni przez Stalina na Syberie.Byla 
dzieckiem wtedy.Temperatury dochodzily do minus szescdziesieciu stopni Celsjusza a oni nie mieli nic przy 
sobie.Rodzice zmarli a jej udalo sie uciec do Chin z grupka smialkow.Potem uciekala przed Mao Tse Tungiem i
 znalazla sie w Indii,gdzie wstapila do zakonu.India stala sie jej druga ojczyzna,podobnie jak to jest w 
przypadku doktora Jacka Straussa. _"I myslisz,ze moglaby nam pomoc?..."  _"Tak wlasnie mysle.Nie 
uwierzysz,ale zakonnice nieraz wiedza duzo wiecej niz przecietny zjadacz chleba.Wymieniaja spostrzezenia z 
zaprzyjaznionymi zakonami,niekoniecznie nalezacymi do tego samego wyznania." _"W takim razie zaraz z 
rana wyruszamy do Lonavla..."_Steven Mac Dantosch zakomunikowal triumfalnie.Swiatlo nadziei na nowo 
zapalilo sie w nich... 
Skoro tylko swit nastal znalezli sie w pociagu,niewiarygodnie zatloczonym.Sporo pasazerow rozlozylo sie na dachach 
pociagowych wagonow.Bynajmniej nie widzieli w tym nic dziwnego.To byla India,kraj tysiaca i jeden dziwow.Kto nie 
peknalby ze smiechu gdyby spojrzal na czlowieka z turbanem na glowie siedzacego sobie wygodnie na dachu wagonu 
pociagowego?..Takich obrazkow bylo nie malo w Indii.Byla dopiero godzina dziesiata rano,gdy dotarli do Lonavla a pol 
godziny pozniej znalezli sie przed brama wejsciowa do sierocinca,zbudowanego z bialego granitu,z wielkim kwadratowym 
dziedzincem posrodku otoczonym budynkami mieszkalnymi oraz szkola.Gdy znalezli sie na dziedzincu,prawie z miejsca 
pojawily sie przed nimi siostry zakonne ni stad ni zowad,w liczbie okolo dwudziestu,ktore jednak nastawione byly zyczliwie

 do nieznajomych.Niektore siostry zakonne byly pochodzenia europejskiego a inne Hinduski,ktore przeszly na wiare 
chrzescijanska.Tadek Vangard przedstawil sie i oznajmil,ze mial przyjemnosc korespondowac przez pewien czas z siostra 
Maria i wysylac paczki z lekarstwami do sierocinca jeszcze wtedy gdy mieszkal w Polsce.Jedna z zakonnic,okolo 
szescdziesiecioletnia,wystapila wtedy z szeregu i powitala go oraz jego towarzysza w imieniu pozostalych siostr 
zakonnych,oznajmiajac jednoczesnie,ze jest ta osoba,z ktora Tadek Vangard korespondowal.Przywitali sie serdecznie a 
nawet zlozyli pocalunki na swoich policzkach,co bylo bezprecedensowe zwazywszy,ze zakonnice slubowaly oddanie tylko 

i wylacznie Bogu.Z miejsca zostali zaprowadzeni do ich pokojow a goscinnosc zakonnic byla niezrownana.Oni jednak 
oswiadczyli zakonnicom,ze potrzebuja pilnej konsultacji z nimi i juz wczesnym popoludniem,zaraz po poludniowym 
posilku,znalezli sie za obszernym stolem razem z zakonnicami w sali konferencyjnej.Siostra Maria siedziala obok Tadka 
Vangarda.Czuli sie pomiedzy zakonnicami jak w Domu Bozym i opowiedzieli im dokladnie wszystko o Melissie Charleroi i 
jej porwaniu przez Carlosa.Zakonnice byly wzburzone do ostatnich granic.Ich oczy byly metamorfoza huraganow 
staczajacych boje z soba.Kto slyszal czy widzial choc raz i choc jeden tylko huragan niech zadrzy z bojaznia.Siostra Maria 
wyszla z przeorysza Madeleine z sali,trzesac sie z gniewu.Inne zakonnice,niemniej wzburzone, rozprawialy miedzy soba i 
gniewnie gestykulowaly.Obie zakonnice wrocily po dziesieciu minutach,ale odmienione na swoich twarzach nie do 
poznania.Triumfowaly.
 _"Mysle,ze znalazlysmy ta przyslowiowa nitke do klebka."_Siostra Maria z miejsca oswiadczyla._"Zadzwonilysmy do 
naszych przyjaciol w hinduskiej swiatyni na gorze Abu,umiejscowionej w polowie drogi pomiedzy szczytem a podnozem 
gory,ktorzy wrecz przysiegli nam,ze trzy dni temu nad ranem widzieli jakiegos muskularnego osobnika w wozie 
terenowym,jadacym na szczyt gory a obok niego siedziala jakas dziewczynka z mina wyraznie nieszczesliwa.Nasi 
hinduscy
 przyjaciele powiedzieli nam,ze jakies dziwne rzeczy dzieja sie na gorze Abu juz od dluzszego czasu.Caly czas jacys 
nieznani osobnicy kursuja pomiedzy szczytem a miastem o tej samej nazwie.Poza tym w samym miescie wydarzyly sie 
tajemnicze zbrodnie,czego jeszcze dziesiec lat temu nie bylo.   
  _" Hura !"_Tadek Vangard dal sie poniesc przez radosc.Wszystko wskazywalo na to,ze Melissa Charleroi musiala sie tam 

wlasnie znajdowac,w gniezdzie terrorystow...
Zaraz z rana wyruszyli w droge.Kierunek : Mount Abu.Jak to zapewne bylo w calych India i ten 
pociag,ktorym podrozowali byl zatloczony niemilosiernie.Nie mozna bylo noga ruszyc ani w lewo ani w 
prawo.Totez byli szczesliwi,gdy w koncu pociag dotarl do Mount Abu.Nie bylo jeszcze poludnia i dlatego 
zdecydowali sie przystapic do akcji od razu.Najpierw hinduski klasztor w polowie trasy na szczyt gory Abu 
a potem wysokogorska spinaczka po tej czesci gory,niedostepnej,ktora ewentualni terrorysci mogli 
zostawic bez pilnowania.Do hinduskiej swiatyni dotarli dwie i pol godziny pozniej.Mistrz Pahdari Ramganati 
Pradesh wtajemniczyl ich we wszystko.Potwierdzil,ze nastoletnia dziewczyna byla widziana pare dni 
wczesniej w wozie terenowym prowadzonym przez muskularnego mezczyzne.Rysopis sie zgadzal.Nie 
ulegalo watpliwosci,ze gniazdo terrorystow musialo znajdowac sie w podziemiach gory,ale gdzies tam na jej 
wierzcholku.Byla godzina czwarta gdy wybrali sie w dalsza droge,zaopatrzeni w sprzet do spinaczki 
wysokogorskiej.Byli wycienczeni,gdy zblizali sie do wierzcholka gory,krok po kroku i raniac sie na 
skalistych urwiskach.Wieczor sie juz zblizal nieuchronnie.Zrobilo sie szaro,gdy slonce zniknelo za 
horyzontem.Dostrzegli jakie dziwne swiatlo w skalistej scianie gory,jakies dwadziescia metrow nad 
nimi.Pozostala jeszcze godzina trudu I meki by dostac sie do tego tajemniczego miejsca.Okazalo sie,ze bylo 
to swiatlo elektryczne,ktore uchodzilo z jakiegos tunelu.Nie ulegalo watpliwosci,ze odkryli podziemne 
schronisko terrorystow.Nie chcialo im sie wierzyc,ze cos takiego bylo mozliwe w Indii,najwiekszej 
demokracji na swiecie.Bardziej na miejscu byloby cos takiego w Iranie,Iraku czy Libii.Nie czas bylo na 
rozwazania.Wslizneli sie do wnetrza i posuwali sie ostroznie wzdluz tunelu dalej i dalej.Dotarli do 
miejsca,ktore bylo jak jakis monumentalny balkon.To co zobaczyli przeszlo ich najsmielsze 
oczekiwania.Ponizej znajdowala sie monumentalna hala,calkowicie oswietlona I zapelniona ludzmi,ktorzy 
cwiczyli najrozmaitsze sztuki walki.Bylo ich okolo piecdziesieciu.Czy Carlos byl pomiedzy nimi? 
Tak,byl.Dostrzegli go przy terminalu komputerowym,obok ktorego znajdowal sie helicopter a nieco dalej 
sklad wszelkiego rodzaju broni wlacznie z granatami i materialami wybuchowymi.Wygladalo na to,ze terror 
nie powiedzial jeszcze ostatniego slowa...
Stala sie spektakularna rzecz po chwili.Kopula szczytu hali zaczela sie otwierac I niebo usiane 
szczerozlotymi,zarzacymi sie gwiazdami ukazalo sie terrorystom,ktorzy na moment przerwali swoje 
cwiczenia.Rozlegly sie oklaski pod adresem Carlosa.Tadek Vangard otworzyl usta z wrazenia.
 _" Hura,mam kod!"_ Uslyszal w pewnej chwili.Slowa te byly powiedziane przez Stevena Mac Dantoscha,ktory 
wpatrywal sie w terminal komputerowy przez lornete. _" Co takiego ?"_ Tadek Vangard zapytal,nie mogac 
zrozumiec o co chodzi. _" To,Tadek,ze byc moze bedziemy mieli szanse uciec stad tym helikopterem,ktory tam 
widzisz  dzieki temu,ze znam kod,ktory umozliwi nam otwarcie tej kopuly.Najpierw,oczywiscie,musimy znalesc 
Melisse."  Nie pozostalo im nic innego jak czekac do poznych godzin nocnych az wszyscy terrorysci rozejda sie do 
swoich kwater.Tak tez sie stalo kolo polnocy.Carlos byl jednym z ostatnich,ktory opuscil hale.  _"Tadek,czekaj tu 
na mnie.Musze jeszcze znalesc plan pomieszczen.Moze uda mi sie rozszyfrowac,z pomoca komputera,w ktorym 
pomieszczeniu znajduje sie Melissa."Steven Mac Dantosch spuscil sie po linie z wprawa mistrza I Tadek Vangard 
obserwowal go potem jak szukal danych goraczkowo na komputerze.Najwidoczniej udalo sie bo zaczal ponownie 
wspinac sie po linie._" Mam plan pomieszczen.Melissa znajduje sie w jednym z tych pomieszczen na koncu jednego
 z tych tuneli,ktory oznaczony jest czerwona linia.Chodzmy."_ Oznajmil.Zaczeli szukac tunnel oznakowany na 
czerwono.Znalezli po parunastu minutach.Pol godziny pozniej znalezli sie na koncu tunelu.Steven Mac dantosch 
podszedl bezszelestnie do wartownika,ktory sobie drzemal I znokautowal go jednym wyrzutem reki,ktory musial 
miec sile konskiego uderzenia kopytem.Otworzyli drzwi do wnetrza.Bylo ciemno.Steven Mac Dantosch zaswiecil 
swiatlo.Na samym koncu pokoju,w jego rogu,znajdowala sie skulona postac dziewczyny,ktora ukryla swoja twarz w 
swoich dloniach ze strachu I przerazenia.To byla Melissa Charleroi. _" Melissa,to my."_ Steven Mac Dantosch 
wyszeptal,wystarczajaco glosno,zeby go slyszala.Nazupelniej nie dowierzala swoim uszom,bo nadal miala ukryta 
swoja twarz w swoich dloniach.Ale Steven Mac dantosch zauwazyl szparke w jej dloniach.Ciekawosc i nadzieja 
widocznie przemogla jej strach. _" Melissa,to my."_Steven Mac Dantosch powtorzyl.Dopiero wtedy zdjela swoje 
rece z twarzy. _"Steven... Tadek ...To wy ? Naprawde?"_ Zapytala.Ale wyraznie bylo widac radosc na jej 
twarzy.Nie ulegalo watpliwosci,ze ich rozpoznala a to znaczylo,ze przemogla swoj szok I nadal byla przy 
zmyslach.Steven mac dantosch podbiegl do niej. _" Melissa,chodz.Musimy uciekac.Zapewniam cie,ze wszystko 
bedzie dobrze."_ Wyszeptal do niej.  Chwycil ja za reke i wszyscy razem  wybiegli w tunnel oznakowany na 
czerwono,z powrotem w kierunku hali.. 
Pol godziny pozniej byli juz w hali.Tadek Vangard I Melissa Charleroi czekali wewnatrz helikoptera na 
Stevena Mac Dantoscha,ktory raz jeszcze pracowal goraczkowo przy komputerze.W helikopterze mieli 
zaladowane juz cos niecos pociskow ,ktorymi planowali  poczestowac  terrorystow na pozegnanie.Kopula na 
szczescie zaczela sie otwierac.W tej chwili alarm zostal wlaczony jakims dziwnym trafem.Steven Mac 
Dantosch zerwal sie na rowne nogi I podbiegl do helikoptera,wskoczyl do jego wnetrza I usadowil sie przy 
jego pulpicie.Zerwal helicopter gwaltownie w gore a potem juz nieco spokojniej powtorzyl ten sam manewr.
Pierwsi terrorysci pojawili sie w hali,rozgoraczkowani I nie wiedzacy co robic.Chwile pozniej pojawil sie 
pomiedzy nimi sam Carlos.Steven Mac Dantosch rozesmial sie w glos.
 _" Zrobimy wam teraz prawdziwe pieklo,bo tylko na to zasluzyliscie."_ Powiedzaial przez zacisniete zeby pod 
adresem terrorystow,wciaz jeszcze pograzaonych w chaosie.Zrzucil ladunek wubuchowy na skladowisko 
amunicji,dynamitu I granatow.Rozlegl sie potezny huk a potem juz tylko nastepowala reakcja lancuchowa 
jednego wybuchu po drugim.Terrorysci zaczeli uciekac w poplochu.Carlos byl zapewne pomiedzy tymi,ktorzy 
probowali sie uratowac.Helikopter wznosil sie juz ponad rozwartym szczytem gory.
 _" Najwieksza eksplozja zaraz nastapi jak tylko ogien dotrze do glownego skladowiska.Zobaczycie."_ Steven
 Mac Dantosch oznajmil.Tak istotnie sie stalo I nastapila niesamowita eksplozja,najwieksza z 
dotychczasowych.Terrorysci napewno mieli prawdziwe pieklo I musieli zginac w temperaturach dochadzacych 
tysiaca I wiecej stopni Celsjusza.Malo kto z nich mial szanse przezycia.Prawie cala noc slup ognia musial 
oswietlac gore I okoliczne miasto u podnoza gory.Nie ulegalo watpliwosci,ze mieszkancy okolic beda dlugo 
przypominac sobie legende o ksiezniczce Abu,ktora w starozytnych czasach pokonala barbarzynskich 
Cannibalow,przy wspoludziale tych,ktorzy zyli w tych regionach.Ksiezniczka Abu musiala zapewne  wrocic by
zemscic sie na wspolczesnych Cannibalach.Byla wciaz jeszcze noc,gdy helicopter z trojka przyjaciol 
wyladowal na dziedzincu sierocinca w Lonavla.Przyjeci byli owacyjnie przez siostry zakonne I sieroty.Siostra 
Maria od razu zajela sie Melissa Charleroi,umyla ja,dala pojesc I zaprowadzila do jej pokoju na  reszte 
nocnego spoczynku.Nazajutrz,pozegnali sie serdecznie ze wszystkimi w sierocincu I udali sie do Bombaju a 
stamtad,na pokladzie chinskich linii lotniczych do Chin.Trzeba bylo zatrzec wszelkie slady.Tak na wszelki 
wypadek... 
Lecieli nieco ponad trzy godziny.Chinskie stewardessy byly sympatyczne I zawsze usmiechniete.Pasazerami byli glownie 
zachodni turysci oraz Chinczycy.Zaraz po tym jak samolot wyladowal na lotnisku w Cantonie,najwiekszym miescie Chin 
graniczacym Hongkong,znalezli sie na odprawie paszportowo celnej.O ile Chinscy celnicy byli wyjatkowo uprzejmi I 
usmiechnieci od ucha do ucha wobec zachodnich turystow o tyle traktowali wrecz pogardliwie I odpychajaco podroznych 
z ich wlasnego kraju.Zachodni turysci wogole nie byli sprawdzani,podczas gdy bagaze Chinskich podroznych byly 
przeszukiwane dokladnie co do milimetra.Bron Boze,jezeli komus tam podlozony zostal narkotyk:" nagroda"  za to byl wyrok

 w postaci strzalu w glowe na stadionie pelnym ciekawskich.Canton mial juz za soba wiele takich wyrokow.Po to by Chiny 

mogly swiecic przykladem dla reszty swiata.Nie dlatego przeciez nosily "cnotliwy" tytul:" Krolestwa Srodka"  przez 
stulecia!
 Komunistyczne wladze nie zakazywaly uzywania tego tytulu,glownie  by wzbudzac dume narodowa wsrod swoich 
obywateli,traktowanych nie jako podmioty ale wrecz przedmioty.Gdy znalezli sie na ulicach wielomilionowego Cantonu 
czuli sie zaszokowani.Wielkomiejski tumult mieszal sie z niekonczacymi sie tlumami,liczna biedota,wszystkimi zapachami 
swiata z restauracji I ulicznych kuchni,halasem nie do wytrzymania I mlodymi na ogol poszukiwaczami szczescia,ktorzy 
proponowali czarnorynkowa wymiane waluty zachodniej na chinskie renminbi,uzywane przez mieszkancow tego kraju w 
odroznieniu od tak zwanych FEC,ktorymi zobowiazani byli poslugiwac sie turysci z zagranicy.Reguly ulicy jednak czesto 
byly gora I obcokrajowcy poslugiwali sie czesto tymi zwyklymi chinskimi renminbi,dzieki czemu wszystko bylo tansze co 
najmniej o jedna trzecia.Tylko w hotelach trzeba bylo uzywac FEC.Z latwoscia znalezli taksowke I zostali zawiezieni do 
budzetowego hotelu Dongfang,sytuowanego obok innego,pieciogwiazdkowego hotelu,zwanego  Swan Hotel oraz obok 
niebianskiego wrecz parku zwanego Canton Orchid Park.Juz po kilku dniach pobytu w hotelu znali wiekszosc 
zagranicznych turystow,zwlaszcza z takich krajow jak Stany Zjednoczone,Wielka Brytania,Francja,Niderlandy,Australia i...o
 dziwo!... z  Polski.Polskich turystow wcale az tak malo nie bylo.Prawie co trzeci turysta byl Polakiem.Z ta roznica,ze o ile 
zachodni turysci zachowywali sie naprawde jak turysci,o tyle Polacy byli zarowno turystami jak I ludzmi,ktorzy zajmowali 
sie intensywnie interesami.Kupowali wszystko co sie dalo:od ciuchow I butow po aparaty fotograficzne,kamery 
filmowe,walkmeny,CD,komputery I mnostwo innych elektronicznych rzeczy tanich jak barszcz z Hongkongu.Pozniej te 
wszystkie rzeczy sprzedawali z wielkim zyskiem zarowno w Zwiazku Radzieckim jak I w Polsce.Nieoficjalny,czarny rynek 

szalal od ulic Cantonu poprzez ulice Irkutska I Moskwy po ulice Warszawy,Budapesztu I Pragi.Polacy mieli niemaly w tym 
udzial.Komuna byla bezsilna....
Byla jakas szczegolna magia w tym co turysci opowiadali miedzy soba o Pekinie,stolicy Chin.Moze przede wszystkim 
dlatego,ze najbardziej odwiedzana czesc Muru Chinskiego byla w Badalingu,miejscowosci odleglej zaledwie o dwie godziny 
jazdy pociagiem z Pekinu..Chinczycy byli dumni ze swojego Wielkiego Muru,ktory niegdys,w czasach barbarzynskich a I tez 
nieraz I pozniej,chronil ich przed najezdzcami.A poniewaz rozciagal sie prawie przez cale terytorium Chin byl jedynym 
obiektem zbudowanym przez ludzi,ktory widziany byl z Ksiezyca.Przynajmniej zdaniem astronauty Armstronga. _"Jedzmy do 
Pekinu."_Tadek Vangard zaproponowal swoim przyjacielom.Wieczorem znalezli sie juz w pociagu,niemilosiernie zaladowanym 
ludzmi I wszelkimi tobolami jak zawsze dotad w calej przeludnionej Azji.Naturalnie rzecz biorac,w nocy malo co widzieli ale 
przynajmniej mieli kuszetki I mogli sie troche wyspac w przeciwienstwie do wielu innych podroznikow pomiedzy
Chinczykami,ktorzy jechali na siedzaco I w nocy zajmowali kazde wolne miejsce na podlodze.Poniewaz byla juz
wiosna,przynajmniej okna byly otwarte I nie brakowalo swiezego powietrza ale I uciazliwego stukotu kol z kazdego wagonu I 
raz po raz przerazliwego wrecz swistu z lokomotywy.Rano a potem przez reszte dnia byli nagrodzeni niezwykloscia widokow 
krajobrazowych jakie widzieli z okien pociagu.Najbardziej osobliwe byly samotne gory,kompletnie nietypowe w porownaniu na 
przyklad z Tatrami.O ile w Tatrach cale lancuchy gor splataja sie z soba o tyle to co widzieli z okien wygladalo jak jakis 
krajobraz z innej planety : samotne,pojedyncze szczyty oddalone byly od siebie nieraz wiele kilometrow.Mozna bylo 
obserwowac zycie wiesniakow chinskich I nietypowe,chinskie osady I wioski.Miasta przez ktore przejezdzali tez wygladaly 
osobliwie.Najbardziej rzucali sie w oczy Chinczycy,kazdego rocznika,ktorzy cwiczyli intensywnie ich narodowy 
sport,zwany "kajchi".Byl to rodzaj sportu z dusza,bo polegal nie tylko na cwiczeniu ciala ale I umyslu.Jechali w sumie
 przez dwie noce i caly dzien.Z nastaniem poranka drugiego dnia przybyli do Pekinu.Zdazyli juz zapoznac sie z 
wieloma podroznikami chinskimi,ktorzy zawsze byli szczegolnie przyjacielscy.Teraz trzeba bylo sie z nimi 
pozegnac.Pociag wjechal na monumentalny Dworzec Centralny,wygladajacy tak jak dworzec w Krakowie,ale 
dziesieciokrotnie wiekszy.Gdy znalezli sie przed dworcem staneli jak wryci.Bylo dopiero po szostej rano I Slonce 
wlasnie wschodzilo.Wiedzieli,ze to co zobaczyli,zostanie na zawsze w ich pamieci.Jakies piecset metrow od nich 
wznosil sie w gore nowoczesny architektonicznie budynek zamalowany na bialo,w ktorym znajdowal sie Beijing 
International Hotel.Wzdluz tego hotelu rozciagala sie reprezentacyjna aleja,szersza nawet niz Aleje Marszalkowskie 
w Warszawie.Co zapieralo dech w piersiach to dziesiatki tysiecy rowerzystow podazajacych wczesnym rankiem do 
pracy.Bylo ich tak duzo,ze wystarczyloby ich na oplecienie rownika okoloziemskiego sznurem rowerzystow.Wszystko 
to na tle wschodzacego Slonca,mieniacego sie od zlotej czerwonosci i pomaranczowosci.Istne cuda I dziwy!Sami 
mistrzowie pedzla:Pablo Picasso,Marc Chagall czy Paul Cezanne namalowaliby z duma cos takiego na swoich 
plotnach...
Pojechali taksowka do hotelu Qiao Yuan o ktorym slyszeli,ze byl najpopularniejszym hotelem pomiedzy 
budzetowymi turystami,mlodymi na ogol i w wiekszosci studentami ale i starszymi rocznikami,ktorzy z racji 
skromnych finansow musieli sie liczyc z wydatkami.Stad takie hotele jak Qiao Yuan Hotel,Yongdingmen Hotel czy 
Jingtai Hotel,w ktorych rowniez polscy turysci chetnie przebywali,jak sie mialo wkrotce okazac.Hotel Qiao Yuan 
polozony byl w poludniowo_ zachodniej czesci miasta i zeby sie tam trzeba bylo dostac trzeba bylo przejechac 
przez najbardziej zatloczone arterie miejskie,w tym Qiangmen oraz Plac Tienanmen,jeden z najwiekszych rynkow 
swiata.Dotarlo sie do jednego z kilku dworcow autobusowych a potem juz jechalo sie wzdluz kanalu do 
hotelu,jakies trzysta metrow.O ile z jednej strony ulicy byl kanal o tyle z drugiej strony tej ulicy roilo sie od 
kramow,sklepikow owocowo_ warzywnych,ulicznych kuchni i restauracji chinskich.Zjawisko typowe w calej 
Azji,pomimo,ze przeciez w Chinach wladza byla w rekach komunistow.Byl to jakis specyficzny status quo : wy 
sobie sprawujecie monopol na wladze a nam dajecie swiety spokoj,w sensie ograniczonym oczywiscie.Moze 
dlatego komunizm w Chinach wydawal sie miec silny grunt.Jak bylo naprawde przyszlosc miala pokazac.Okazalo 
sie,ze hotel Qiao Yuan byl pelnymlodych,energicznych,miedzynarodowych turystow,zarazajacych sie nawzajem 
swoim szczesciem,optymizmem zycia,pasja poznania wszystkiego co mozna bylo zobaczyc i dotknac, i 
niezglebiona ciekawoscia, i pomyslowoscia ich umyslow,co wydawalo sie byc niekonczace.Byl to przywilej 
mlodych i tych wszystkich ktorzy uwazali sie za mlodych a ktorym wydawalo sie,ze byli krolami i monarchami 
zarazem.Mieli racje.Zyje sie przeciez raz.To tu,w dalekich Chinach,dochodzili do wniosku,ze zaden dogmatyk czy 
teolog,czy nawet filozof nie moze im zabronic zyc w zgodzie z samym soba a nie przeciwko samemu sobie jak to
 nieraz mialo miejsce w spoleczenstwach wysoko dogmatycznych.Niejeden turysta musial sie zastanowiac,dlaczego
 tak bylo,ze czlowiek podkladal noge czlowiekowi i zabranial mu byc soba.Dlaczego nieraz poslugiwano sie Bogiem 
w tym celu,tak jakby Bog byl instrumentem do tworzenia takiego czy owego systemu.A przeciez sam Bog dal do 
zrozumienia,ze tego czlowieka bedzie sobie najbardziej cenil,ktory bedzie zyl w zgodzie z samym soba a nie 
przeciwko sobie,nawet gdyby to mialo znaczyc zycie w niezgodzie z panujacymi zwyczajami i obyczajami.Ilez 
filozofow matka Ziemia zdazyla juz wydac na swiat! A jednak zaden z nich,od Platona i Arystotelesa po Frederyka 
Nitzche,Arthura Schopenhauera i Ludwiga Wittgensteina nie potrafil sprzeciwic sie oficjalnej doktrynie i 
dogmatykom,i jasno im powiedziec:nie mozecie czlowieka obracac przeciwko samemu sobie,bo byloby to 
niezgodne z jego czy jej natura.A natura to nie to czemu czlowiek ma sie podporzadkowac ale to co jest gleboko w 
nim samym,jego myslach i pragnieniach.Jednym slowem liberalizm,ktory czyni czlowieka,kazdego z 
osobna,gwiazda rozpromieniajaca swiat.Liberalizm,ktory czyni go epicentrum swiata a nawet Wszechswiata.Nie ta 
jakas tam natura dogmatyka,bezwzglednego jak sily piekielne ale szczescie czlowieka jest najwazniejsze.Jego zycie 
w zgodzie z soba.On sam po prostu,taki jaki jest.Bo tylko wtedy zyje na podobienstwo Boze w ostatecznym 
rozrachunku.Trzeba pamietac,ze ile ludzi jest na swiecie tyle jest niezaleznych swiatow.Gdzie sie podziala slynna 
polska tolerancja z czasow panowania ostatnich Jagiellonow,Zygmunta Starego i jego syna,Zygmunta Augusta?
Rzeczpospolita byla wtedy mocarstwem do ktorego zjezdzali sie masowo ludzie z calej Europy. 
Turysci w hotelu Qiao Yuan zyli wlasnie tak,do pelna,nie przejmujac sie nikim i niczym,bawiac sie,kochajac sie 
nawzajem,nie stroniac od seksu,nawet tego innego i zwiedzajac swiat zapamietale.
Nic co ludzkie nie moglo byc im obce...
Ciekawosc tych wszystkich mlodych turystow z calego swiata,ktorzy przyjezdzali do Chin jak 
konkwistadorzy chcacy podbic i ten kraj,nie miala konca.Byli motorem postepu i rakieta 
mknaca z zawrotna szybkoscia ku nieznanemu.Byc moze dlatego wlasnie przybywali do 
komunistycznych Chin.Nie bylo regionu w tym kraju do ktorego nie zagladneliby.Byli nawet w 
takich prowincjach jak Urumqi i Tybet.Ten ostatni byl gwiazda usidlona w sieci,kraj narodu 
swietego,buddyjskiego,ktory Chinczycy podbili w ciagu zaledwie paru dni w ktoryms to roku w
latach piecdziesiatych.Jak malenki kraj liczacy niespelna million ludzi mogl oprzec sie 
barbarzynskim najezdzcom z kraju o tysiackroc wiekszej liczebnosci?.. Boze,oplakany jest los 
bezsilnego kraju! Tak istotnie bylo.Kazdy zryw niepodleglosciowy w Tybecie byl tlumiony w 
bestialski wrecz sposob.W takich goracych chwilach zabroniona byla podroz turystow do 
Tybetu.Nieraz tak bylo.Totez jechali tam,do tego kraju w ktorym duch wolnosci nie 
wygasl,kiedykolwiek to bylo mozliwe.Solidaryzowali sie z tamtejsza ludnoscia,poznawali ich 
tradycje i pocieszali ich optymistycznym wizerunkiem przyszlosci.Zadnego,nawet najmniejszego 
kraju nie mozna bylo zmiec z posad Ziemi,gdy swiat patrzal. A swiat patrzal!!
Turysci,naturalnie,sympatyzowali tez ze zwyklymi Chinczykami i zyczyli im z calego serca 
zdobycia wiecej swobod a moze nawet i wolnosci od ich komunistycznego rezimu.Jedno nie 
ulegalo watpliwosci : podczas gdy swiatowi turysci mieli swoistego rodzaju raj w Chinach i 
mogli sobie tam robic na cokolwiek mieli ochote,bez obaw,ze wladze tego kraju moga 
interweniowac,to obywatele tego kraju musieli wykazywac sie stuprocentowym 
posluszenstwem.Odrobina czegos co mogloby nie przypasc wladzom do gustu i zaczelyby sie 
nieustajace szykany ze strony butnej policji i ordynarnych slugusow rezimu po 
cywilu.Chinczycy byli zredukowani do statusu moze nie owieczek ale baranow napewno,w 
swoim wlasnym kraju.Czyz nie dziwny byl ten swiat!... Spiewaj,spiewaj Niemenie wnieboglosy!
... Moze Bogowie cie uslysza!... 
Dzien po dniu mijal i Tadek Vangard,Steven Mac Dantosch oraz Melissa Charleroi czuli sie 
tak,jakby przebywali w Chinach juz od wielu miesiecy.Zaklimatyzowali sie doskonale i ani 
mysleli,zeby wyprowadzic sie z hotelu Qiao Yuan gdzies indziej.Porobili sobie mnostwo znajomosci 
z turystami z calego swiata a nawet i przyjaznie.Nie bylo trudno o cos takiego tu,w hotelu Qiao 
Yuan i okolicach,w ktorych wyrosly najrozmaitsze kafejki chinskie jak grzyby po deszczu, z mysla 
o turystach w tym hotelu.To co sie tu dzialo to nie bylo nic innego jak swiat w miniaturze.Nie 
musialbys wybierac sie w dalsza droge dookola swiata,zeby poznac ten swiat,ktory byl w 
umyslach,pragnieniach i zylach tych wszystkich mlodych turystow,ktorzy zakotwiczyli sie w hotelu 
Qiao Yuan na jakis czas.Swiatowa sielanka trwala.Oh,co to byla za sielanka! Miod pitny,ktoremu 
nie bylo konca.I pomyslec,ze dzialo sie to w dyktatorskim kraju! Zaprawde przebiegli byli wladcy 
tego kraju.Zapewne wyniesli nauki od dragona,tego smoka,ktory jak cien buszowal po nocach,gdy 
Chinczycy opowiadali sobie w swoich domostwach historie zgrozy o jego wyczynach.Zachodni 
turysci pragneli czegos jeszcze : podrozy pociagiem transyberyjskim z Pekinu poprzez Ulan 
Bator,stolice Mongolii albo Mandzurie w polnocno wschodniej czesci Chin i dalej juz poprzez cala 
tajemnicza Syberie w Zwiazku Radzieckim,ukolysana  w soplach lodu i wielkich polaciach sniegu 
przez prawie caly rok na okraglo,az do Berlina albo Budapesztu a potem juz dalej do Europy
 Zachodniej i na wszystkie kontynenty swiata.Zapanowala moda na pociag transyberyjski.Bylo to 
nowe wyzwanie dla swiatowych turystow.Jakos dziwnie ubzdurali sobie,ze moga sie przyczynic do 
rozpadu komunizmu w najwiekszej kolebce tego systemu na swiecie : w Zwiazku Radzieckim.Czy 
mieli racje,czas mial pokazac.A tymczasem brakowalo biletow na pociag transyberyski.Turysci 
musieli czasem czekac miesiac albo dwa miesiace a nawet i trzeci miesiac,zeby w koncu moc 
wybrac sie w upragniona podroz.Ktoz nie czulby sie wielkim podroznikiem gyby podrozowal 
pociagiem transyberyjskim az dziesiec tysiecy kilometrow!.. I to przez jakie kraje!... Zamkniete dla 
cywilizowanego swiata Zachodu!... Odizolowane od tego swiata!... Taka podroz miala smak 
podrozy kosmicznej,pionierskiej w jakims sensie.Tak jakby jechali przez szmat ziemi marsjanskiej... 
Bylo stanowczo za malo biletow na pociag transyberyjski.Wiekszosc biletow byla wykupiona przez samych 
Chinczykow na dlugo przed ich wyjazdem,juz zanim turysci pojawiali sie w Pekinie.Tadek Vangard odkryl,ze 
biura CITS w Pekinie,ktore byly odpowiednikami Orbisu w Polsce,akceptowaly bilety powrotne z Pekinu do 
Moskwy,Warszawy,Budapesztu i Berlina,bilety zakupione badz to w Orbisie,badz w biurach Intouristu w 
Moskwie,badz tez w wegierskich biurach podrozy.Z miejsca rozszyfrowal,ze kryl sie w tym swietny interes 
tym bardziej,gdy sie dowiedzial,ze bilety zakupione w Polsce,na Wegrzech czy w Zwiazku Radzieckim byly co 
najmniej czterokrotnie tansze niz ich odpowiedniki kupowane w biurach CITS_u,co znaczylo,ze gdyby 
zaopatrzyl sie w takie bilety i sprzedawal je turystom to bylby w stanie zarabiac co najmniej trzykrotnie wiecej 
niz ich wlasciwe ceny w miejscach zakupu.Z miejsca udal sie do DHL_u,agencji wysylkowej i zamowil duza 
liczbe biletow w biurach podrozy w Warszawie,Budapeszcie oraz Moskwie.Po tygodniu juz je mial.Nie bylo 
zadnych problemow z rezerwacja a wszystkie bilety rozeszly sie w ciagu pol godziny jak belgijskie 
czekoladki,znane jako najsmakowitsze na swiecie,ze az palce lizac.Tadek Vangard powtorzyl swoja strategie i 
zamowil tym razem dwiescie biletow powrotnych na pociag transyberyjski.I tym razem mial je tydzien 
pozniej.I tym razem tez bilety rozeszly sie doslownie w godzine.Nawet nie musial robic rezerwacji.Turysci 
sami potem udawali sie do biur CITS_u i robili sobie rezerwacje na terminy im odpowiadajace.I tak narodzil sie 
wspanialy biznes w sprzedazy biletow transyberyjskich,na ktorym wszyscy skorzystali,a najbardziej sami 
zachodni turysci,ktorzy nie musieli juz czekac nie wiadomo jak dlugo i psuc sobie nerwy z tego powodu.Tadek 
Vangard powtarzal swoja strategie zakupu biletow powrotnych raz po raz,uzywajac do tego celu DHL i po 
uplywie polowy roku a potem i calego roku byl juz znany pomiedzy zachodnimi turystami w calych Chinach a 
nawet w calej Azji jako ten,ktory moze im zalatwic billet transyberyjski praktycznie na kazdy termin,jaki sobie 
zyczyli.Turysci mowili o nim jak o gwiezdzie hollywoodzkiej a nawet i niektore gazety rozpisywaly sie o 
nim.Nic sobie z tego nie robil i pomagal turystom jak mogl.Coraz wiecej samych Polakow zjezdzalo sie do 
Chin,na ogol po to by zakupywac towar na sprzedaz w Zwiazku Radzieckim i w Polsce.Masowo zglaszali sie 
do niego po bilety z rezerwacjami,tym bardziej,ze czas byl dla nich na wage zlota i chcieli wracac najpozniej po 
dwoch tygodniach.Gdyby nie mieli takiego Tadka Vangarda musieliby czekac nawet i trzy miesiace,i pozbyc sie 
pokaznych kwot na zycie oraz oplaty hotelowe.Tadek Vangard pomagal im jak mogl,oprocz sprzedazy biletow 
transyberyskich,wymienial im ruble na dolary,dzieki czemu mogli kupowac towar w Chinach (za sowieckie 
ruble nikt by im nic nie sprzedal) i udawal sie z nimi do chinskich biur rzadowych po dokumenty,ktore 
potrzebowali,zalatwiajac im je z latwoscia dzieki temu,ze byl sprytny i mial jezyk angielski w jednym swoim 
magicznym palcu.Steven Mac Dantosch i Melissa Charleroi podrozowali w tym czasie po calych Chinach... 
Sielanka chinska trwala.Jakims dziwnym trafem tak duzo swiatowych turystow pojawilo sie w Chinach,ze zaczelo brakowac
jezeli nie biletow transyberyjskich to co najmniej rezerwacji na nie.Tadek Vangard wykazal sie wyjatkowym 
sprytem.Porobil mnostwo rezerwacji na kilka miesiecy naprzod i kontynuowal je caly czas na okraglo.Zawiazal wspolprace 
z holenderskimi firmami podrozy,majac dla nich gotowe pakiety zorganizowanego pobytu w Chinach i,oczywiscie,bilety na 
pociag transyberyjski,wlacznie z rezerwacjami.Sami Chinczycy zaczeli sie do niego zglaszac.Mial taki nawal pracy,ze musial 
zatrudnic paru ludzi,dwoch braci z Belgii oraz paru polskich studentow z anglicystyki na Uniwersytecie Jagiellonskim.No i 
biznes szedl pelna para.Tadek Vangard mial  biuro  nie tylko w swoim pokoju hotelowym ale i w kafejce znajdujacej sie w ta 
zwanym  Friendship Store ,domu towarowym przeznaczonym wylacznie dla obcokrajowcow i Chinczykow z 
zagranicy.Rodzimi Chinczycy nie mieli tu wstepu.Zalosny to byl widok gdy ta czy owa osoba,obywatel tego kraju,prosil tego
 czy owego turyste,zeby zabral go ze soba do srodka,bo tylko w ten sposob mogl przekroczyc prog tego domu 
towarowego,obstawiony przez sluzbe porzadkowa.Wygladalo to jak swego rodzaju apartheid,ze szkoda dla wlasnych 
obywateli.Wszyscy z zainteresowanych wiedzieli,ze mogli natknac sie na Tadka Vangarda w kafejce Friendshipu w porze 
obiadowej.Pewnego slonecznego dnia w lipcu,tym miesiacu podczas ktorego promienie sloneczne prazyly niemilosiernie 
nawet w Pekinie,podczas,gdy Tadek Vangard wschluchiwal sie w opowiesci swoich przyjaciol,Stevena Mac Dantoscha i 
Melissy Charleroi o ich podrozach po Chinach,do kafejki wszedl ich chinski przyjaciel,Lao Tsi,w towarzystwie dwoch 
zaplakanych kobiet.Okazalo sie,ze jedna byla matka a druga siostra studenta,niejakiego Zhenju Donga,ktory zostal 
aresztowany przez agentow tajnej policji i osadzony bezpodstawnie w wiezieniu,a raczej w tej czesci wiezienia,ktora byla 
przeznaczona dla politycznych dysydentow.
_ On nigdy nie byl dysydentem! On nigdy nie wtracal sie w polityke! _ Matka studenta zawodzila.Lao Tsi opowiedzial im jak 
to sie stalo i dal do zrozumienia,ze Zhenju Dong moze nawet zostac skazany niewinnie na egzekucje.Byl na lasce i nielasce 
tych,ktorzy stali na strazy systemu.Zadne prawo go nie chronilo.Nic co mogloby chronic indywidualnego czlowieka przed 
przemoca wladzy.Wygladalo na to,ze Boza reka siegnela tylko do Ameryki,bo tam istniala mini konstytucja praw 
czlowieka,tak zwany "Bill of Rights".Nie istnialo cos takiego w Azji i malo ktory kraj w Europie to posiadal.Nic dziwnego 
skoro,sposrod krajow europejskich, tylko Niderlandy i moze Dania mogly poszczycic sie zaawansowanym liberalizmem,tym 
systemem,ktory naprawde gwarantowal prawa kazdego czlowieka.Jedynym  wykroczeniem  Zhenju Donga bylo to,ze akurat
 znalazl sie w sali w ktorej odbywalo sie jakies tajemnicze spotkanie innych studentow i gdy policja pojawila sie na miejscu 
oni czmychneli do swoich pokojow studenckich a on pozostal gdzie byl,czujac sie niewinny.I za to mogl zaplacic zyciem.
_ Nie placzcie._Steven Mac Dantosch oznajmil obu kobietom w pewnej chwili.
_Jeszcze tej samej nocy bedziecie go mialy z powrotem.....
W ciemna noc fantoma Steven Mac Dantosch i Tadek Vangard znalezli sie za murami wieziennymi.
Mieli maski krola malp na swoich twarzach.Bezszelestnie,tak jakby mieli kocie lapy,dostali sie do glownego 
budynku wieziennego.Straznicy wiezienni badz drzemali sobie, badz tez grali w karty i najzupelniej nie spodziewali sie 
zadnych nieproszonych gosci.Najwidoczniej musieli byc pewni,ze nie bylo zuchwalca na swiecie,ktory odwazylby sie na akcje 
w tym miejscu.Ci straznicy,ktorzy najbardziej przeszkadzaliobu smialkom zostali znokautowani niewidocznymi wrecz 
ruchami rak i nog ze strony Stevena Mac Dantoscha,tak szybkimi,ze porownywalnymi do predkosci swiatla.
Przyjaciel Tadka Vangarda poslugiwal sie tym razem metoda tribushu,doprowadzona 
niegdys do perfekcji w starozytnej Indii.Znalezli sie w podziemiach wieziennego budynku.Czuli,ze dysydenci musza byc 
tutaj,torturowani na codzien,traktowani gorzej niz szczury a nawet mordowani.Komuna mogla wszystko : kto byl nad 
stolem ten byl panem a kto byl pod stolem ten byl nikim i umarlym za zycia na ogol.Znalezli sie w ciemnym 
korytarzu z latarniami tu i owdzie.Wiedzieli juz,ze natkna sie niebawem na cele wiezienne.Gdy jednak z jednego korytarza
 weszli w drugi,okazalo sie,ze u jego konca grupka wartownikow grala sobie w karty i wschluchiwali sie w niebianski wrecz glos 
argentynskiego tenora Jose Cura,ktory rozbrzmiewal z wieziennego radia.Steven Mac Dantosch mial juz na sobie przebranie 
jednego z wartownikow,ktorych wczesniej znokautowal i zaczal smialo isc w kierunku wartownikow umilajacych sobie czas 
graniem w karty.Bylo polciemno w swietle latarni wieziennych i slabo widocznie.Gdy znalazl sie przed nimi i spojrzeli na 
niego,wybuchneli smiechem w glos,myslac zapewne,ze ten wartownik przed nimi z maska malpia na twarzy to jeden z ich 
kolegow,ktory robi sobie zarty z nich.Nawet nie mieli czasu uprzytomnic sobie jak bardzo sie mylili.Spadly na nich 
niespodziewane ciosy,tak szybkie,ze wydawalo sie,ze bylo ich nie kilkadziesiat a kilkaset.A wszystkie mialy moc Herkulesa.
Bo ich efektem byly roztanczone gwiazdki a potem juz nic.Niemniej dziewiczy glos argentynskiego tenora 
nadal wynosil sie na nowe poziomy a jego piesn protestu musiala kolysac do snu aniolow Boga.
Dla Stevena Mac Dantoscha I Tadka Vangarda  byla to akcja w pocie czola.Udalo im sie znalesc cele wiezienne 
a potem z wielkim trudem tego po ktorego przyszli,Zhenyu Donga.Ledwo utrzymywal sie na nogach I byl poraniony na 
calym ciele.Steven Mac Dantosch doslownie zarzucil go sobie na ramiona i byl juz czas najwyzszy,zeby uciekac.
W kazdej chwili ogluszajacy alarm mogl postawic wszystkich na nogi.Gdyby ktokolwiek mogl 
sciagnac maski z ich twarzy zdumialby sie widokiem ich lez.Zegnali pozostawionych dysydentow tymi lzami.Dopisalo im 
szczescie i znalezli sie poza wieziennymi murami.Niezauwazeni.W wyznaczonym miejscu ich przyjaciel,
Lao Tsi czekal juz na nich razem z matka i siostra Zhenju Donga oraz dwoma nieznanymi dysydentami.
Obie kobiety oraz Zhenyu Dong padli sobie w ramiona na powitanie i pozegnanie zarazem.
Nie mogly go juz nigdy wiecej zobaczyc, poniewaz oto mial byc  przemycony  do Tajwanu a stamtad juz do Stanow.
Steven Mac Dantosch i Tadek Vangard nadal mieli maski krola malp na swoich twarzach.
Nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego,ze oto miala narodzic sie legenda o krolu malp,ktory swoimi 
spektakularnymi akcjami doprowadzal do tego,ze polityczni dysydenci odzyskiwali wolnosc.
Narazie tylko jeden odzyskal wolnosc.Legenda miala zrobic reszte.Po to byla legenda.
Zhenju Dong wsiadl do jednego  samochodow i odjechal w sina dal ze swoimi opiekunami.
_Zegnajcie!_Echo jego glosu wciaz jeszcze dudnilo im w ich uszach.Tadek Vangard I Steven Mac Dantosch 
pozegnali sie z obiema kobietami i Lao Tsi zawiosl ich swoim samochodem do hotelu.
Caly czas na trasie ich umysly byly wypelnione postacia Jose Cury,grajacego akt  Krola Malp na deskach scenicznych opery.
Sam Bog Wszechmogacy wschluchiwal sie w jego 
spiewanie.Drzyjcie mocarze swiata,drzyjcie nieprawi ludzie! Bo dla siebie wszystko maja a dla innych nic! 
Bo gardza czlowiekiem i nie godza sie na Prawa Czlowieka a w zamian faszeruja go tym czy owym systemem,smrodliwym i 
odpychajacym,powodujacym bol I cierpienia! 
Walczcie ludzie o swoje prawa,Prawa Czlowieka! Echo piesni tenora wciaz jeszcze trwalo,az do samego rana..
Glupi jest ten narod,ktory nie umie sie zabezpieczyc Prawami Obywatela zagwarantowanymi jego obywatelom rownolegle do 
konstytucji.Niderlandy takim narodem z cala pewnoscia nie byly.Wystarczylo przyjechac do Amsterdamu,klejnotu swiata,by sie 
o tym przekonac na wlasne oczy.Przepiekne domy,te stare I te nowe,niepowtarzalne architektonicznie,niezliczone kanaly,
rowerzysci na kazdym rogu miasta a nade wszystko Holendrzy I ich wolny,absolutnie niezalezny duch!! 
Nikt nie smial im powiedziec jak mieli zyc.Wyrzucili do lamusa wszystkie plagi swiata,ktore niczym jad z gada wypelzaly niegdys 
z ust dogmatykow,klerykow,fanatykow I ludzi nietolerancyjnych.Jednym slowem:"Dutch!"
 Byli najnowoczesniejszym I najbardziej awangardowym narodem a jednoczesnie najbardziej indywidualistycznymi ludzmi 
pomiedzy Europejczykami:otwarci umyslowo na kazde nowe pomysly intelektualno swiatopogladowe,
umiejacy zachowac dystans do wszystkiego,gdy trzeba bylo,niezalezni I wrodzy wobec tych,ktorzy siali nietolerancje 
czy jakakolwiek forme nienawisci wobec kogokolwiek.Na to nie bylo miejsca w urzadzeniu spolecznym kraju.Nic dziwnego,
ze szczesliwy to byl narod.Turysci przybywali tu masowo po to by nie tylko moc podziwiac slynne holenderskie galerie 
i muzea czy delektowac sie specyficznym menu w restauracjach I kafejkach ale tez by fascynowac badz szokowac 
swoje oczy  tak zwanymi sex shops'ami,laserowymi dyskotekami,klubami dla gejow a nawet miejscami,
w ktorych mozna bylo zaciagac sie legalnie marihuana.Tak bylo na przyklad w tak zwanej "Hard Rock Café",
majacej rozrzucone swoje filie po najatrakcyjniejszych miastach swiata,podobnie jak w przypadku 
McDonalda.Niemal w kazdej tawernie mozna bylo znalesc jakis zespol muzyczny I najchetniej rockowy.
Na najwiekszym rynku amsterdamskim,tak zwanym Dam Square,znajdujacym sie zaledwie kilometr od 
Glownego Dworca Kolejowego,bylo podobnie.Nie bylo dnia,zeby jakis zespol rockowy nie znalazl sie tu.
Grali I spiewali na calego za przyzwoleniem praktycznie wszystkich.Nie odstraszalo to nawet golebi,ktorych bylo niemal tak duzo jak
na Rynku Glownym w Krakowie.A gdy dzien zanurzal sie w kapieli slonecznych promieni,caly rynek promieniowal wszystkimi wymiarami 
zycia,ludzkiego zycia,bo az tak duzo ludzi pojawialo sie tu.Pomysly Holendrow nie mialy konca.Raz nawet na palacu nalezacym do rodziny
krolewskiej,znajdujacym sie obok historycznego budynku mieszczacego w sobie urzad prezydenta miasta,zawieszona zostala monumentalna plansza 
ekranowa I ludzie mogli delektowac sie widokiem I glosem tenora Luciano Pavarottiego.Kazdy mial wrazenie,ze glos tenora tanczyl
tango z promieniami Slonca.To bylo tango Pavarottiego! Boze,sa jeszcze cuda na tym swiecie! Jedzcie,jedzcie ludzie,kierunek 
Amsterdam,by zobaczyc na wlasne oczy wszystkie dziwy swiata! Ten spiew Pavarottiego byl wiekszy niz zycie.W taki to 
wlasnie dzien,zanurzony w kapieli promieni slonecznych i szczescia wszystkich tych,ktorzy sie tu znalezli,pojawil sie tu rowniez 
pulkownik Andrzej Tomczat,jakos dziwnie zatroskany i nawet smutny,nieobecny duchem,zaglebiony w swoich 
rozmyslaniach.Siedzial samotnie na drewnianej lawie i nie zwracal uwagi ani na ludzi ani nawet na golebie,ktore nie baly sie 
nikogoniczego.Tajemniczy,przystojny mezczyzna w morzu sczczescia.Zapewne niejeden przechodzien rzucal ukradkiem spojrzenie w jego 
strone zastanawial sie co za burza rozpetala sie w tym tajemniczym mezczyznie.I istotnie tak bylo.Wielka burza byla w jego 
umysle,z piorunami i wezbranymi wodami,ktore czynily takie spustoszenie jakie jest normalnie wyrzadzane przez wielkie 
powodzie.Boze,nawet tornado wdarlo sie w jego umysl i potrafilo wyrywac wielkie drzewa z korzeniami.Wielki gniew rozpalal 
jego umysl niczym rozpalona stal na kowadle u kowala.Wiedzial juz,od Carla Lewisa,szefa waszyngtonskiego oddzialu CIA,ze 
zdrajca,James Towers,przylatuje do Amsterdamu w tym dniu.Potrafil wydobyc ta wiadomosc  ust Carla Lewisa bez wzbudzenia 
podejrzenia.Fakt byl nadal jeden i tylko jeden: tylko on i jego arcywrog,James Towers,wiedzieli kim naprawde byli i co sie dzialo 
ze strategia Beehive,ktora on,Andrzej Tomczat,juz raz probowal dostarczyc do Carla Lewisa ale niestety,James Towers,okazal sie
zdrajca zamiast do Carla Lewisa dostarczyl ja w rece szefa KGB,Andreyeve Golubina,nie powiadamiajac go jednak,kto jest 
autorem przesylki.Wszystko w ten sposob przeobrazilo sie w thriller w zawieszeniu i gdyby zdecydowal sie zawiadomic Carla 
Lewisa o zdradzie ze strony jednego z jego zaufanych agentow,wowczas James Towers zawiadomilby automatycznie Andreyev 
Golubina,ze to on,Andrzej Tomczat,probowal dostarczyc Amerykanom strategie Beehive.Mial zakneblowane usta ale wreszcie 
nadszedl ten dzien,o ktorym marzyl i oto,jeszcze tego wieczora,wstrzyma karuzele szalenstwa i dokona aktu zemsty na 
amerykanskim zdrajcy.Zabije go... 
*
Pulkownik Andrzej Tomczat byl zaslepiony pragnieniem zemsty do tego stopnia,ze zdecydowal sie na wyrzadzenie " 
sprawiedliwosci"  swoimi wlasnymi rekami.James Towers wiedzial zdecydowanie za duzo,nawet i to,ze on,Andrzej 
Tomczat,dal kopie strategii niejakiemu Tadkowi Vangardowi,ktory aktualnie ukrywal sie gdzies w Azji.Niestety,wszyscy juz 
wiedzieli,ze Tadek Vangard mial strategie w swoich rekach ale nadal nikt,poza Jamesem Towersem,kto ja mu dostarczyl.Tadek 
Vangard byl jego przyjacielem i nie mogl scierpiec mysli,na co go narazil.Ale to wszystko przez tegozdrajce,Jamesa Towersa.Za
 to bedzie musial zaplacic swoja wlasna smiercia.Dopiero wtedy on,Andrzej Tomczat,bedzie mogl naprawic bledy i dostarczy 
strategie do Carla Lewisa a jednoczesnie prosic go aby dac spokoj Tadkowi Vangardowi,bo onnaprawde nie wie,ze jest w 
posiadaniu strategii Beehive.Czas lecial i chwila zemsty zblizala sie nieuchronnie.Pulkownik Andrzej Tomczat wstal z lawy i udal
 sie do hotelu Czernopolsky,ktory znajdowal sie na przeciwleglym krancu rynku.Nie czul sie jeszcze zaalarmowany,bo 
wiedzial,ze James Towers przyleci na pokladzie samolotu nalezacego do American Airlines dopiero wieczorem a potem prosto z
 lotniska w Shiphol uda sie zapewne do hotelu Czernopolsky,gdzie mial zarezerwowany apartament hotelowy.Jeszcze tej nocy 
James Towers mial wziasc udzial w akcji przeciwko sowieckim szpiegom ale pulkownik Andrzej Tomczat watpil w to,ze akcja 
bedzie udana i byl pewien,ze jezeli dopusci do tego,to nie sowieccy szpiedz ale amerykanscy agenci zgina.Nie mogl do tego 
dopuscic.Gdy wszedl do hotelu byl zadziwiony atmosfera przyjazni ze strony Holendrow pracujacych w tym hotelu. _ Holedrzy
 to Holendrzy!_Pomyslal z uznaniem.Byl to bardzo oryginalny i awangardowy narod.Wedlug Holendrow,doslownie kazdy 
czlowiek jest centralna czesciaWszechswiata.Filozoficznie,oczywiscie.Znaczylo to,ze nic nie moglo byc zrobione a wrecz bylo 
zabronione,zeby mozna bylocos zrobic przeciwko czlowieczemu glebokiemu " ja".Nic nie mozna bylo zrobic w niezgodzie z 
pragnieniami i zyczeniami kazdego indywidualnego czlowieka.Zaden rzad nie odwazyl sie ustanawiac takie prawa,ktore moglyby
 zaprzeczac wolnemu duchowi kazdego Holendra albo podejmowac sie akcji przeciwko mniejszosciom,ktore mialy 
zagwarantowane prawo do bytu.Zaden kleryk nie mogl odwazyc sie napietnowac kogokolwiek.To bylo nie do pomyslenia.Gdy 
papiez,Jan Pawel II przybyl do Niderlandow,tlumy rozgniewanych Holendrow demonstrowaly i krzyczaly:" Papiezu,wracaj do 
domu!" Nie dlatego,ze go nie lubili.Dlatego,ze jego konserwatywne i dogmatyczne myslenie bylo obce duszy tego 
narodu.Rodem ze srednich wiekow.A przeciez byl juz dwudziesty wiek.Wiek czlowieka nowoczesnego,swiadomego siebie
.Nawet papiez nie mogl im powiedziec jak mieli zyc.Nikt nie wydarlby Holendrom swoich dokonan a zwlaszcza prawo do bycia
 w calej pelni soba,co bylo w ich mniemaniu ich najdrogocenniejszym klejnotem.Nikt nie mogl gwalcic ich myslowo,zwlaszcza 
tych sposrod  nich,ktorzy nalezeli do mniejszosci.Papiez nie mial prawa do tego,nikt nie mial prawa do tego: "To co jest moje 
jest tylko moje.Rece precz!" Ludzie doceniali sie nawzajem i na zasadach partnerskich.Nikt nie mogl byc traktowany lepiej od 
drugiego.Kazdy mial te same prawa.Prawa Czlowieka... Prawa Obywatela...Holendrzy byli bojownikami broniacymi siebie 
takimi jakimi byli.Swoich swiatow po prostu.W mysl zasady,ze ile ludzi jest na swiecie,tyle jest swiatow.W mysl spolecznego 
liberalizmu,ktory podbil serca i dusze holenderskie.Nie,barankami ani owieczkami nie byli i nie zamierzali byc.Dogmatyzm i 
jakikolwiek system ich nie interesowal.Nic dziwnego wiec,ze byli awangarda Europy.Pulkownik Andrzej Tomczat zostawil w 
recepcji wiadomosc dla Jamesa Towersa,w ktorej przedstawil sie jako Timothy Rossellini,jeden z agentow CIA przy 
Ambasadzie Stanow Zjednoczonych w Amsterdamie i musi sie z nim pilnie widziec w restauracji " Hollandse Glorie" jeszcze 
tego wieczora...
_Bede mial ptaszka w garsci juz za pare godzin._Pulkownik Andrzej Tomczat wyszeptal do siebie,gdy wychodzil z hotelu.Z 
trudem tlumil w sobie nienawisc.Rzucil okiem raz jeszcze na magiczny obraz rynku,zwanego tak mile dla ucha:"Dam Square
",jakby kochanka szeptala slodkie slowa do ucha.Znajdzie sie czas i na to,obiecal sobie.Byl pod wrazeniem wszystkiego co 
holenderskie i dlatego zapragnal zakochac sie w jakiejs blondynce.Mezczyzni kochaja przeciez blondynki.Ale narazie co 
innego mial na glowie.Tornado nadal szalalo w jego umysle.Smak zemsty albo kochanka moglaby je zmiec z jego umyslu i 
wyrzucic w sina dal.Tak,byl naprawde pod wrazeniem tego kraju.Ci ludzie byli istotnie bojownikami o swoje tozsamosci a 
tym samym swoje dusze.Wlasnie w tym swietle czlowiek,kazdy czlowiek z osobna,byl epicentrum nie tyle swiata co 
Wszechswiata.Byl czarna dziura kosmosu albo nieokielznana wiazka promieni z jakiejkolwiek gwiazdy.Z drugiej 
strony,chociaz byli awangarda Europy,to w tym samym czasie kochali swoja krolowa Beatrice II i rodzine krolewska.Nie 
zamierzali rozwiazac tego modelu,ktory mieli: parlamentarnej monarchii.Moze dlatego,ze rodzina krolewska nie narzucala sie 
jakimikolwiek sloganami i posunieciami niezgodnymi z dusza pospolitego Holendra,monarchy de facto.Fenomen holenderski 
nie mial sobie rownych na swiecie i dlatego nie bylo w tym nic dziwnego,ze miliony turystow z calego swiata zjezdzalo sie 
do tego malenkiego ale wielkiego kraju corocznie,zostawiajac gory dolarow i dobrobytu w efekcie po sobie.On,pulkownik 
Andrzej Tomczat chowal sekret na swoim sercu.A tym sekretem bylo to,zeby i jego kraj,Polska,rowniez stala sie perla 
swiata pewnego dnia,tak jak to bylo teraz w przypadku Niderlandow.Wsiadl do taksowki i odjechal.
A tymczasem pare godzin pozniej,samolot linii American Airlines,z Jamesem Towersem na pokladzie,wyladowal na lotnisku 
w Schiphol.Amerykanski szpieg przyjechal najpierw do hotelu Czernopolsky i byl zdziwiony,gdy wreczono mu 
telegram od jednego z agentow CIA,stacjonujacego przy Amerykanskiej Ambasadzie w Amsterdamie.Sprawa musiala byc 
zbyt wazna zeby zwlekac.Dlatego wzial jedynie prysznic i przebral sie w wygodniejsze ubranie,lniane spodnie i bawelniana 
koszule polo na ktora zarzucil lekka marynarke,i,czujac sie rzezko wyszedl z hotelu.Machnal reka do jednego z 
taksowkarzy.Podjechal do niego rudobrody Holender,nieco zbyt masywny.On sam prezentowal sie niezle,byl wysoki i mial 
zlotowlosa czupryne.
_Prosze zawiesc mnie do restauracji  Hollandse Glorie _Zazyczyl sobie.Wciaz jeszcze bylo jasno chociaz dochodzila juz 
godzina dwudziesta druga.Zwykla rzecz w porze letniej.Pulkownik Andrzej Tomczat czekal juz obok wejscia do 
restauracji.Mial na sobie garnitur w kolorze kremowym,geste wlosy mial przyczesane idealnie i jedynie jego swiecace sie 
oczy w kolorze zdecydowanie almondowym byly ukryte pod nasada kapelusza,ktory mial na glowie.Wygladal jak 
dzentelmen z zurnalu mody.W istocie rzeczy nie chcial,zeby James Towers od razu go rozpoznal.Gosci bylo sporo i 
samochodow pelno.Jakas nowa taksowka podjechala w pewnej chwili i wysiadl z niej nie kto inny jak James 
Towers.Pulkownik Andrzej Tomczat zatriumfowal.Jego strategia sie udala,przynajmniej jak dotad.James Towers znalazl sie 
na schodach,nie rozpoznal dzentelmena z kapeluszem i jakiez bylo jego zdziwienie,gdy ten nieznany osobnik nagle 
doskoczyl do niego i przylozyl pistolet do jego boku!Wystarczylo uwazniejsze spojrzenie,zeby rozpoznac tego,ktory go 
zaatakowal.Szok odzwierciedlil sie na jego pobladlej twarzy.
_Oh,to ty!Ten telegram jest twojej roboty!_Wyszeptal ze zgroza w glosie.
_Tak,to ja!Ja to zrobilem,psie!_Pulkownik Andrzej Tomczat odparl....
_Na milosc boska,jakze udalo ci sie sie dowiedziec,ze ja bede tutaj,w Amsterdamie?_James Towers byl blady na 
twarzy zarowno z terroru jaki czul w sobie jak i ze strachu.Pulkownik Andrzej Tomczat spojrzal na niego z nie 
ukrywanym gniewem.W jego oczach byly blyskawice I sztorm burzy,jakie rozgrywaly sie w jego umysle.Gdy taki 
sztorm mial miejsce lepiej bylo zostac w domu.Niestety,obaj byli daleko od domu.
_Idziemy._Powiedzial lodowatym glosem._Wiesz,ze jestem przyjacielem Carla Lewisa.To od niego wiem 
wszystko._Przeszli przez ulice I weszli do parku zwanego Vondelpark,ktory dodawal aury tajemniczosci dla restauracji
po drugiej strony ulicy.Nie byl to widok nadzwyczajny dla ewentualnych gapowiczow.Nieraz to juz goscie 
restauracyjni wychodzili sobie na moment do tego parku,zeby sobie porozmawiac w cztery oczy.Przynajmniej mieli 
pewnosc,ze nie byli narazeni na podsluch.Gdy znalezli sie juz wystarczajaco daleko I bez swiadkow,pulkownik Andrzej
Tomczat zamachnal sie I uderzyl Jamesa Towersa w jego skronie rekojescia pistoleta.Ten zatoczyl sie I upadl na 
grunt.Krew splywala mu po twarzy.
_Dlaczego stales sie zdrajca? Dlaczego dales strategie Beehive Andreyevowi Golubinie a nie do rak Carla Lewisa jak to 
byles zobowiazany zrobic? Dlaczego powiedziales Golubinowi,ze CIA wie o strategii Beehive? Dlaczego to wszystko 
zrobiles,do jasnej cholery?!_Pulkownik Andrzej Tomczat wrzeszczal do niego.
_Jak myslisz,dlaczego? Tak samo jak ty to zrobiles i stales sie zdrajca dla swojego wlasnego kraju,bo chciales 
przekazac strategie Beehive w rece CIA,agencji nalezacej przeciez do mocarstwa ktore jest w stanie zimnej wojny ze 
wschodnim blokiem _James Towers wymamrotal.
_Przestan! Nie porownuj mnie do siebie,swinio!Ty jestes zdrajca,ktory obrocil sie nie tylko przeciwko 
demokratycznemu krajowi jakim jest Ameryka ale i tez przeciwko swiatlym ideom i idealom,jakim ten kraj 
reprezentuje : wolnosci,praw czlowieka,demokracji...Ja zas obrocilem sie przeciwko komunistycznemu 
imperium,przeciwko Sowietom,ktorzy podbili moj kraj sila,przemoca i podstepnie.I zrobili tak nie tylko z moim krajem 
ale i wieloma innymi.To co ja zrobilem to z mysla o przyszlosci mojego kraju,wolnego od przemocy i 
komunizmu,kraju wolnosci i demokracji,tych idei jakie Ameryka urzeczywistnila jako pierwsza w nowozytnej historii.I 
ty zdradziles ten kraj i posrednio zdradziles i moj kraj,i wszystkie te kraje,ktore walcza o niepodleglosc i godziwy s
ystem !!_Pulkownik Andrzej Tomczat nie panowal nad swoim glosem.
_W porzadku.Chcesz mnie zabic,nieprawdaz?_James Towers zadal niespodziewane pytanie.Wydawalo sie,ze doszedl 
juz do siebie i nabral nieco pewnosci siebie.Chociaz byl zdrajca tez przeciez byl zolnierzem.Zdazyl juz podniesc sie z 
ziemi i stanac na obu nogach.Ta nagla zmiana zachowania ze strony amerykanskiego podwojnego agenta zaskoczyla 
nieco Andrzeja Tomczata.
_Tak,chce cie zabic I zabije cie. Lepiej dla tych Amerykanow,ktorych tej nocy zamierzales wyeliminowac do spolki z 
Sowietami.Swoich wlasnych kolegow po fachu,niespodziewajacych sie tego od ciebie! I zorganizuje wszystko tak,ze 
wszyscy beda mysleli,ze zginales z rak Rosjan.Moze nawet,dla pokoju twojej duszy,nikt nie dowie sie,ze byles zdrajca 
_Pulkownik Andrzej Tomczat odpowiedzial lodowatym glosem.Nie ponosily go juz nerwy i wiedzial,ze bedzie juz 
dzialal z zimna krwia....
_Czekaj,cos taki w goracej wodzie kapany...Nie przewidziales jednej rzeczy _James Towers odpowiedzial 
opryskliwie.Usmiechal sie przy tym dziwnie._Moge zapewnic cie,ze caly swiat bedzie znal prawde.Przynajmniej,ze ty 
zabiles mnie a ja zabilem ciebie._ Pulkownik Andrzej Tomczat z trudem powstrzymal sie od huraganowego smiechu.I 
wtedy to stala sie rzecz nieoczekiwana,udowadniajaca stare przyslowie,ze nic nie jest dokonane zanim sie ma stu 
procentowa pewnosc,ze jest juz dokonane badz wykonane.James Towers wyciagnal zza pazuchy nic innego jak  
granat,najnowoczesniejszy,taki,jaki Amerykanie maja obecnie do swojego uzytku na wypadek wojny.Byl to smiertelny 
dowod co do slow,ktore James Towers wypowiedzial chwile temu.Szok pulkownika Andrzeja Tomczata byl 
nieopisany.Zbladl smiertelnie a jego umysl przypomnial mu wszystkie te dotychczasowe opowiesci o tym,ze zadna akcja
nie gwarantowala perfekcji._Masz diabelskie pomysly._Wymamrotal do swojego przeciwnika.Jego pistolet byl 
wymierzony w samo serce Jamesa Towersa ale w nowej sytuacji smierc jednego z nich byla rownoznaczna ze 
smiercia drugiego z nich,z powodu granatu. Oh,jaki straszny blad popelnil! Uswiadomil sobie to nagle i rowniez z bolem 
i to,ze z chwila jego smierci nie bedzie juz szans na naprawe bledow a czlowiek,ktorego wykorzystal,Tadek 
Vangard,znajdzie sie naprawde w ogniu dzialan ze strony agencji wywiadowczych,zarowno tych z Zachodu jak i tych 
ze Wschodu.Nie chcialby byc w jego skorze ale oto uswiadomil sobie,ze nie zyczylby nikomu byc w swojej wlasnej 
skorze.I pomyslec,ze Tadek Vangard nawet nie wiedzial,ze byl w posiadaniu owej nieszczesnej strategii._Boze,co ja 
uczynilem!_Mysl budzaca zgroze swisnela mu przez jego umysl niczym blyskawica Bozego gromu._A moze jest jeszcze
 szansa wyjscia z tego pata.Moze po prostu dac mu szanse rozejscia sie,tak jakby nic sie nie stalo i probowac rozprawic
 sie z nim w pozniejszym czasie _Pomyslal.Mial na mysli Jamesa Towersa,oczywiscie._Sluchaj._Odezwal sie do 
niego._Znalezlismy sie obaj w sytuacji bez wyjscia . _Co masz na mysli?_ James Towers przerwal mu._Rozejdzmy 
sie._Pulkownik Andrzej Tomczat zaproponowal mu.James Towers zaczal sie smiac ordynarnie._Co?...Strach cie
oblecial?!...Wszystkiego sie spodziewalem ale nie tego,ze jestes tchorzem!...Wlasnie teraz,gdy widzisz,ze i ja jestem w 
stanie zabic...  Tego juz bylo stanowczo za duzo dla pulkownika Andrzeja Tomczata,czlowieka honoru,ktory nie mogl 
zniesc takiej obelgi._Ty swinio!_Wrzasnal.Bez namyslu juz,bo w strasznym gniewie,strzelil w samo serce Jamesa 
Towersa.Granat upadl na ziemie i w przeciagu dziesietnych sekundy slychac bylo potezna eksplozje daleko od miejsca 
wypadku.Policja znalazla sie na miejscu pare minut pozniej.Obraz jaki im sie ukazal byl jednym wielkim pobojowiskiem i 
spustoszeniem.Za sprawa jednego tylko granatu.Kilka dni pozniej swiat dowiedzial sie,ze na przedmiesciach 
Amsterdamu doszlo do smiertelnego pojedynku pomiedzy agentami ze sluzb wywiadowczych,agentem CIA,Jamesem 
Towersem i agentem zza Zelaznej Kurtyny,Andrzejem Tomczatem.Tylko szefowie CIA i KGB wiedzieli jak bylo 
naprawde.Obaj agency byli podwojnymi szpiegami i zgineli w zwiazku ze strategia Beehive,ktora pulkownik Andrzej 
Tomczat probowal dostarczyc w rece Amerykanow ale ktora rowniez znalazla sie w rekach niejakiego Tadka 
Vangarda,przyjaciela pulkownika Andrzeja Tomczata.Zaczela sie nowa faza Zimnej Wojny.Strategia Beehive musiala byc
 znaleziona.Bo od tego zalezal przyszly ksztalt swiata: Pax Sowietus albo Pax Americana.Wszystkie srodki byly 
dopuszczone.Kierunek...Tadek Vangard.Tylko gdzie on sie aktualnie znajdowal?...
Mialo sie wrazenie,ze zniknal z posed Ziemi...
Biznes w sprzedazy biletow transyberyjskich dla indywidualnych turystow i w kooperacji z holenderskimi biurami podrozy byl 
tak dobry,ze Tadek Vangard doszedl do wniosku,ze nie jest w stanie juz samodzielnie zajmowac sie tym wszystkim.Potrzebowal
 wspolpracownikow.Steven Mac Dantosch i Melissa Charleroi nie byli zainteresowani,co nie dziwilo Tadka Vangarda biorac pod
uwage,ze jego przyjaciel mial wystarczajaco duzo pieniedzy na swoim koncie szwajcarskim.W koncu byl synem biznesmena,
ktory posiadal swiatowe imperium w biznesie telekomunikacyjnym.Pech chcial,ze Interpol byl za nim.Tylko dlatego,ze byl 
wrobiony w morderstwo,ktorego nie popelnil.Poza tym pasjonowali sie podrozami po Chinach.Tadek Vangard skoncentrowal 
sie na turystyce z kilku powodow.Po pierwsze chcial udowodnic samemu sobie,ze byl w stanie prowadzic interesy samodzielnie
 i mnozyc pieniazki jak za sprawa zaczarowanej rozdzki.Po drugie,chcial pomoc zachodnim turystom i turystom z Polski,ktorzy 
byliby zmuszeni przebywac w Chinach znacznie dluzej niz trzeba bylo i pozbywac sie resztek swoich pieniedzy co w 
przypadku Polakow byloby niekiedy katastrofa.Bez niego nie mieliby nawet szansy kupienia biletow,bo wszystko wykupione 
byloby przez Chinczykow na dlugo przedtem.Dzieki Tadkowi Vangardowi kazdy kto chcial mogl wybrac sie w dziewicza i 
legendarna podroz pociagiem transyberyjskim juz w ciagu dwoch tygodni a najpozniej w trzecim tygodniu,zwlaszcza w porze 
letniej.Po trzecie musial sie zajac czyms i to byla jego desperacja.Tak,zeby zabic ten koszmar pobytu w  niechcianym kraju.
Wyemigrowal przeciez z Polski na Zachod a wciaz jeszcze nie zrealizowal swojego celu.Wyjechal z komuny i znalazl sie ...w 
komunie.Czyz nie byla to ironia losu godna pozalowania?! Chociaz nigdy dotad nie byl na Zachodzie byl bardziej  zachodni  w 
swoim mysleniu niz wielu tych turystow z Europy Zachodniej i Ameryki.Codziennie mogl to sprawdzac naocznie gdy rozmawial
 z zachodnimi turystami i przyjaznil sie z nimi.Przede wszystkim byl przeciwnikiem wszelkiego rodzaju dogmatycznego myslenia
 i akceptowal tylko wiatry liberalizmu jakie wialy z liberalnych,zachodnich krajow.W tym wlasnie utozsazmial sie z zachodnimi 
turystami i byl z nimi dlatego za pan brat.Wiekszosc turystow miala takie wiatry w sobie o czym czesto nawet nie wiedzieli.Ale 
Tadek Vangard to czul w nich.Byl przekonany,ze ludzie powinni miec wolna reke w prowadzeniu swojego zycia i nikt,absolutnie
 nikt,nie mial prawa sie wtracac w to co bylo intymna czy prywatna sprawa danego czlowieka.Sprawa kultury i poziomu 
cywilizacyjnego.Im bardziej prymitywny kraj,tym bardziej ludzie byli osaczeni a nawet zniewoleni przez tych,ktorzy byli u 
wladzy albo przez religijnych dogmatykow.Przykladem tego byly Chiny i Iran.Tadek Vangard mial tylko dwa zyczenia:dostac sie
 na Zachod niezaleznie od tego jak cierniowa byla to droga, poprzez Zelazna Kurtyne,oraz transformacja jego kraju w liberalny 
kraj.Wiedzial,ze nie bedzie to latwe.Komunisci z generalem Wojciechem Jaruzelskim na czele wciaz byli potezni i u 
wladzy.Solidarnosc,prowadzona przez enigmatycznego Lecha Walese,byla silna ale nadal z daleka perspektywa dojscia do 
wladzy.Przynajmniej tak sie wydawalo.Potrzeba bylo nowych wiatrow.Wiatrow liberalizmu,jakie wialy z Zachodu.Czy mialy 
szanse dotarcia do Polski?.. 
Takie wiatry,wiatry liberalizmu,juz wialy.I nie tylko do Polski ale i do Zwiazku Radzieckiego oraz wszystkich innych 
krajow w tak zwanym obozie socjalistycznym.Zanosilo sie na historyczne zmiany i,zadziwiajaco,moglo to byc 
umozliwione w duzym stopniu dzieki temu co sie dzialo w Zwiazku Radzieckim.Mikchail Gorbachov,nowy 
przywodca w tym kraju,zaczal reformowac ten kraj co bylo samo przez siebie bezprecedensowe a zwlaszcza jego 
slynna perestrojka ,polsrodek,ktory albo mial unowoczesnic nie tylko Zwiazek Radziecki ale i reszte obozu 
komunistycznego,albo tez mial okazac sie niewystarczajacyZanosilo sie na to drugie raczej.Kazdy rozsadny czlowiek 
powiedzialby,ze polsrodkiem nie uzdrowisz,zwlaszcza tego co nasiakniete jest rakiem do szpiku kosci.A taka byla
diagnoza tego systemu : nieuleczalnie chory! Mikchail Gorbachov i jego fanatycy,rowniez i ci w Polsce,jednak nadal 
ludzili sie,ze sie uda,zakochani po uszy w tej swojej przekletej komunie,ktora zdegradowala niejedne spoleczenstwo do
 zera.Pomimo to reformy Gorbachova mialy wplyw na powstanie mentalnosci w ktorej podstawowym ingredientem 
bylo domaganie sie zmian.Powazna role w drodze do wyzwolenia narodow uciemiezonych przez komunizm mial sam 
papiez Jan Pawel II.To on wzbudzil w narodzie polskim pragnienie zmian podczas swojej pierwszej pielgrzymki do 
Polski jeszcze w 1980 roku,wkrotce po tym jak zostal wybrany papiezem.Fenomen Jana Pawla II polegal na tym,ze z 
miejsca stal sie bezprecedensowo wielkim bohaterem w kraju z ktorego pochodzil,porownywalnym jedynie do 
najwiekszych w historii ludzkosci,Aleksandra Wielkiego w starozytnej Grecji czy prezydenta Kennedy'ego w Stanach
Zjednoczonych Ameryki.Kazde jego slowo mialo taka wage jakby dostal od Boga Ojca Wszechmogacego druga
tablice niemniej wazna niz ta,ktora Mojzesz niegdys otrzymal od Boga  na gorze Synaj,z dziesiecioma przykazaniami 
Bozymi w swojej zawartosci.Jego slowa,ktore wypowiedzial w Gdansku w czasie swojej pierwszej pielgrzymki do 
Polski:"Niech Duch Swiety zstapi na ziemie,na TA ziemie...",staly sie magicznym zakleciem.Odtad Polacy walczyli 
niestrudzenie,poprzez Solidarnosc,o wyzwolenie Polski spod jarzma komunistycznego.Zawsze dotad walczyli ale tym 
razem byla to najbardziej efektywna walka,pokojowa,ale zarazem taka jakby blok Oceanu,z piecdziesieciometrowa 
fala,zalewal imperium az po Moskwe.Nie bylo wyboru.Zmiany musialy nastapic.Solidarnosc,ktora powstala wkrotce 
po papieskiej pielgrzymce,byla bezprecedensowym ruchem na rzecz zmian,nie tylko w Polsce  ale wogole na skale 
swiatowa.Tadek Vangard czul ze wkrotce zacznie sie ostatnia faza przemian,ktore doprowadza do upadku systemu 
komunistycznego.Obawial sie jednak,ze jego rodzimy kraj z jednego bagna moze wpasc w inne bagno i stac sie 
chrzescijansko fundamentalnym krajem,czyms w rodzaju europejskiego Iranu.Gdyby tak mialo sie stac byloby to 
jeszcze jedno nieszczescie dla kraju ktory prawie nieprzerwanie znajdowal sie w beznadziejnej sytuacji az od roku 
1795.Nie mial nic przeciwko religii ale jego zdaniem musial byc rozdzial panstwa od religii w budowaniu 
fundamentow panstwa po to,zeby po prostu bylo normalnie.Tak wlasnie zrobili praojcowie Ameryki,ktorzy nie 
dopuscili do jakiegokolwiek zapisu na rzecz religii w swojej konstytucji.No i dzieki temu mamy wielka 
Ameryke.Dlaczego tak samo nie moglo byc w Polsce?.. Czas mial pokazac.Pozostawalo modlic sie o to aby wiatry 
liberalizmu z Europy Zachodniej zawialy w Polsce najmocniej ....Znajac nature Polakow,Tadkowi Vangardowi ciezko 
bylo sobie wyobrazic,czy bedzie chociaz jedna partia polityczna w przyszlej demokratycznej Polsce,ktora za punkt 
honoru postawi sobie walke o prawa czlowieka i cos takiego co w Ameryce znane jest pod nazwa "Bill of Rights",a 
co jest podwalina potegi Stanow Zjednoczonych...Ciag dalszy nastapi.
W miedzyczasie Tadek Vangard skoncentrowal sie na biletach.Podczas gdy on glownie zajmowal sie kooperacja z 
agencjami turystycznymi z Holandii i innych krajow zachodnich oraz  posrednictwem na rzecz Polakow,ktorzy 
przybywali do Chin po zakup towaru na sprzedaz w Polsce i Zwiazku Radzieckim,jego przyjaciele:Belg,Andre van 
Hove i Niemiec ,Karl Schnultzer oraz polscy studenci z Krakowa poswiecili swoja uwage indywidualnym turystom z 
Zachodu.Interes udawal sie znakomicie i szedl pelna para.Tadek Vangard nawiazal kooperacje rowniez z Chinskim 
biurem podrozy,CITS.Turysci podrozowali glownie w przedzialach drugiej klasy,w tak zwanych kuszetkach,ktorych 
bylo cztery w kazdym przedziale.Nie brakowalo chetnych na pierwsza klase z dwoma kuszetkami w przedziale 
zwlaszcza pomiedzy zakochanymi.Mogli liczyc na intymnosc.Najwiekszym wzieciem cieszyly sie 
Deluksy,dwuosobowe przedzialy z istnie krolewskimi warunkami i wlacznie z prysznicem.Te ostatnie byly dostepne 
tylko w wagonach chinskiego pociagu,ktory kursowal przez Mongolie do Irkutska i dalej przez Syberie,juz ta sama 
trasa co pociag rosyjski az do Moskwy.Pociag z obsluga Rosjan pierwszy etap trasy mial przez Mandzurie  az do 
Irkutska.Zarowno pierwszy jak i drugi pociag wkrotce staly sie legenda i nie bylo turysty ktory nie chcialby zabrac sie 
w podroz legendarnym  pociagiem transyberyjskim.Magia tego pociagu bylo to,ze turysci z calego swiata nie tylko 
mogli obserwowac krajobraz syberyjski ale przede wszystkim zawierac przyjaznie,ktore odtad mialy trwac na 
zawsze.Byla jeszcze jedna magia w legendarnym pociagu transyberyjskim: turysci wysypywali sie masowo na 
kazdym postoju i wykupywali wszystko co lokalni sprzedawcy mieli do zaoferowania a jednoczesnie przynosili z soba
 powiewy wiatrow liberalnych z Zachodu i kto wie,czy dzieki temu nie zaczynal sie nieodwracalny proces w samym 
Zwiazku Radzieckim wyrazajacy sie w pragnieniach coraz wiekszej liczby Rosjan zmiany systemu na ten,jaki istnial 
na Zachodzie.Wystarczylo im patrzec na tych szczesliwych,mlodych i beztroskich turystow z Zachodu,zeby zapragnac
 tego samego.Zagraniczni turysci byli ta czwarta sila,obok Ameryki i swiata zachodniego,papieza i Mikhaila 
Gorbachova,ktorzy przyczyniali sie do nowej rewolucji  w Zwiazku Radzieckim,ktora miala przyniesc kres 
komunistycznemu systemowi.W 1989 roku podrozowalo pociagiem transyberyjskim juz tak duzo zachodnich 
turystow,ze wiatry liberalnego swiata wialy juz na calego i w Chinach, i Zwiazku Radzieckim.Nie ulegalo 
watpliwosci,ze wielkie zmiany mialy wkrotce nastapic.Legendarny pociag transyberyjski byl ta wielka magiczna sila,
gwiazda nadchodzacej nowej ery,ktora miala uwolnic ludzi od komunizmu w calym imperium sowieckim a moze
 nawet i w Chinach.Czas mial pokazac...
Pewnego dnia wielka niespodzianka czekala na Tadka Vangarda.Byl juz wieczor i czas na kolacje a wlasciwie obiad bo w 
srodku dnia nie mial zwyczaju nic jesc.Udal sie do restauracji:"Zloty Dragon",najbardziej popularnej pomiedzy 
turystami,ktorzy mieszkali w hotelu Qiao Yuan,znajdujacej sie zaledwie trzysta metrow od hotelu.Jego przyjaciele,Steven 
Mac Dantosch,Melissa Charleroi,Andre van Hove i Karl Scnultzer z ich dziewczynami oraz polscy studenci juz tam 
byli._Tadek,chodz no do nas!_Przywitali go entuzjastycznie.Wspolnie konsumowali podane im posilki,pili piwo i napoje 
bezalkoholowe,zartowali z soba i innymi turystami,smiali sie do rozpuku,gadali na pelna pare.Jednym slowem byla 
domowa atmosfera.Jak w twoim wlasnym domu,gdy twoi najlepsi przyjaciele cie odwiedzaja.W pewnej chwili drzwi do 
restauracji otwarly sie i nowi ludzie weszli do srodka.Tadek Vangard spojrzal w tym kierunku.Jego twarz rozjasnila sie z 
absolutnego szczescia,zerwal sie z krzesla i podbiegl do tych,ktorzy wlasnie weszli do restauracji.Zaraz potem wsystkim 
bylo wiadomo,ze dwaj bracia Tadka Vangarda,Tomek i Robert,jego siostra,Dorota Starcz i dziewczyna starszego 
brata,Tomka,Maria Bartosz,znalezli sie pomiedzy nimi.Tadek Vangard przywital sie z nimi serdecznie i zapoznal ich ze 
swoimi przyjacielami.Jego starszy brat,Tomek,byl brunetem a mlodszy brat,Robert,blondynem.Dorota Starcz miala juz 
meza,Mirka,ktory zostal w domu w Krakowie by opiekowac sie ich trzyletnia coreczka,Paulina.Zarowno Dorota Starcz jak
 i Maria Bartosz wygladaly jak boginie,nieprzecietnie urocze i blondynki.Dorota Starcz przypominala Afrodyte,ktora 
przeciez narodzila sie z piany morskiej a Maria Bartosz Artemide,niezwykle sprytna boginie.Rowniez jego mlodszy 
brat,Robert,byl ozeniony i mial z jego zona,Katarzyna dwoje synow,Szymona i Tomka.Mieszkali w jednej z beskidzkich 
miejscowosc,Orlicy._Tomek... Robert... Nie spodziewalem sie was tutaj._Tadek Vangard zauwazyl w pewnej 
chwili.Obaj jego bracia rozesmiali sie w glos._Chcielismy ci zrobic niespodzianke... Masz pozdrowienia od Bolka i 
mamy._Robert odpowiedzial.Bolek byl drugim mezem ich matki.Ich ojciec mieszkal w tej samej miejscowosci,Orlicyj,w 
ktorej mieszkal jego mlodszy brat._Czy wszystko jest z nimi w porzadku?...Mam na mysli i mame,i Bolka,i tate  _Tadek 
Vangard zapytal._ Nie martw sie,Tadek.Jakos daja sobie rade._Tomek Vangard uspokoil go._Nic sie nie 
zmieniles,Tadek.Ile to juz jest lat,odkad nie widzielismy sie?...Siedem?...Osiem?.. _Dorota Starcz zauwazyla._Mysle,ze juz 
osiem lat.Wy tez nic sie nie zmieniliscie.Dorota,wygladasz jak Claudia Schiffer.Malo kiedy mozna napotkac taka
pieknosc._Tadek Vangard odpowiedzial._Oh,Tadek,ciebie zawsze zarty sie trzymaja!_Dorota Starcz ripostowala._Ja nie 
zartuje! Maria tez wyglada jak nieziemski cud.Zawsze uwazalem,ze Polki sa najpiekniejsze!_Rozesmiali sie wspolnie i 
serdecznie.Zarty czy nie zarty,dobrze im bylo z soba.Nie widzieli sie przeciez juz tyle lat.W pewnej chwiliTadek Vangard 
upewnil sie,ze Maria Bartosz nie slyszy go i zapytal jego brata wprost:_Tomek,co sie stalo z twoja pierwsza 
dziewczyna,Anna?_Tomek Vangard mial zalosna mine na chwile ale zaraz odzyskal humor_Anna?...Udawala,ze 
jest moja dziewczyna a w istocie rzeczy miala innego amanta,pilota,z ktorym wyemigrowala do Kanady.Z poczatku byl to 
dla mnie olbrzymi cios ale juz nie zaluje tego.Patrz,jaka mam sliczna dziewczyne! I jaki ona ma wspanialy charakter! 
Kocham ja!_Wyciagnal reke do niej i przyciagnal ja do siebie a potem pocalowal ja czule w jej pelne usta._Tomek,daj 
spokoj,nie rob z nas posmiewiska._Maria Bartosz zazartowala,ale pozostala w jego ramionach._Jestem zadowolony,ze 
jestescie szczesliwi._Tadek Vangard rzekl._Bylibysmy o wiele bardziej szczesliwi,gyby ta przekleta komuna w Polsce w 
koncu rozleciala sie.Jest rakiem na duszy polskiego narodu._Nie martw sie,Tomek,rozleci sie.Ja to czuje,wiatry liberalizmu
 wieja juz ze wszystkich stron..
Przebywali w restauracji do pozna w nocy.Mlodszy brat Tadka Vangarda,Robert,pil zdecydowanie za duzo i byl podchmielony.
_Robert,co ty widzisz w tym piwie?_Tadek Vangard zwrocil mu uwage w pewnej chwili.
Jego brat rozesmial sie serdecznie jak to zreszta mial w zwyczaju robic czesto.
_W Polsce chinskiego piwa nie ma.Chce nasmakowac do woli._Padla odpowiedz.Wygladal przystojnie,wysoki i 
blondowlosy.Ale,niestety mial ten okropny nalog._Mamy klopoty z nim,Tadek_Dorota Starcz to potwierdzila w jego uchu.
_On lubi alkohol stanowczo za duzo.Pracuje u ludzi po domach jako malarz a ci zamiast placic mu 
godziwie za prace,"wynagradzaja" go alkoholem._Tadek Vangard pokrecil glowa z dezaprobata.
_Swinie,niejednego zrobili w ten sposob alkoholikiem.
Polacy powinni skonczyc z kultura pijanstwa raz na zawsze.
Tym razem Dorota Starcz rozesmiala sie w glos._Wierzysz,Tadek,w to co mowisz?...Wszedzie to mozliwe ale nie w Polsce.
Tadkowi Vangardowi jednak nie bylo do smiechu i po raz pierwszy tej nocy poczul sie gleboko zasmucony.
Zyczyl przeciez swojemu bratu jak najlepiej a jednoczesnie nie mial pojecia co mu doradzic,zeby 
przestal widziec niezdrowa magie w alkoholu.Zdawal sobie sprawe z tego,ze tylko on 
sam mogl siebie wyzwolic ze swojego nalogu,sila swojej wlasnej woli.Ale z drugiej 
strony,jak to mial zrobic,gdy nastepnego dnia ludzie u ktorych pracowal,czestowali go i 
to na sile,ot tak,"po polsku",nie jedna a dwiema czy trzema butelkami czystej 
szatanskiej po to by ogolocic go z przynaleznej mu zaplaty za prace.Czyz to nie bylo 
chamstwo z piekla rodem i to na dodatek od tych co co niedziele pedzili do Kosciola Swietego do Komunii Swietej
i zeby pomodlic sie do ich Ojca Swietego.
Mieli cudowne kolejne dni tygodnia razem z soba.Tadek Vangard rozluznil sie w prowadzeniu interesow  za 
ktore jego partnerzy zabrali sie na serio.On zas podrozowal z bracmi i siostra oraz dziewczyna jego starszego 
brata po Pekinie a nawet spory szmat ziemi poza stolice Chin.Byli na Murze Chinskim w Badalingu,w prowincji 
Mongolii nalezacej do Chin,pojechali nawet do Szanghaju na dwa dni.Robert Vangard pil coraz mniej piwa 
chinskiego._Nie ma lepszego piwa od naszego zywieckiego!_Raz nawet wyrazil swoja opinie.Dorota Starcz 
i Maria Bartosz czesto przebywaly w towarzystwie Melissy Charleroi i staly sie niemal z miejsca serdecznymi 
przyjaciolkami.Razem zagladaly do sklepow z kosmetykami i wymienialy miedzy soba swoje
spostrzezenia.Steven Mac Dantosch jakos szczegolnie polubil sie z Robertem i dawal sie mu namawiac na piwk 
co na ogol nie czynil.Tomek Vangard natomiast omawial interesy z Tadkiem Vangardem.Zadecydowali,ze 
Tomek otworzy hurtownie w Polsce i Tadek Vangard bedzie mu wysylal towar z Chin.Tydzien pozniej byl czas 
na powrot do Polski.Tadek Vangard pozegnal sie serdecznie z czlonkami swojej rodziny._Pozdrowcie mame i 
ojca,i Bolka ode mnie,i cala rodzine._Uslyszeli od Tadka Vangarda.Dorota Starcz miala lzy w oczach._Moze los
 naszej rodziny odmieni sie i bedziemy zdolni spotykac sie czesciej._Wyrazila swoja nadzieje._Nie
placz,Dorota.Zobaczysz,wszystko bedzie lepiej.Czuje,ze wiatry zmian nadchodza.Burza tysiaclecia rozpedzi 
precz wszystko to co stare _Tadek Vangard pocieszyl ja.Pozegnali sie jeszcze z Melissa Charleroi i Stevenem 
Mac Dantoschem po czym wsiadli do pociagu transyberyjskiego.Dlugo jeszcze stali w oknach gdy pociag juz 
ruszyl z miejsca.Robert Vangard wychylal sie najbardziej przez okno i  wymachiwal im  zawadiacko
rekami.Pociag transyberyjski jechal w sina dal i wiozl z soba wielki bagaz zmian,bo w kazdej duszy i kazdym 
sercu tych wszystkich miedzynarodowych turystow,ktorzy podrozowali tym pociagiem byl powiew wiatrow 
liberalizmu z Zachodu,ktory zarazal swoja swiezoscia Rosjan i inne ludy na calej trasie od Wewnetrznej Mongolii
 w Chinach poprzez Mongolie,Syberie az po Moskwe.Lza upadla z oka Tadka Vangarda i wsiaknela w ziemie 
peronu.Wiedzial co sie dzialo.Magia pociagu transyberyjskiego byla tak wielka,ze miala przyczynic sie do 
rozpadu komunizmu a w konsekwencji Zelaznej Kurtyny._Boze,niechaj wiatry zmian czynia swoja magie i 
zasiewaja te ogromne polacie ziemi niczyjej _Szepnal.Tak jak Polacy w jego kraju,poprzez Solidarnosc,tak i on 
razem z turystami z calego swiata,poprzez legendarny pociag transyberyjski,mieli wplyw na zmiany,ktore mialy 
wkrotce wstrzasnac calym obozem komunistycznym i przyczynic sie do jego rozpadu..
*
Carlos nie potrafil juz zliczyc ile to razy rozrywal sie na drobne kawalki ze wscieklosci przez te kilkanascie ostatnich 
miesiecy czy nawet juz przeszlo rok.Byc moze robil to codziennie i co nocy a najlepiej byloby powiedziec ze caly 
czas.Kipial z nerwow,niemocy i wscieklosci.Krew goraca go zalewala.Mial swoje wlasne pieklo,od czasu,gdy Steven 
Mac Dantosch i Tadek Vangard wysadzili jego podziemne gniazdo terrorystyczne schowane w gorze Abu w Indii.Na 
przeszlo piecdziesieciu terrorystow tylko on sam i dwoch innych terrorystow zdolalo ujsc z zyciem.Zgineli miedzy 
innymi ci sposrod terrorystow,ktorzy byli jego sobowtorami,upodobnionymi do niego perfekcyjnie poprzez operacje 
plastyczne.Pocieszal sie jedynie tym,ze w swiatowej sieci terrorystow,ktorzy wspolpracowali z nim a de facto mu 
podlegali,znajdowalo sie jeszcze sporo innych sobowtorow,ktorzy byli gotowi przystapic do akcji,poslugujac sie jego 
pseudonimem,doslownie w kazdej chwili.Na tym polegala jego strategia kreowania legendy Carlosa jako najwiekszego 
sposrod najwiekszych w gronie terrorystow,zdolnego siac spustoszenie w kazdym regionie swiata doslownie w jednej i 
tej samej chwili.Ale nie mogl przebolec tego,ze jego gniazdo,Mount Abu,zostalo zrownane z ziemia.Przez dlugie miesiace
jego chirurdzy i inni specjalisci walczyli o jego zycie,zdrowie i kondycje.Musieli dokonywac bolesnych zabiegow 
chirurgii plastycznej doslownie na calym jego ciele,bo byl strasznie popalony i poparzony z powodu wybuchu na gorze 
Abu.Poprzysiagl zemste zarowno na Stevenie Mac Dantoschu jak i na Tadkowi Vangardowi.Obiecal sobie,ze ich 
wlasnorecznie powiesi ale zgina dopiero wtedy gdy beda ryczec z bolu  a ich ciala beda plonac jak pochodnie.Nawet w 
zyciu posmiertnym nie beda miec spokoju!Szlach go trafial,ze nie mial zielonego pojecia,gdzie oni sie 
znajdowali.Znikneli jak igly w stogu siana.Nie wystarczala cala jego miedzynarodowa siatka terrorystyczna.Nikt nie 
wiedzial gdzie sie znajdowali.Carlos siedzial sobie wlasnie w restauracji Mac Donald,znajdujacej sie przy ulicy Peking w 
Kowloon'ie,jednej z licznych dzielnic Hongkongu,bedacej turystyczna atrakcja.Przy sasiednim stole siedzieli zachodni 
turysci,ktorzy zachowywali sie stanowczo za glosno przynajmniej w jego mniemaniu.Nie lubil ich.Wogole nie lubil 
nikogo i nic co symbolizowalo Zachod oraz  zachodni styl zycia.Byl wrogiem Zachodu.W jego pojeciu,przyszly model 
swiata mogl byc jeden i tylko jeden: Pax Sovietus! Raz jeszcze agonia wstrzasnela nim do glebi gdy przypomnial sobie 
co sie stalo z jego forteca na gorze Abu.To jego gniazdo terroru i cala gora Abu byly jedna wielka pochodnia.Oh,jak 
nienawidzil tych,ktorzy do tego doprowadzili! Poprzysiagl zemste na samego Szatana! Dalby za darmo zloto i diamenty 
temu,ktory powiedzialby mu,gdzie Tadek Vangard i Steven Mac Dantosch znajdowali sie aktualnie.Chcial ich miec w 
swoich rekach jak najszybciej.Niektorzy turysci przy sasiednim stole byli Amerykanami.Zachowywali sie stanowczo za 
glosno.Carlos zapragnal poczestowac ich kick boksem.Ot tak po prostu,zeby sie rozladowac.Oliwy do ognia dodawal 
artykul w gazecie,ktora wlasnie trzymal w rekach.Byla w nim wzmianka o pulkowniku Andrzejowi Tomczatowi,ktory 
zginal w pojedynku z Amerykanem,Jamesem Towers'em w Amsterdamie.Wszystko bylo teraz  jasne: to pulkownik 
Andrzej Tomczat byl zdrajca.To on dal strategie Beehive w rece Tadka Vangarda i probowal dostarczyc druga kopie do 
CIA..._Psiakrew!_Carlos zaklal pod nosem...
Carlos nie mial czasu na nerwy.Zamienil sie caly w sluch.Oto jeden z zachodnich turystow przy sasiednim stole 
wspomnial cos o niejakim Australijczyku i jego kompanom,Polakowi oraz  nieletniej Belgijce.Myslal,ze szlach 
go trafi z olsnienia.To musieli byc oni,tylko oni..._Nie uwierzycie, moi drodzy przyjaciele._Rudowlosy i 
rodobrody,seksowny turysta z oczami amanta powiedzial._Siedzialem sobie z moja slodka Marilyn i grupa 
turystow z roznych stron swiata w pewnej restauracji,ktora jednoczesnie jest nocnym klubem,zwanej 
"Tropicana",w Szanghaju oczywiscie,i rozprawialismy na temat legendarnego pociagu transyberyjskiego,gdy 
nagle pewien nadzwyczaj atrakcyjny blondyn,taki na ktorego widok kazda kobieta omdlewa, wstal od 
sasiedniego stolu przy ktorym siedzial  z pewna niemniej atrakcyjna blondynka i podszedl do 
nas.Zaproponowal nam sprzedaz biletow transyberyjskich,poprzez jego kolege,niejakiego Tadka 
Vangarda,ktory aktualnie przebywal w Pekinie.Z miejsca paru z nas zamowilo sobie bilety na pociag 
transyberyjski.Facet byl absolutnie prawdomowny.My,turysci to z miejsca wyczuwamy.A ponadto,nie ma 
czlowieka pomiedzy nami,na cala Azje,ktory nie slyszalby o Tadkowi Vangardowi i jego kapeluszu w stylu  
jednego z gitarzystow U2,ze srebrnymi klamrami.Nie uwierzycie,panowie,ale ta restauracja i klub taneczny 
zarazem, "Tropicana" ,jak juz wspomnialem,z latyno amerykanska muzyka,zostala otwarta przez...Polaka! To 
sie nazywa globalizacja!! ...Carlos myslal,ze oszaleje ze szczescia.Na wszystkie moce szatanskie,znalazl ich! 
Oni byli w Chinach! W Pekinie! Nie zwazajac na nikogo i na nic,ryknal glosnym smiechem jak szalony.Smial 
sie wnieboglosy dobre pare minut.I podrywal sobie boki przy tym.Mial ich ! Bedzie ich mial wkrotce w swoich
 rekach ! Splona zywcem jak zywe pochodnie na jego oczach ! Jego pragnienie zemsty zostanie zaspokojone! 
Bedzie patrzal na nich z upojeniem,w chwili gdy zamienia sie w pochodnie.Oh,jak pragnal zemsty! Przerazeni 
turysci przy sasiednim stole,jak i tez wielu innych przy pozostalych stolach,ulotnili sie dyskretnie.Lepiej bylo sie 
nie narazac na faceta,ktory najwyrazniej byl wariatem.Bo tylko wariat mogl sie tak zachowywac._Mam 
ich!...Mam ich!... _Carlos nadal nie mogl powstrzymac sie od smiechu,wstretnego i zarazliwego,przynajmniej 
w jego wydaniu... 
Carlos wiedzial juz gdzie znajdzie sie w najblizszych dniach.Zanim to jednak mialo sie stac mial jeszcze cos do 
zrobienia w samym Hongkongu.Wiedzial,ze w posiadlosci ambasadora Stanow Zjednoczonych,znajdujacej sie 
na jednej z wielu wysp Honkongu,tak zwanej Lantau Island,przebywal przyjaciel ambasadora,John Gulvin i jego 
malzonka,ktorzy aktualnie byli na wczasach.John Gulvin byl ministrem Nowej Zelandii od spraw
wewnetrznych,ktory byl odpowiedzialny za masakre na terrorystach zadomowionych w Christchurch,uroczym 
miescie na Wyspie Poludniowej Nowej Zelandii.Za jego sprawa zginelo kilkunastu najlepszych ekspertow 
Carlosa w dziedzinie terroru.Carlos byl przeswiadczony,naturalnie,ze facet bedzie musial za to zaplacic.Moze juz 
jutro. Nastepny dzien okazal sie wprost doskonaly.Promienie sloneczne czynily cuda i planeta Ziemia wydawala 
sie byc wiecznie zielonym,monumentalnym rajskim kwiatem.Przynajmniej tu,na wyspie Lantau i w oczach Johna 
Gulvina.Posiadlosc ambasadora Stanow Zjednoczonych,Michaela Picketta,znajdowala sie u podnoza gory 
zwanej Lantau Peak,bedacej czescia tak zwanego Shek Peak Reservoir.Gora ta wznosila sie na wysokosc 993 
m nad poziomem morza a na jej szczycie zbudowany byl swiety klasztor buddyjski,zwany klasztorem Po Lin.To 
w nim znajdowal sie posag Buddy, wielki na trzydziesci cztery metry i trzeci co do wielkosci po slynnych 
posagach Buddy w gorzystym regionie Afganistanu.Nic wiec dziwnego,ze sporo pielgrzymow wedrowalo 
codziennie do tego klasztoru,pieszo obok posiadlosci ambasadora Michaela Picketta i w zwiazku z tym 
ambasador musial zaopatrzyc sie w dodatkowa obsluge agentow,ktorzy musieli zapewnic bezpieczenstwo jemu,
jego rodzine oraz  gosciom.John Gulvin odpoczywal sobie nad basemen i raz po raz dawal nura w orzezwiajaca 
wode basenu.Nikogo poza agentami nie bylo w posiadlosci.Sami agenci najprawdopodobniej schronili sie pod 
dach przed piekacymi promieniami slonecznymi i grali sobie w karty.Ambasador mial swoje sprawy na glowie a 
ich zony byly na zakupach w centrum miasta.Nie ulegalo watpliwosci,ze wroca z zakupami na ktore wydadza 
kilkaset tysiecy dolarow.Nienasycona zachlannosc kobieca!! Niemniej,John Gulvin byl zakochany w swojej 
zonie,Raquel,po uszy.Ich milosc juz trwala dobre dwadziescia lat i ani na moment nie ulegla oslabieniu w ciagu 
tego dlugiego okresu pozycia malzenskiego.Dla niej byl gotow na wszystko.Znal co najmniej dwa sekrety 
kobiet: satysfakcjonuj je swoim seksem i to absolutnie duzo,bez umiaru,bo tak naprawde chcialy a 
ponadto,pozwalaj im na zakupy,ktorymi ryzykowaly twoje bankructwo.Stac go bylo na to i dlatego dawal 
swojej zonie wolna reke... 
Z nieograniczona fascynacja patrzal na gore Lantau ozdobiona wszelkimi odmianami drzew,ktore tworzyly korone  
jej szczytu i nie wiadomo bylo tak naprawde kto byl jego krolewska moscia,gora Lantau czy buddyjski klasztor Po 
Lin na jej szczycie.To nie bylo wazne.Najwazniejsze bylo to,ze on,John Gulvin czul sie szczesliwy i spelniony,
przede wszystkim.Jako jeden z ministrow nowozelandzkiego rzadu i jako malzonek,kochany przez jego zone bez 
zadnych zastrzezen.Kazda czesc jego ciala byla dla niej miodem.A to co dla niej tylko mial to wprawialo ja w taka 
euforie,ze nieraz mu szeptala namietnie do ucha,ze w raju jest i nie chce sie z tego raju wynosic.Ma zrobic wszystko 
co w jego mocy,by ja pozostawic w tym raju.Niestety,wszechwladny orgazm wstrzasnal nimi zawsze wtedy i przy 
akompaniamencie dzikich wrzaskow,ktorymi byli w stanie obudzic polowe rodu ludzkiego,wracali na lono 
ziemskie.Raquel nie miala mu tego za zle.Wiedziala,ze nieraz jeszcze beda wyprawiac sie do tego ich raju,slodkiego 
ponad wszystko,zatopionego w niczym innym jak w miodzie,winie I spermie.Caly swiat to przeciez robil! 
Erosie,przestan chociaz na chwile strzelac z luku na oslep! Nie traf czasem we mnie albo w nich. Nie chcemy 
oszalec w niekontrolowany sposob,z paroksyzmow tych narzadow,w ktore Pan Bog nas przozdobil azebysmy 
mogli sie rozmnazac i doznawac przy tym przezyc zapierajcych dech w piersiach.John Gulvin nadal czul sie raczej 
mlodym mezczyzna.Mial czterdziesci szesc lat a jego cialo bylo muskularne,typowe dla tych,ktorzy uwazali sie za 
kulturystow.Nienawidzil wszelkie odmiany socjalizmu i zawsze uwazal,ze socjalizm byl utopia.Akceptowal jedynie 
wolny rynek,liberalne urzadzenie spoleczenstwa,zniesienie opodatkowania jako hamujacego postep gospodarczy i 
uwazal,ze nalezalo dac szanse rozwoju praktycznie kazdemu,ktory tego pragnal.Opodatkowanie dla najubozszych 
musialo byc zredukowane do zera a dla najbogatszych nieuciazliwe.Byl dumny z tego,ze oczyscil swoj kraj spod 
jakiejkolwiek formy terroryzmu a najbardziej zadowolony,ze zdemaskowal i usunal siatke terrorystyczna w 
Christchurch a akcja jego ludzi przyniosla mu miedzynarodowy rozglos.Nie obylo sie,oczywiscie,bez rozlewu krwi.
To w Christchurch poznal Raquel i zakochal sie w niej bez pamieci.Studiowali wtedy na tamtejszym uniwersytecie i 
wkrotce potem pobrali sie.Spojrzal na krystaliczna,niemal blekitna wode w basenie i zauwazyl z absolutna 
fascynacja,jak promienie sloneczne uderzaly o powierzchnie wody w basenie z ogromna sila i odbijaly sie niczym 
pileczki ping pongowe a potem wracaly i ponownie odbijaly sie rytmicznie,z wieksza albo mniejsza sila.John Gulvin 
mial wrazenie,ze byl swiadkiem gry na fortepianie przez nieznanego wirtuoza.Co to bylo?... Bach?... Chopin?... 
Beethoven?... Mozart?... Zamknal oczy na moment i,o dziwo,slyszal wszystkich naraz!..Boze,co za niebianstwo!... 
Co za wirtuozeria!... Wszyscy mistrzowie naraz!... 
Nagle wyczul,ze ktos stal nad nim.Kto to byl? To musial byc jeden z agentow,ktorzy pilnowali posiadlosc ambasadora. 
Z cala pewnoscia.Najwidoczniej chcial sie zapytac,czy przyniesc drinka.A moze przyszedl dostarczyc wiadomosc. John
 Gulvin otworzyl leniwie swoje oczy.Jego szok niemal przyprawil go o atak serca.Nad nim stal nieznany osobnik z 
blizna na twarzy,tak samo muskularnie zbudowany jak on,z pistoletem w rece.Chcial sie zerwac na rowne nogi i bronic 
sie ale,niestety,nie dal rady.Nieznany osobnik oddal kilka precyzyjnych strzalow,w lokcie jego rak i w kolana jego 
nog.Nie byl w stanie ruszyc sie z miejsca i byl kompletnie obezwladniony,w paroksyzmach  bolu oraz na lasce i nielasce
 osobnika,ktory najwidoczniej lubowal sie w okrucienstwie._Kim jestes?_John Gulvin zapytal,z paniczna trwoga w jego 
glosie.Nieznany osobnik zaczal sie smiac obrzydliwie._Kim jestem? Ha,ha,ha... Ja jestem... legendarnym 
Carlosem,tym,ktory jest koszmarem sennym dla najpotezniejszych na tym swiecie!_ John Gulvin z miejsca 
zrozumial,ze jego zycie bylo juz policzone,w minutach co najwyzej.Oczywiscie,slyszal o tym terroryscie._Mscisz sie na 
mnie za ta akcje,ktora przeprowadzilem na twoich kompanach w Christchurch?_Zapytal mimowolnie._Tak,za to.I 
nawet Szatan nie zrobilby tego lepiej jak ja to wlasnie zrobie! _Padla zlowroga odpowiedz.Przerazenie wstrzasnelo 
Johnem Gulvinem gdy zobaczyl jak Carlos otworzyl plocienny worek,ktory mial za soba i wylazl z niego krol 
gadow,arcyszpetny boa dusiciel._Boze,nie!_John Gulvin wyszeptal._Gdzie sa ci wszyscy agenci?_Carlos jedynie 
rozesmial sie w glos._Agenci? Oni wszyscy juz nie zyja.Zabilem ich._Odpowiedzial.Boa dusiciel zaczal pelznac w gore 
ciala Johna Gulvina,dotarl do jego szyi,owinal sie dookola niej i zaczal dusic swoja ofiare.Gdy John Gulvin zaczal tracic 
przytomnosc,z braku tlenu,Carlos oddal strzaly do gada.John Gulvin stracil jednak przytomnosc.Gdy wrocil do swiatla 
zycia,tego zycia,ktore juz nie bylo jego,zobaczyl,ze Carlos nadal stal nad nim i trzymal w rekach cos co bylo koszmarem
gorszym niz sama smierc.Carlos trzymal jego jelita w swoich rekach.John Gulvin nie mogl uwierzyc swoim wlasnym 
oczom.Ale,niestety,jego brzuch byl rozciety._Dlaczego mi to zrobiles?_John Gulvin zdolal wykrzesac z siebie 
pytanie._Juz ci powiedzialem,dlaczego.Zegnaj,Gulvinie._Padla okrutna odpowiedz._Bog sie rozprawi z toba,Carlosie, 
Hannibalu!_Carlos zaczal oddalac sie bez slowa ,rozwijajac przy tym jelita z brzucha  swojej ofiary.John Gulvin zdazyl 
jeszcze zauwazyc,ze sama smierc nie byla juz taka straszna jak to sobie zawsze wyobrazal i aktualnie byla promykiem 
swiatla,ktory uwalnial go z nieopisanego okrucienstwa Carlosa,Hannibala.Carlos tymczasem odrzucil jelita od siebie i 
pospieszyl poza posiadlosc ambasadora Stanow Zjednoczonych._Moge sie teraz skoncentrowac na obu 
facetach,Stevenie Mac Dantosch'u i Tadkowi Vangardowi._Szepnal zlowrogo sam do siebie a jego oczy odzwierciedlaly
nieograniczona nienawisc i lataly jak wsciekle w jego galkach ocznych,zupelnie tak samo jak to jest w przypadku 
psychopatow._Zamienili gore Abu w pochodnie...Teraz ja ich zamienie w pochodnie..Jeszcze jeden epizod w moim 
czarnym zyciu pisanym krwia... _Wyszeptal raz jeszcze a brzmialo to jak przysiega.Biala piana przemieszana z krwia 
wydobyla sie z jego ust... Ciag dalszy nastapi... Autor: Tadeusz Hutyra,e_mail adres: tadekhutyra@hotmail.com or: clubbers@funworld.be
All Rights Reserved.

*

CZYTAJ DALEJ NA STRONIE DRUGIEJ

Uwaga: Tutaj Moj Manuskrypt
w Oryginalnej Wersji