Szklana Kurtyna

Strona 2

 

Start ] Strona 1 ] [ Strona 2 ] Strona 3 ] Strona 4 ]

SZKLANA KURTYNA
ROZDZIAL II - SKROCONA WERSJA
AUTOR : TADEUSZ HUTYRA
IN POLISH/PO POLSKU

 

Tadek Vangard,Steven Mac Dantosch i Melissa Charleroi nie mieli najmniejszego pojecia,ze burza miala sie wkrotce 
rozpetac nad ich glowami.Byl juz maj 1989 roku! Wiosna wydawala sie byc niebianska niewiasta,mloda,ksztaltna i sliczna 
bez porownania do kogokolwiek.Slonce nie szczedzilo jej swoich promieni  i obdarzalo ja ich strumieniami do tego stopnia 
ze wygladalo to tak jakby ta bogini,Wiosna,stala pod ozerzwiajacym prysznicem nie tyle promieni slonecznych i wody co 
perel i diamentow.Inna bogini,Woda,zakryla twarz swoimi sparklistymi rekami.Nie chciala,zeby ktokolwiek odkryl jak 
bardzo byla zazdrosna.A przeciez byla niemniej piekna!Ich matka,Ziemia,ktora wygladala jak Mona Lisa Leonarda da 
Vinci,byla dumna z obu cor,nieziemskich pieknosci.Boze,jak czas szybko gnal!Tak jakby szalone,dzikie wierzchowce 
pedzily na oslep z pradem wiatru i jego furii.Ich grzywy i ogony powiewajace,oczy napelnione nieprzebranym strachem. 
Tak,jakby stare automobile takie jak Bond Equipes,Borgward Isabellas De Luxe,Jowett Jupiters i Healey Silverstones 
rzucily wyzwanie czasowi i probowaly sie zmierzyc z nim,to jest z czasem,w rajdzie dookola Monte Carlo,podczas ktorego
przekroczylyby jeszcze jedna granice kolejnego wymiaru i przeobrazily sie  w najnowsze modele Lamborghinow,czy 
wozow Ferrari i Porsche,zapierajac dech w piersiach tym wszystkim,ktorzy obserwowali wydarzenia na trasie 
rajdowej.Czas w koncu gnal tak szybko jakby heroiczne bombowce z drugiej wojny swiatowej,zwane Mustangi P_51D 
przeobrazily sie  w supernowoczesne bombowce Tomcaty F_14A,Sea Harriery,Tornady czy F_117 i to w ciagu kilku 
zaledwie dni a nie przez dlugie dekady jak bylo w istocie rzeczy.Ostatnie slowo wciaz jeszcze nie bylo powiedziane.Kto 
wie,moze czlowiek mogl wygrac pojedynek z czasem pewnego dnia.W miedzyczasie trzeba bylo uzdrowic 
swiat.Przyozdobic ten swiat w liberalne i demokratyczne szaty,dac wolnosc i prawo do zycia kazdemu czlowiekowi,dac 
mu rowniez prawo do bycia soba i nie napietnowac go za to kim naprawde byl.Trzeba bylo powiedziec wielkim tego 
swiata:nie znecajcie sie nad prostym czlowiekiem i badzcie jego podpora.Prezydencie Ameryki,skoncz z 
militaryzmem!Prezydencie Rosji,skoncz z odizolowaniem Rosji od cywilizowanego swiata!Papiezu,wiemy,ze chcesz raj na 
Ziemi ale ten twoj raj na Ziemi jest pieklem dla wielu z nas,dla bardzo wielu z nas!Dlatego i ty musisz sie 
zmienic,papiezu!Talebanowie w Afganistanie,przestancie terroryzowac swoj narod wasza wersja Islamu!Przywodcy 
Chin,wprowadzcie instrumenty demokratyzacji w waszym kraju zanim nie jest za pozno!Dusza ludzka pragnela wolnosci i 
tylko liberalne urzadzenie swiata,takie jak na Zachodzie,moglo jej ta wolnosc dac.Wiatry liberalizmu wialy juz na wszystkie 
strony swiata.Nawet do okien kraju Zlotego Dragona.Nawet do domow studenckich w samym Pekinie.Zanosilo sie na cos
wielkiego.Chinski narod mial dosc bezczeczenia praw czlowieka przez komunistyczny rezim Przynajmniej takie mialo sie 
wrazenie,gdy bralo sie udzial w studenckich wiecach,ktorych bylo coraz wiecej._Chcemy zmian!_Studenci domagali 
sie.Tadek Vangard,Steven Mac Dantosch i Melissa Charleroi brali udzial w niejednym takim wiecu.Zapowiadalo sie na to,ze
 beda demonstracje a moze nawet i rewolucja.
Wkrotce zaczely sie demonstracje.Pretekstem byla smierc enigmatycznego lidera,Hu Yaobanga,ktory spory czas 
przedtem zostal wyrzucony ze swej funkcji jako premier i nawet zostal pozbawiony czlonkostwa w Komunistycznej 
Partii Chin.Tylko dlatego,ze osmielal sie miec umysl reformatora.Gdy studenckie demonstracje zaczely sie,premierem 
akurat zostal wybrany jeszcze jeden reformatorski polityk,Zhao Zyang,ktory dostrzegal koniecznosc pragmatycznych 
zmian w swoim kraju,podobnych w jakims sensie do tego co dzialo sie w Zwiazku Radzieckim,gdzie Mikkhail 
Gorbatchow realizowal swoje reformy.Sytuacja byla jednak zasadniczo inna w Chinach.Deng Qiao Ping,ktory 
oficjalnie zrzekl sie wladzy,nadal ja mial w swoich rekach nieoficjalnie.A ponadto nurt konserwatywny,wrogi wobec 
jakichkolwiek zmian,byl najsilniejszym nurtem w Komunistycznej Partii Chin.Do tego nurtu nalezeli najzacieklejsi 
przeciwnicy Zhao Zyanga: Li Peng,Yang Shankun i inni.W maju demonstracje studentow przeobrazily sie w 
demonstracje ludu.Kto zywy spieszyl w kierunku najwiekszego rynku swiata,Placu Tienanmen,by wziasc udzial w 
demonstracjach.Pokazna liczba studentow,okolo trzech do pieciu tysiecy,okupowali centralna czesc Placu Tienanmen i 
kontynuowali strajk glodowy.Byli zgrupowani glownie wokol monumentu bohaterow ludu,w niedalekiej
odleglosci,zaledwie trzysta metrow,od "parlamentu" Chin.Ludzie z calego Pekinu i z roznych regionow kraju 
maszerowali tlumnie na wszystkich ulicach miasta.Wiwatowali i nawolywali do reform.Byl jakis ogromy optymizm w 
powietrzu.Dopisywala pogoda.Bylo slonecznie i cieplo.W niektore dni liczba demonstrantow siegala miliona w samym 
Pekinie.W innych miastach rowniez wrzalo,zwlaszcza w Szanghaju.Wladze musialy byc przerazone i z cala pewnoscia 
rozgorzala walka polityczna pomiedzy konserwatywnymi przeciwnikami z Li Peng'iem na czle a reformatorami z 
premierem Zhao Zyang'iem z drugiej strony.Od tego na ktora strone szala wagi miala sie przechylic zalezal los 
strajkujacych studentow,wielu demonstrantow,ktorzy byli filmowani przez agentow rezimu po cywilu oraz przyszla 
wizja Chin.Mikhail Gorbatchow przybyl do Chin z oficjalna panstwowa wizyta dwudziestego maja.Chinczycy witali go 
entuzjastycznie.Wszystkim wydawalo sie,ze jego  "perestrojka"  zostanie zasiana rowniez na ziemi 
chinskiej.Niestety,juz nastepnego dnia,gdy Mikhail Gorbatchow wrocil do swojego kraju,Zhao Zyang zostal usuniety 
od wladzy przez swoich przeciwnikow politycznych i nowym premierem zostal Li Peng.To on z miejsca oglosil stan 
wyjatkowy i zakaz demonstracji.Nikt sie tym nie przejmowal.Demonstracje nadal trwaly.Jednoczesnie wojsko bylo 
sciagane z roznych stron Chin na obrzeza Pekinu.Zanosilo sie na cos niedobrego.Apokaliptyczny dramat zawisnal w 
powietrzu Po raz pierwszy zaczeto spekulowac o mozliwym uzyciu sil przez wladze przeciwko 
demonstrantom.Niemniej ludzie nadal demonstrowali,pokazywali znaki  "v"  palcami swoich rak,wiwatowali na czesc 
strajkujacych studentow,domagali sie zmian.Steven Mac Dantosch,Tadek Vangard i Melissa Charleroi brali aktywny 
udzial w demonstracjach,tak jak wielu innych turystow z calego swiata.Napstrykali mase zdjec.Pomagali studentom na 
strajku glodowym jak mogli.Pocieszali ich,przynosili im wode mineralna,informowali ich o swiatowych reakcjach na 
wydarzenia w Chinach.Wciaz jeszcze byla nadzieja...
Poczatek czerwca byl najbardziej dramatyczny.Strajkujacy studenci byli juz u kresu sil.Demonstracje nie byly juz tak 
liczne i liczebne jak wczesniej,tak jakby ludzie przeczuwali,ze naprawde cos zlego moze sie stac na dniach.Nie bylo juz 
tajemnica dla nikogo,ze coraz wiecej oddzialow armii stacjonowalo na obrzezach Pekinu.Ale studenci byli
zdeterminowani.W polnocnej czesci Placu Tienanmen pojawila sie kilkunastometrowa replica Statui Wolnosci,tak 
zwana Bogini Demokracji.Cala z marmuru,biala jak niewinna dziewica,lsnila w sloncu niczym oaza wolnosci.Byl to 
juz prawdziwy policzek wymierzony nie tyle w monumentalny obraz Mao Tse Tunga,zwisajacy nad wejsciem do
Zakazanego Miasta to jest siedziby dawnych mocarzy Chin ale przede wszystkim w autorytatywny,komunistyczny 
rezim.Bogini Demokracji byla wyzwaniem rzuconym wladzy niczym wystrzal armatni,przynajmniej w ich
oczach,szpetnych niczym slepia chinskiego smoka zwanego dragonem.I nie byl to jeden tylko dragon ale cala ich 
masa,gotowi pozrec niewinne serca i dusze,spragnione wolnosci,na kazde zlecenie chinskich komunistow.Noc z 
trzeciego na czwartego czerwca nie wydawala sie byc zwiastunem zlych nowin na nastepny dzien.Bylo cieplo i korona 
gwiazd wydawala sie spoczywac na glowie urodziwej dziewicy,ktora lud chinski osmielil sie nazwac Boginia 
Demokracji.Steven Mac Dantosch,Tadek Vangard i Melissa Charleroi i tym razem,tak jak wiele razy
przedtem,zdecydowali sie spedzic noc w towarzystwie chinskich studentow,ktorzy juz mieli za soba prawdziwie 
hemingway'owski maraton.Chcieli w ten sposob dodac otuchy studentom i podtrzymac ich na duchu.Moze jeszcze 
byla szansa i cud sie stal,i ci,w ktorych rekach byl ich los,zmienili sie na dobre.Tadek Vangard wiedzial juz od swoich 
przyjaciol z Polski,ze w jego rodzinnym kraju dzien jutrzejszy mial byc wielkim wydarzeniem:oto mialo dojsc do 
nowych wyborow,demokratycznych tym razem,i nie ulegalo watpliwosci,ze przedstawiciele Solidarnosci  wygraja 
wybory.Czul,ze jego dusza tanczy i spiewa a jednoczesnie zyczyl w swoich myslach tym chinskim studentom,zeby i oni 
mogli sie tak poczuc wkrotce,lekko na duszy i sercu,spelnieni i szczesliwi.Oni jednak wiedzieli lepiej: nie bedzie 
latwo.Nie zamierzali jednak rezygnowac.To co robili to dla dobra kraju.Warunki sanitarne byly okropne.W kazdej 
chwili mogla wybuchnac epidemia.Jakos udalo sie wiekszosci zasnac,co najmniej gdy bylo juz dobrze po polnocy.O 
czwartej nad ranem diabelskie grzmoty przebudzily wszystkich bez wyjatku.To byly wystrzaly  z czolgow ,ktore,w 
asyscie oddzialow armii,zblizaly sie w kierunku Placu Tienanmen,bez trudu pokonujac wszelkie przeszkody,w tym 
barykady zbudowane przez mieszkancow stolicy.Lala sie juz niewinna krew.Jednostki armii zblizaly sie w 
zastraszajacym tempie,i juz tylko minuty dzielily ich od Placu Tienanmen i bezbronnych studentow.Nie ulegalo 
watpliwosci co sie swiecilo.Komunistyczne wladze zdecydowaly sie na uzycie sily! _Uciekajcie!_Zhalte Zhon,jeden z 
chinskich studentow krzyknal do Tadka Vangarda,Stevenai Melissy._Zwariowales czy co? Ani myslimy!_Steven Mac 
Dantosch odparl impulsywnie.Widzieli juz czolgi dojezdzajace do Placu Tienanmen.Padly strzaly w kierunku Bogini 
Demokracji,ktora rozpadla sie na drobne kawalki.Plac Tienanmen zostal otoczony ze wszystkich stron.Staneli oko w 
oko przed Szatanem albo co najmniej przed tymi,ktorzy byli wyslannikami Szatana.Nie bylo szans na ucieczke
Chinscy studenci trzymali sie za rece i spiewali jedna z ich piesni wolnosciowych,gotowi umrzec heroiczna 
smiercia.Gasnace gwiazdy,jedna za druga,byly swiadkami horrendalnycch scen,ktore juz mialy miejsce i oto 
osiagaly swoja kulminacje.Niejeden smialek zginal juz pod gasienicami czolgow,niejeden byl zastrzelony.Oto 
komuna pokazala swoja prawdziwa twarz,zbrodnicza i antyludzka.Steven Mac Dantosch spojrzal z zatroskaniem
na Melisse Charleroi.Obrocil sie do Tadka Vangarda i rzekl do niego:_Tadek,wez Melisse i probujcie wydostac 
sie poza Plac Tienanmenu.Grozi wam smiertelne niebezpieczenstwo! Przeczuwam ,ze bedzie rzez. Oczy Melissy 
Charleroi wypelnily sie niepohamowanym gniewem._Nigdy!...Slyszysz?!...Nigdy!...Zostaje tutaj! Nie jestem 
tchorzem i zostaje tu razem z moimi chinskimi przyjaciolmi.Nie boje sie smierci!_Powiedziala czy raczej 
krzyknela z determinacja.Steven Mac Dantosch myslal,ze umrze z rozpaczy.Taki aniol jak Melissa nie powinna
 umrzec...Nie powinna zginac...Powinna sie ulotnic z tego miejsca! Moze jeszcze sie dalo...Ale jak mogl jej to 
wytlumaczyc? Przeciez wszyscy ci chinscy studenci rowniez powinni zyc! Nie powinni ginac! Ich zycia byly w 
rownej mierze bezcenne!_Melissa,nie rozumiesz?..Stoisz oko w oko przed smiercia...Okrutna smiercia...Oni 
nie maja milosierdzia! _Steven Mac Dantosch probowal ja przekonac._A ty nie?!...A Tadek nie?!.. _Padla jej 
odpowiedz._Ja i Tadek tez,i wszyscy ci studenci.Najwiekszy horror swiata zawisnal nad naszymi
glowami,sponsorowany przez terror ze strony wladz.Chca nas pozabijac pod oslona nocy,by rano sprzatnac nas 
jak smieci.Oni nas pozabijaja! Nie powinnismy sie dac im zabic!...Musimy cos zrobic!..Boze,ale co?..._Steven 
Mac Dantosch myslal goraczkowo.Wyraznie slyszeli wrzaski umierajacych ludzi,ktorzy probowali nie dopuscic 
oddzialow armii i milicji chinskiej do Placu Tienanmenu.Nie sposob bylo odgadnac ilu z nich ginelo pod 
gasienicami czolgow i byli zamieniani w dywany zmiazdzonych cial ludzkich ,ozdobionych purpura ich krwi,ku 
zgrozie Boga Ojca Wszechmogacego,ktory raz jeszcze powstrzymal swoj straszny gniew.Ludzie sami musieli 
zaprowadzic sobie sprawiedliwosc w domach,ktore mieli i w swoich krajach.Tylko szatanisci,tacy jak Adolf 
Hitler,Pol Pot,Mao Tse Tung i Jozef Stalin byli rownie okrutni.Duzo jeszcze bylo do zrobienia na swiecie,ktory 
potrzebowal komprehensywnej strategii nie tylko przed terrorystami ale i przed terrorem wladz w 
dyktatorskich krajach.Stany Zjednoczone i Unia Europejskia  musialy  powolac do zycia taka strategie,do 
spolki z krajami arabskimi i muzulmanskimi,skad wywodzil sie terror w duzej mierze oraz z reszta swiata ,po 
to by nie dac zadnej szansy terrorystom,gdziekolwiek sie znajdowali,nawet jezeli ukrywali sie w strukturach 
wladz tego czy owego kraju.Swiat musial rzucic wyzwanie wszelkim formom terroru.Z chinskimi wladzami byl 
klopot w tym,ze potrafily zatrzec wszelkie slady tak,ze nic podejrzanego nie mozna bylo zobaczyc w bialy dzien 
po piekle nocy...Nauczyli sie tych sztuczek od smoka chinskiego zwanego dragonem.

Czolgi wtargnely na Plac Tienanmenu a obok nich i za nimi zolnierze chinskiej armii.To co sie potem dzialo to 
nie bylo nic innego jak pieklo i tylko pieklo.Padaly strzaly z czolgow,ktore tratowaly po drodze istoty ludzkie,a 
zolnierze strzelali na oslep do kazdego studenta,ktory im sie nawinal na lufy ich karabinow.Nieopisana panika 
potegowala zgroze chwili.Jedni studenci probowali uciekac a inni probowali sie bronic.Niektorzy z nich mieli 
koktajle Molotowa.Nikt z nich nie mial najmniejszej szansy na przezycie.Zniwo smierci bylo zastraszajace i nowy 
record bestialstwa zostal pobity do zapisania w ksiedze Guinessa.Dyktatorzy,ci rzeznicy Tienanmenu,wybrali 
metode najokrutniejsza z okrutnych,przez mordowanie tych,ktorzy odwazyli domagac sie praw czlowieka w sposob
 pokojowy.A przeciez chinscy studenci chcieli tylko troche,odrobine tylko.Niestety,bylo to za duzo dla rzeznikow 
Tienanmenu.Czolgi tymczasem najezdzaly na kolejne ofiary z najokrutniejszym chamstwem.I to wlasnie bylo to 
co komunistyczni dyktatorzy chcieli: dac okrutna lekcje po to by nikt nigdy wiecej nie odwazyl sie im 
przeciwstawic.Steven Mac Dantosch zacisnal zeby z gniewu. _Ja takze dam wam nauczke,swinie!_Wycedzil przez 
zeby.Zobaczyl jak jeden z czolgow wlasnie jechal prosto na nich,pchnal Melisse Charleroi i Tadka Vangarda z cala 
sila tak,ze potoczyli sie kilka metrow w bok a sam odskoczyl doslownie w ostatniej chwili.Ale,gdy czolg przejezdzal
dalej obok nich,Steven Mac Dantosch znalazl sie kilkoma susami na jego wierzcholku,otworzyl klape  
energicznie i wskoczyl  do srodka.Najzupelniej rozgorzala tam walka na smierc i zycie.Tadek Vangard i Melissa 
Charleroi wstrzymali swoje oddechy.Te sekundy niepewnosci byly jak odwieczne wieki.Szybciej dotarliby do 
gwiazdozbioru Andromeda.Energia zycia wrocila do nich gdy zobaczyli zlota czupryne swojego przyjaciela nad 
otwarta klapa czolgu. _Chodzcie tutaj szybko!_Krzyknal do nich.Nie potrzeba bylo sie powtarzac i zaraz potem 
Steven Mac Dantosch manewrowal czolgiem i strzelal bez opamietania w inne czolgi,ktore zamienialy sie w 
plonace pochodnie.Zobaczyl przyjaciol,Zhalte Zhona i jego dziewczyne,Zhuze Zha,ktorych inny czolg zamierzal 
staranowac.Strzelil bez wahania w ten czolg,wykatapultowal ze swojego siedzenia na wierzch czolgu i krzyknal do 
nich,by wdrapali sie na ich czolg.Z poczatku byli zdezorientowani ale szybko sie polapali i zrobili tak jak Steven 
Mac Dantosch im zakomenderowal.Teraz siedzieli w piatke w czolgu. _ Musimy uciekac stad. _Steven Mac 
Dantoschzadecydowal.Skierowal czolg w strone poludniowa,tam gdzie zaczynala sie ulica Qiangmai.Bylo tu pelno 
zolnierzy i milicjantow,ktorzy strzelali do uciekajacych studentow bez pardonu._Teraz ja sobie do was postrzelam 
jak do kaczek. _Steven Mac Dantosch wyszeptal zlowrogim glosem.Gdy strzaly padly z jego czolgu,jeden po 
drugim,i sialy spustoszenie jakiego nikt tu nie spodziewal sie,zrobil sie wylom w kordonie otaczajacym Plac 
Tienanmenu i garstka studentow mogla uciec z tego piekla.Niektorzy ze studentow wdrapali sie na czolg i dzieki 
temu wszyscy swiadkowie na trasie ucieczki mogli wiedziec,ze w tym czolgu znajduja sie wybawiciele garstki co 
najmniej studentow.Za to byla najwyzsza nagroda,nie nagroda Oscara czy statuetka Lwa ale nagroda od samego 
Boga... 
Uciekali wzdluz ulicy Qianmen.Dziwnie,ludzie tu mieszkajacy,powychodzili ze swoich domow i wiwatowali na ich 
czesc.Oni wiedzieli kto jechal w tym czolgu.Prawdziwi bohaterzy ludu! Utworzyl sie swoistego rodzaju kordon ze sznuru 
ludzkiego.Znalezli sie na wielkim dziedzincu.Wysiadli z czolgu,ktory zostal ukryty za ruchoma sciana jednego z domostw
 i nie bylo juz po nim zadnego sladu.Oni zas udali sie w slad za swoimi przewodnikami,weszli w jakis ciemny,podziemny 
tunel i brodzili po jego blotnistym oraz cuchnacym podlozu przez godzine.Znalezli sie w koncu w czyms co bylo 
przerobione na swego rodzaju hale,oswietlona i sucha nade wszystko.Podszedl do nich energiczny starzec z siwa broda i 
skosnymi oczami,ktory powital sie z nimi serdecznie.Okazalo sie,ze byl to sam Wu Hongadmen,legendarny juz chinski 
dysydent,ktorego wladze chinskie probowaly schwytac bezskutecznie od lat.To dzieki niemu wielu inych dysydentow 
uniknelo smierci z rak rezimu bo zdolal ich  przemycic  poza granice Chin,by mogli potem swobodnie juz dostac sie do 
wolnego swiata._Nie boisz sie?_Steven Mac Dantosch zapytal go w pewnej chwili._Czego?_Wu Hongadmen nie 
zrozumial._Komunisci moga cie zlapac.Czyz nie lepiej byloby ci po prostu wyemigrowac?_Steven Mac Dantosch wyrazil 
swoja opinie._Oh,nie! Sytuacja w tym kraju nie pozwala mi na to.Rowniez moralnosc,etyka i honor! Ta opozycja,ktora 
mamy tu,w Chinach,jest jak nitka z jedwabiu.Taka delikatna i taka slaba.Niech tylko jedna czesc tej nitki sie przerwie a
 caly trud moze okazac sie prozny.Bo ta nitka bylaby po prostu przerwana,bo dalej nie byloby juz nic a tylko 
przepasc...Ruch dysydencki przestalby istniec.Po dzisiejszej nocy wiecie jak bardzo brutalny jest ten system! Oni sa jak 
monstrualna pajeczyna! Boze,nie wyobrazacie sobie nawet jak ciezko poruszac sie w takiej pajeczynie,w ktorej kazda jej 
czesc nabrzmiala jest horrorem do szpiku kosci ! Nie mamy wyboru i musimy dzialac w podziemiu.Studenci zrobili 
blad,bo mysleli,ze potrafia przekonac ten rezim w sposob pokojowy.Zaplacili,niestety,za swoje idealy swoja wlasna krwia 
i,Boze,w jak makabryczny sposob ! Wydzierac sie chce az po niebiosa ! Moze Budda uslyszalby nas !_Starzec wydawal sie 
byc wyczerpany z rozpaczy._Oh,co za koszmar,z piekla rodem !_Steven Mac Dantosch wyszeptal._Cokolwiek rzec,ja 
swiecie wierze,ze ten system jest jak porcelanowy wazon.Wystarczy,ze tylko jeden malenki kawalek uda sie oderwac a 
caly wazon rozsypie sie na tysiace innych porcelanowych kawalkow.Taki wlasnie bedzie koniec tego systemu,rozpadnie 
sie na tysiace   porcelanowych  kawalkow.W tym swietle,pewnie rozumiesz teraz dlaczego nie moge wyemigrowac i co 
chce zrobic.Chce rozbic chockawalek tego monstrualnego,porcelanowego wazonu jaki komunisci wykreowali sobie.A 
pozniej nie bedzie juz nic innego jak tylko reakcja lancuchowa,ktora sama przez siebie doprowadzi nas do demokracji i 
przyniesie nam wolnosc.Jezeli inne narody zasluguja na to to dlaczego my,Chinczycy,nie mozemy miec tego samego? 
Jako narod,zyjemy w dlugim,ciemnym tunelu bez swiatla.Ale i ten tunel w koncu sie skonczy i zobaczymy swiatlo,na 
wage Boza,i wykapiemy sie w tym swietle jak w strumieniu najswiezszj wody,i odkryjemy dzieki temu,co to znaczy zazyc 
kapieli wolnosci i demokracji.Niektorzy ludzie na Zachodzie sa zdania,ze Chiny sa zbyt duzym narodem na
demokracje.Kompletny nonsens! Nie ma narodu za duzego na najsprawiedliwszy ze wszystkich systemow jakim jest 
demokracja ! Nie mozna narzucac granic dla demokracji.Tylko wtedy gdy demokracja dotrze do kazdego regionu naszego globu tylko 
w takim przypadku swiat rozkwitnie jak niebianski kwiat._Oh,dluga droga ku temu jest jeszcze._Steven Mac Dantosch 
westchnal._Dluga ale nie niemozliwa ! Wu Hongadmen byl rozpromieniony na swojej twarzy,sila swojej wiary w lepsze jutro jego narodu... 
Zycze  sukcesu tobie i wszystkim innym dysydentom._Steven Mac Dantosch zaakcentowal swoje zyczenie z cala 
moca._Dziekuje najserdeczniej jak tylko moge,i dziekuje rowniez za te samarytanskie uczynki,ty i twoj kolega,Tadek 
Vangard uczyniliscie wczesniej.Ten student,Zhenyu,ktorego uwolniliscie z wiezienia jest juz w Ameryce i dziala tam 
na calego,mnozac wazne kontakty,od senatorow po media.Nie jestesmy sami._Wyraz dumy odbil sie na pooranej i 
skosnookiej twarzy Wu Hongadmena._Oh,nie musisz nam dziekowac.Co zrobilismy to po prostu to co uwazalismy,ze 
mialo byc zrobione.I to wszystko !_Steven Mac Dantosch nie lubial gdy inni chwalili go w zywe oczy._W porzadku,ale 
dzieki wam obu,niezwykla legenda przychodzi na swiat,tu na tej ziemi,na chinskiej ziemi ! Jest to legenda o Krolu 
Malp,z malpia maska na twarzy,ktory pojawia sie tu i owdzie,zawsze tam gdzie jest najbardziej potrzebny,i walczy z 
tymi,ktorzy znecaja sie nad niewinnymi albo odbija im ich wiezniow.Lud chinski bedzie mial jeszcze jedna opowiesc o 
krolu Malp,ktory pojawil sie nawet na Placu Tienanmen tej nocy by obronic choc garstke studentow przed
czerwonymi,tymi rzeznikami Tienanmenu! To dzieki wam ta legenda przychodzi na swiat,z boska moca niemalze! Ta 
legenda jest jeszcze jedna jedwabna nitka ,ktora doprowadzi ten lud do wolnosci.Jestem przekonany,ze demokracja 
wygra nad czerwonymi w moim kraju w ostatecznym rozrachunku i wiem,bo dusza moja czuje to,ze Bogini 
Demokracji ponownie pojawi sie na Placu Tienanmen pewnego dnia._Wyraz natchnienia odzwierciedlal sie na twarzy 
legendarnego dysydenta chinskiego i mialo sie wrazenie,ze duchem swoim byl juz obecny w tych odleglych czasach gdy 
demokracja zatriumfuje nad wszelkim nieprawym systemem w jego wielkim kraju,nie darmo przeciez nazwanym 
Krolestwem Srodka._Oby tak sie stalo jak mowisz,moj przyjacielu._Steven Mac Dantosch wymowil swoje zyczenie jak 
czarodziejska formulke.Rozmawiali jeszcze jakis czas az podeszli do nich Tadek Vangard,Melissa Charleroi,Zhalte 
Zhon i Zhuza Zha._Co zamierzacie teraz robic ?_Wu Hongadmen zapytal ich niespodziewanie._Wracamy do
hotelu._Steven Mac Dantosch odpowiedzial.Nie bylo widac sladu strachu na jego twarzy._Dam wam dwoch 
przewodnikow,ktorzy doprowadza was tunelami az pod sam hotel.Qiao Yuan Hotel,nieprawdaz ?_Wu Hongadmen 
sprawial wrazenie zatroskanego.Pozegnali sie serdecznie nawzajem z soba.Zhalte Zhon mial lze w oku a jego 
dziewczyna,Zhuza Zha,ktora miala cere mleczno rozana,po prostu plakala.Wiedzieli,ze nigdy wiecej nie spotkaja sie.Do
srodka hotelu dostali sie przez otwarte okno w tylnej czesci hotelu a potem czmychneli do swoich pokoi,na szczescie 
niezauwazeni.Wskoczyli do swoich lozek i modlili sie do Boga,by nic zlego sie nie stalo.Byla jeszcze szansa,ze mogli 
nie byc rozpoznani przez sluzby bezpieczenstwa.Ranek nastal i wybuchla wielka panika pomiedzy turystami z calego 
swiata.Kto zyw,pakowal sie w pospiechu albo nawet zapominal swoj bagaz i pedzil  przed siebie,gubiac po drodze to i owo
,by jak najszybciej dostac sie na lotnisko i poza ten kraj.Nie bylo zartow,bo Zloty Dragon szalal na oslep i buchal 
wielkimi ogniami...

*
Boze Wszechmogacy!!...Co za rok to byl,urodzajny rok!..Ten rok 1989!..Tak jakby armie Aniolow z jednej strony i 
diablow z drugiej strony rozmnozyly sie po calym Czerwonym Imperium,od Berlina po Pekin.Jakby doszlo pomiedzy 
nimi do decydujacego pojedynku,ktory mial zmienic oblicze swiata.Boze,tak istotnie sie stalo!...Podczas gdy armie 
Szatana wygraly w Chinach i zdusily wszelki opor a czerwona flaga ubroczona krwia bohaterow,ktorzy osmielili sie 
walczyc o wolnosc i demokracje,wciaz jeszcze krwawila  na kolczastym wiencu narodu chinskiego,pogrzebanego zywcem 
raz jeszcze na jakis czas,to jednak cala resztaCzerwonego Imperium dostala sie w rece armii Aniolow,dzieki czemu 
wiele narodow Europy Srodkowo Wschodniej i Wschodniej odzyskalo upragniona wolnosc.Faktycznie,zaczelo sie to 
wszystko w tym kraju,ktory Polska sie zwal,od wykreowania ogolnonarodowego ruchu spoleczno zwiazkowego jakim 
byla Solidarnosc,juz w 1980 roku,bezprecedensowego ruchu  na skale swiatowa,ktory liczyl sobie az dziesiec milionow 
czlonkow.Od tej chwili takie rzeczy wydarzaly sie na codzien w tym kraju ze byly jakby zywcem wyjete z "Iliady i 
Odysei" Homera. Magia  tego co sie dzialo w Polsce zaowocowala tez w innych "bratnich"  krajach.No i zaczelo sie na 
dobre.Juz na poczatku 1989 roku rzad generala Wojciecha Jaruzelskiego spotkal sie z przedstawicielami Solidarnosci,z 
Lechem Walesa na czele,przy tak zwanym "Okraglym Stole" .Owocem tego spotkania byla decyzja o przeprowadzeniu 
wolnych wyborow demokratycznych w czerwcu tego samego roku.W maju rzad wegierski otworzyl granice z Austria dla 
masowych uciekinierow z NRD i wkrotce potem to samo ucznil rzad czechoslowacki.W tym samym dniu w ktorym 
doszlo do masakry studentow na Placu Tienanmen w Pekinie,czwartego czerwca 1989 roku,Solidarnosc odniosla
druzgocace zwyciestwo nad komunistami w pierwszych wolnych wyborach parlamentarnych.Na mocy porozumien 
zawartych przy  Okraglym Stole ,general Wojciech Jaruzelski nadal zachowywal stanowisko prezydenta Polski na okres
 polroczny a potem tytul ten mial przejsc automatycznie na legendarnego przywodce Solidarnosci,Lecha Walese.12 
wrzesnia tego samego roku,jeszcze jeden bohater Solidarnosci,Tadeusz Mazowiecki,zostal pierwszym polskim 
niekomunistycznym premierem.Polska,de facto,wylamala sie z obozu komunistycznego.To samo uczynily inne kraje 
sasiadujace z Polska.W Czechslowacji doszlo do tak zwanej "welwetowej rewolucji",bezkrwawej,w wyniku ktorej 
bohater ruchu dysydenckiego,Waclaw Hawel,zostal prezydentem tego kraju a na Wegrzech zostal powolany do zycia 
demokratyczny rzad.6 pazdziernika,lider Zwiazku Radzieckiego,Mikhail Gorbatchov,przybyl do Berlina,gdzie zostal 
przywitany przez tlumy mlodych Niemcow ryczacych wnieboglosy:"Pomoz nam!" Niemcy witali go entuzjastycznie._Co 
dotyczy NRD,zostanie zadecydowane nie w Moskwie ale w Berlinie._Mikhail Gorbatchov proklamowal.To musiala byc 
magiczna regulka.18 pazdziernika lider wschodniniemiecki,Erich Honecker podal sie do dymisji,wiedzac juz,ze nie jest 
zdolny zapanowac nad tym,co dzialo sie w jego panstwie.A wrzalo do tego stopnia,ze juz 9 listopada znienawidzony mur 
berlinski zostal doszczetnie rozwalony a obie polowy Niemiec faktycznie zjednoczone.System komunistyczny,de facto, 
legl w gruzach wraz z nieslawnym murem berlinskim.Zelazna Kurtyna przeszla do historii...
Najwieksza enigma byl sam Zwiazek Radziecki.Malo kto wiedzial,ze i w tym kraju molochu byla cicha rewolucja.Niemal 
kazda republika chciala sie usamodzielnic a nawet uniezaleznic.Najbardziej jaskrawe byly wydarzenia w krajach
baltyckich,ktore wrecz proklamowaly sie panstwami niezaleznymi.Grozba wkroczenia Armii Czerwonej na ich tereny 
zawisnela w powietrzu. Jakkolwiek Mikhail Gorbatchov nadal okazywal sie zrecznym graczem politycznym nikt tak 
naprawde nie mogl przewidziec jaksie potocza losy na szachownicy tego najwiekszego z panstw komunistycznych.Czy klucz
do rozwiazania zagadki nadal tkwil na Kremlu? Czy tez w kazdej z pietnastu republik? Swiat wstrzymal oddech,bo nikt 
nawet nie chcial snic o tym,zeby to co dzialo sie w Jugoslawii,brutalna wojna domowa i czystki etniczne,przenioslo sie do 
Zwiazku Radzieckiego.W Chinach zas zycie powoli wracalo do normy.Przynajmniej tak siewydawalo.Ludzieponownie 
pojawili sie na ulicach i robili zakupy.Nie zwracali raczej uwagi na uzbrojonych zolnierzy,ktorzy stali niemal na kazdym 
rogu w stolicy i innych miastach chinskich.Tak naprawde,bylo o wiele gorzej.Mnostwo ludzi zostalo aresztowanych i 
wyslanych do przymusowych obozow pracy.Ci co brali udzial w pamietnych demonstracjach byli nachodzeni noca przez 
funkcjonariuszy sluzb bezpieczenstwa,bici i szykanowani w najrozmaitszy sposob.Terror wladz osiagnal swoj apogeum, 
porownywalny z czasami maoistowskimi.Tylko turystom zagranicznym dano swiety spokoj.Moze dlatego,ze potrzeba bylo 
zagranicznych dewiz.Tak sie wlasnie stalo,z wolna turysci zaczeli na nowo przybywac do Chin.Tadek Vangard,Steven Mac 
Dantosch i Melissa Charleroi mieli wielkie szczescie.Ani razu nie zostali zatrzymani przez agentow chinskich sluzb. 
Poniewaz turystow nie bylo az tak duzo,zwiedzali kazde ciekawsze miejsce w Pekinie,od Zakazanego Miasta po liczne 
swiatynie,jak rowniez Mur Chinski i inne ciekawe zabytki.Byla juz wiosna 1990 roku.Dni a nawet i noce zaczely na nowo 
byc coraz cieplejsze,dlatego turysci spedzali wieczory na restauracyjnych tarasach pod golym niebem.Tak tez bylo i tym 
razem.Trojka przyjaciol siedziala sobie w restauracji zwanej Pink House,pod golym niebem oczywiscie,usianym srebrnymi 
gwiazdami,ktore,wydawalo sie,uformowaly cos w rodzaju niebianskiej sali koncertowej,w ktorej sama bogini,Maria Callas, 
musiala popisywac sie swoim nieslychanym,soczystym glosem sopranistki._Nie czuje sie dobrze tu,w Pekinie. _Melissa 
Charleroi odezwala sie w pewnej chwili._Ja tez._Steven Mac Dantosch wydawal sie byc wyrwany z zadumy.Tadek Vangard 
nie odezwal sie.Nie mial wyboru.Czy Pekin czy jakkiekolwiek inne miejsce w Chinach, wszystko to bylo w jego odczuciu to
 samo.On marzyl tylko o jednym:o swojej  Ameryce,tej jego Ziemi Obiecanej...  Wyemigrowal z Polski przeciez do Stanow.
 I tam musial sie znalesc,wczesniej czy pozniej.Nie wyobrazal sobie innego rozwiazania.Czyz mozna bylo odciagnac 
czlowieka zakochanego po uszy od jego milosci? Napewno nie.A jezeli tak,to bylby to gwalt na jego duchu._Steven,dlczego 
nie wybierzemy sie gdzies?..Do Szanghaju,Xijanu,Cantonu, Harbinu,czy gdziekolwiek indziej? _Melissa Charleroi 
podtrzymywala swoj temat._A dokad chcialabys tak naprawde jechac?_Steven Mac Dantosch zapytal zagadkowym  glosem.
 _Do Szanghaju! To miasto wydaje mi sie takie jakies tajemnicze.To tam,jeszcze zanim Japonczycy najechali na ten kraj, 
koncentrowalo sie glowne zycie towarzyskie w najbardziej elitarnych kregach,zarowno pomiedzy Chinczykami jak i 
przybyszami ze swiata,w tym bajecznie bogatymi Rosjanami.Nawet teraz mozna tam zrobic pieniadze!Jeden rasowy 
owczarek niemiecki,z papierami i wyszkolony,kosztuje az pietnascie tysiecy dolarow!_Melissa Charleroi byla wyraznie 
zafascynowana miastem na temat ktorego wlasnie sie rozwodzila._Dobrze.jedzmy tam!_Steven Mac Dantosch
zaproponowal i usmiechnal sie do niej.Ona zas,pocalowala go w policzek ze spontanicznej radosci ale zaraz potem 
zarumienila sie z zaklopotania,pod wplywem uczucia jakie nagle doznala,poznajac smak jego jedrnej,meskiej skory na 
jego twarzy.Odwrocilatwarz w przeciwnym kierunku i udawala,ze przyglada sie rozesmianym i wiecznie 
beztroskim,zachodnim turystom.
Nastepnego dnia byli juz w drodze do Szanghaju.Jak zwykle bez Tadka Vangarda.Gdy przybyli na miejsce byli tak 
bardzo rozczarowani milionowym zgielkiem tej najwiekszej metropolii miejskiej w Chinach,ze od razu wsiadli w 
inny jeszcze pociag,ktory zawiozl ich do prawie opustoszalej nadmorskiej miejscowosci rybackiej zwanej 
Shaoxi.Udalo im sie zdobyc dla siebie odosobniony domek niemal bezposrednio przy plazy.To byl prawie,ze cud w 
tym przeludnionym kraju! Melissa Charleroi chciala od razu znalesc sie w wodzie morskiej i piescic sie nia do 
woli._Nie,Melissa.Jestem zmeczony.Zostawmy to na jutro._Steven Mac Dantosch zaprotestowal.Nazajutrz,gdy 
Steven przebudzil sie,zauwazyl,ze Melissy nie bylo w domku.Wystraszony,wybiegl na zewnatrz.Wdrapal sie na 
piaszczysta wydme,ktora oddzielala pelny widok do morza.Chwile pozniej mogl juz ogarnac swoim wzrokiem cala 
plaze.Stanal jak wryty i nie wiedzial co z soba uczynic.Zabraklo mu tchu w jego gardle i mial wrazenie,ze jego cialo 
stwardnialo do tego stopnia,ze stal sie jak gdyby czlowiekiem z zelaza.Absolutnie nie wiedzial co mial z soba zrobic.
Jego szok przeszedl wszelkie jego wyobrazenia.Oto widzial cud nad cuda,dziewczyne,ktora juz raczej byla kobieta, 
tak piekna jak gdyby byla Afrodyta,zrodzona z piany morskiej _Boze,czyz to Melissa?_Nie wierzyl wlasnym 
oczom.Jej zlote wlosy lsnily w Sloncu a drobne cialo uwypuklalo wszystkie ksztalty kobiece.Uzmyslowil sobie,ze 
Melissa nie byla juz dzieckiem.Ona juz byla kobieta!_Ile ona ma teraz lat?_Zapytal sam siebie od niechcenia. 
_Siedemnascie?... Osiemnascie?...Czul,ze jakies dziwne,meskie pragnienie zakotwiczylo sie w nim a 
zaraz potem jak sztorm na morzu,rozszalalo sie w nim._Boze,ona jest  kobieta!_Wyszeptal.Jego krew pedzila na 
oslep w jego zylach i tetnicach.Wylewala sie z ich koryt.To musiala byc powodz tysiaclecia! Myslal,ze oszaleje 
_Boze,ja musze wrocic do swoich zmyslow,ona nie moze mnie zobaczyc w takim stanie _Ale nie potrafil odwrocic sie 
a tylko patrzyl w nia jak w siedem cudow swiata.Tak,ona miala juz siedemnascie lat.To wiedzial juz napewno.Tylko,
ze dotad o tym nie myslal.Jej splot blondowlosych wlosow oplatal jej labedzia szyje i opadal na jej swieze,mleczne 
piersi.Jej nogi byly dlugie._Boze...I Bog stworzyl kobiete _Wyszeptal.I tak istotnie bylo,bo po raz pierwszy to sobie 
uzmyslowil,gdy patrzyl na nagosc tej kobiety,ktora dotad mial za dziecko.Czul,ze rozpacz jednoczesnie go ogarnela. 
Przeciez byl dla niej jak ojciec! Nic zlego nie moglo jej sie stac! Wystraszyl sie nie na zarty,gdy pomyslal sobie,ze 
ona moze zobaczyc jak patrzy na nia.Tym razem naprawde chcial sie odwrocic ale zanim zdazyl tak zrobic,jej wzrok 
padl na niego.Nie probowala sie schowac w falach morza.Chwile stali nieruchomo i patrzeli na siebie.Ta chwila byla 
jak wieki,bolesna dla niego.Nie mogl uwierzyc,gdy zobaczyl,ze Melissa zaczela brodzic w wodzie odwaznie w tym 
kierunku,gdzie on stal.Zaraz miala wyjsc z piany morskiej i kroczyc ku niemu po suchym,zlotym piachu.Tak tez sie
stalo.Podeszla do niego i zaczela gladzic jego twarz swoja delikatna reka._Oh,Steven,jak bardzo 
cie kocham!_Wyznala mu._Wez mnie w swoje ramiona i kochaj mnie.Widzisz,ja juz jestem kobieta!...Kochaj 
mnie,Steven...On zas zrobil krok w tyl._Oh,Melissa,ja nie moge ci tego zrobic.Bylbym przeklety. _Wyszeptal 
gestym glosem,ktory zdradzal wszystkie przeciwstawne emocje,jakie mozna bylo sobie wyobrazic..
Jego umysl palil sie i jego cialo rowniez palilo sie jak rozszalaly zywiol.Byl swego rodzaju pochodnia._Steven,nie 
boj sie,kochaj mnie._Melissa Charleroi powtorzyla swoje zyczenie,tak delikatnie jakby bala sie,ze powietrze moglo
 ja uslyszec._Oh,Boze!...Melissa,ja nie moge,po prostu nie moge tego zrobic.Bylbym naprawde przeklety...Czy ty 
tego nie rozumiesz?!_Nowy gorac wstrzasnal nim,gdy palce Melissy dotknely jego spragnionych ust.Nie chcial jej 
skrzywdzic za zadne skarby swiata.Nadal tkwila w nim ta straszna wiedza,jak kolec rozy,co sie dzialo z nia zanim 
ja wyrwal z rak  niegodnych._Nie moge ci tego zrobic,Melissa.Przeciez jestes dzieckiem _Powiedzial to co tkwilo 
dotad w jego podswiadomosci._Ja dzieckiem?..Steven,co ty tez nie powiesz!...Patrz!...Ja jestem juz kobieta!...Nie 
widzisz tego czy co?!_Nic innego nie bylo tym razem w glosie Melissy Charleroi jak autentyczny gniew.Stala sie 
rzecz nieprzewidziana.Melissa Charleroi chwycila jego reke i przyciagnela ja w to jej miejsce,najswietsze i 
dziewicze,na dowod slow,ktore wlasnie co powiedziala.Steven Mac Dantosch myslal,ze splonie zywcem,pochloniety 
przez jezory jego pragnienia i pozadania.Ale jednoczesnie czul,ze nie mogl spelnic jej zyczenia.Oderwal swoja reke 
z jej objecia i odskoczyl od niej._Przebacz mi,Melissa,ale nie moge ci tego zrobic._Powtorzyl to co w kolko 
mowil.Melissa Charleroi zaczela plakac._Steven,nie mozesz mi tego zrobic...Wez mnie w swoje ramiona,prosze...
Wiem,ze kochasz mnie...Tylko nie chcesz  czy nie mozesz pogodzic sie z tym.Dlatego,ze czujesz sie winny za to co 
inni,potwory w ludzkiej postaci,zrobili mi w moim dziecinstwie...Steven,ja chce cie...Wierz mi!Tylko dzieki tobie 
moge sie uwolnic od swoich koszmarow...Uczepily sie mnie i nie chca ode mnie odejsc...Boze,Boze,przez tyle lat!...
Nie pozwol,Steven,zeby mnie te koszmary zabily! Czy nie rozumisz tego,Steven?...Nie potrafie uciec przed moimi 
koszmarami...Zagniezdzily sie gleboko w moim mozgu...Ci obrzydliwi faceci,ktorzy gwalcili mnie,gdy bylam 
dzieckiem,oni wciaz tkwia w moim mozgu!...Oh,Boze!...Zagniezdzili sie we mnie jak jakas szarancza!...Nie potrafie
 im uciec!...Tylko ty,Steven,jestes w stanie mi pomoc,bo kocham cie! Bo tylko twoja milosc moze zabic moje 
koszmary... Nie rozumiesz tego?...Nie widzisz tego?...Jezeli bedziesz mnie kochal bede miala pelny obraz i pelne 
wyobrazenie ciebie,Steven.I dzieki temu moj umysl zostanie uwolniony z koszmarow,ktore po prostu ujda w sina 
dal.Bede miala ciebie w swoich wyobrazeniach,ciebie i tylko ciebie,Steven...Czy nadal nie rozumiesz tego?... 
Oh,Boze,Boze..._Melissa Charleroi plakala na dobre.Steven Mac Dantosch podszedl do niej i wzial ja w 
swoje ramiona.Nadal nie wiedzial co robic.Rozumial ja teraz doskonale.To jego milosc do niej miala zabic jej 
koszmary z dziecinstwa.Byl tak bardzo trawiony przez slodki ogien...
Poczul,jak ucalowala go w jego piersi,potem drugi raz,trzeci raz...I za kazdym razem,kazdy jej pocalunek gasil 
kolejny plomyk.Byla szansa zgasic ten wielki ogien w nim.Pozar doprawdy!A potem ich usta spotkaly sie i 
stali sie gwiazdami na niebie chociaz juz dzien przeciez byl,ktore obsypaly sie nawzajem taka gama promieni o
raz  swiezosci,ze czuli sie tak jakby naprawde stali sie tymi cialami niebieskimi,ktore beztrosko tanczyly w 
kosmicznej przestrzeni,nie zwazajac na to czy dzien byl czy tez noc,czy czas posuwal sie do przodu czy tez do 
tylu.Steven Mac Dantosch poczul w pewnej chwili,jak reka Melissy Charleroi siegnela do tego dziala,ktore 
mial i pokierowala w najcudowniejsze miejsce we Wszechswiecie,ktore w niej tylko bylo.Czul sie tak jakby 
planeta Ziemia wszystkie bramy rozwarla na osciez i jakby Wszechswiat to samo uczynil.Zabraklo mu tchu ale
 ona go uratowala i ozywila swoim wlasnym tchem.I wtedy to uzmyslowil sobie jak bardzo ja kochal.Wszystkie
 jej dotychczasowe koszmary przewinely sie przed jego oczami.Wstrzasnelo nim z bolu._Boze!...Dlaczego oni 
ci to zrobili?...Nie moge tego scierpiec!..Nie moge,nie moge,nie moge!... _Chwycil sie rekami swojej glowy i 
zawyl w glos.Plakal.Melissa Charleroi wziela jego glowe w swoje rece i zaczela go glaskac po jego blondowlosej
 czuprynie._Steven,juz jest po koszmarach!...Uszly ode mnie w sina dal!...Wszystkie bez wyjatku! Czas teraz, 
Steven,ze i ty zapomnisz o nich. _Powiedziala matczynym tonem._Naprawde,Melissa?...Odeszly od ciebie?... 
_Zapytal ja._Tak,Steven.One juz nigdy nie powroca do mnie.Bo ciebie teraz mam w ich miejsce! _Melissa 
Charleroi zapewnila go._Bogu niech beda dzieki! _Steven Mac Dantosch naprawde Bogu dziekowal za to 
cudotworstwo,ktore tak bardzo odmienilo dziewczyne,ktora kochal.Zaczeli sie smiac,czujac sie szczesliwymi, 
spelnionymi i beztroskimi ponad wszelka miare.Ich usta spotkaly sie raz jeszcze i tym razem ich milosc byla 
naturalna,tak jakby znali sie intymnie od lat.Steven Mac Dantosch zauwazyl,ze jego wehikul caly czas byl 
w niej i nalezalo w koncu zrobic z niego uzytek tak jak mezczyzna powinien to zrobic.Stal sie szalonym jezdzcem 
na ognistym rumaku,zmierzajacym do celu niezaleznie od tego czy musial przebyc przez siedem gor i siedem 
rzek,przy piekacym Sloncu czy poprzez wiry tornada.A gdy w koncu dotarli do krainy szczescia i orgazmy 
spenetrowaly ich dusze i ciala mieli wrazenie,ze stworzyli nowy Wszechswiat,ich wlasny.Uswiadomili sobie,ze 
lezeli na suchym,zlotym piachu.Wstali i popedzili do morza.Plywali w pieniacych sie falach morskich i wygladali 
jak dwie zlote rybki.Gdy mieli juz dosyc,wyszli na brzeg,on ja przyciagnal do siebie i pocalowal w usta. 
_Melissa,kocham cie._Wyszeptal do niej._Steven,ja ciebie rowniez kocham._Ona mu odpowiedziala.Zaczeli 
biec w kierunku ich drewnianego,rybackiego domku,Adam i Ewa,najszczesliwsi pewnie pod Sloncem...Mieli 
jeszcze pelne dwa tygodnie przed soba...

*
Carlos przebywal w Pekinie juz od pewnego czasu.Wiedzial juz niemal wszystko co chcial wiedziec na temat tych 
ludzi za ktorymi przybyl az tu.Sledzil ich dzien i w nocy.Cos niecos informacji mial od samych turystow, gadatliwych
 jak zwykle.Gdyby chcial moglby juz przystapic do akcji.Zabrac sie najpierw za Tadka Vangarda i spalic go zywcem. 
Przedtem,oczywiscie,musial zdobyc ta nieszczesna strategie Beehive.Gdyby nie ta strategia,dawno juz by zabil tego 
czlowieka.Smierc nie robila juz na nim zadnego wrazenia.Byl przeciez legendarnym Carlosem,terrorysta, morderca i 
psychopata w jednej osobie.Wiedzial,ze Steven Mac Dantosch i Melissa Charleroi wyjechali w kierunku Szanghaju, 
najprawdopodobniej na pare tygodni.Doszedl do wniosku,ze woli rozprawic sie z nimi wszystkimi naraz. Znienacka. 
Zupelnie niespodziewanie.Bez jakkiegokolwiek alarmu,ktory moglby z miejsca zamienic Stevena Mac Dantoscha
 w nie gorsza bestie.Mial respekt do tego czlowieka,bo wiedzial,ze Steven Mac Dantosch jest  niezrownanym 
bojownikiem,moze najlepszym na swiecie jezeli chodzilo o rownoczesne wdrazanie najrozmaitszych stylow do walki.
Z takim nie dalo sie wygrac.A jednak on,Carlos,nadal uwazal sie za najlepszego.Sam cwiczyl zaawansowane style 
orientalnej walki w kazdym wolnym czasie i u mistrzow,ktorych nie brakowalo i tu,w Pekinie.On,Carlos,byl 
szatanista,tak jak Adolf Hitler duzo wczesniej i jak Stalin czy Mao Tse Tung,jak Osama Bin Laden,ktory dopiero mial 
pokazac swiatu swoje mozliwosci i jak nawet jeden z kardynalow w Watykanie,ktory, naturalnie,byl jednym z jego 
ludzi.On,Carlos,mial swoja siatke terrorystyczna,jak monumentalna   pajeczyne, rozrzucona po calym swiecie i we 
wszystkich najwazniejszych instytucjach,nawet tych rzadowych i militarnych. Gdyby chcial moglby uruchomic glowice 
nuklearne w kazdej chwili gdy sobie tego zyczyl.I pomyslec,ze nie potrafil rozprawic sie z dwoma facetami,takimi jak 
Tadek Vangard i Steven Mac Dantosch! W zaden sposob nie potrafil przejsc nad tym do porzadku dziennego ale 
wiedzial,ze wkrotce naprawde zemsci sie na nich do tego stopnia,ze znajda sie pomiedzy martwymi.I jezeli jest cos 
takiego jak dusza,beda blagac Boga,by nigdy wiecej nie pozwolil im wrocic na Ziemie i raz jeszcze przeobrazic sie na 
podobienstwo czlowieka.Zadecydowal,ze mial czas i uderzy na nich w stosownym czasie,gdy beda sie najmniej tego 
spodziewac.Wlasnie relaksowal sie,siedzac w restauracji,ktora znajdowala sie na ostatnim pietrze hotelu,zwanego 
Beijing International Hotel,skad byly doskonale widoki na stolice Chin.Siegnal po swoj telefon satelitarny I zadzwonil 
do swojego wielkiego przyjaciela,szefa KGB._Czesc Andreyev,co nowego u ciebie?_Zapytal._Oh,Carlos,niewesolo! Mam 
wrazenie,ze nasz system,komunizm, rozpada sie na naszych oczach.Mikhail Gorbatchov nie umie sobie poradzic,czy tez
 nie chce.Boje sie,ze on tak naprawde nie jest komunista i to wlasnie przez niego dzieje sie co sie dzieje.Chyba 
bedziemy musieli przeprowadzic zamach stanu.Skonsultowalem sie juz z paroma generalami._Tak byloby najlepiej, 
Andreyev_Carlos podzielal zdanie Andreyeva Golubina._Carlos,a ty? Znalazles ich? Masz ta strategie? Pamietaj,ze 
strategia Beehive jest dla nas najwazniejsza! Od niej zalezy przyszlosc Zwiazku Radzieckiego!_Tak,znalazlem 
ich.Bedziesz mial ta strategie wkrotce.Mozesz liczyc na mnie.Carlos zapewnil go._W takim razie,trzymaj sie i do 
zobaczenia._Czolem,Andreyev. Damy sobie rade na wszystkich frontach.Zobaczysz!_Carlos zakonczyl rozmowe i zaczal 
wpatrywac sie w panorame miasta.Wierzyl,ze dalo sie jeszcze uratowac system komunistyczny.Moze nawet 
skontaktuje sie z Osama Bin Ladenem i wspolnymi silami zmiazdza Zachod,tak jak to Nostradamus  
przepowiedzial.
Sporo turystow wchodzilo i wychodzilo z restauracji,glownie po to by podziwiac panorame stolicy.Robil sie juz 
wiczor,gwiazdy na niebie pojawialy sie jedna za druga,blyszczaly i lsnily jak diamenty i diamenciki.Jednym slowem 
bajeczna kraina diamentowa.Pekin nie byl Nowym Jorkiem ale mial swoje wlasne uroki.Od zakazanego miasta i swiatyn
buddyjskich po zwyczajnych mieszkancow,ktorzy byli przyjazni,rozesmiani od ucha do ucha,sympatyczni i towarzyscy. 
Widok grup Chinczykow posilajacych sie wspolnie przy okraglych stolach w restauracjach byl nieustannym zjawiskiem. 
Dzielili sie miedzy soba tym wszystkim co bylo na stole,i dwudziestu ludzi potrafilo korzystac z jednego i tego samego 
talerza wypelnionego po brzegi cudami kuchni chinskiej.Poslugiwali sie swoimi paleczkami w sposob mistrzowski. 
Zazdroscilo im sie czasem tych umiejetnosci._Przepraszam,czy moge sie dosiasc na chwile?_Jakis glos wyrwal Carlosa 
z zadumy.Obejrzal sie w ta strone,skad uslyszal pytanie i ku swojemu wielkiemu zdumieniu rozpoznal jednego ze 
wspolpracownikow Tadka Vangarda,niejakiego Niemca,mlodego,czarnowlosego i przystojnego,ktory jak Carlos juz 
wiedzial,nazywal sie Karl Schnultzer._Prosze bardzo!O co chodzi?_Carlos odpowiedzial po dzentemmensku.Doskonale 
wiedzial o co chodzilo.Ten facet,tak jak inni wspolpracownicy Tadka Vangarda,zaczepial zachodnich turystow i oferowal 
im sprzedaz biletow na pociag transyberyjski z Pekinu az po Berlin albo do Budapesztu,skad juz nie bylo daleko do 
Wiednia i dalej,do Europy Zachodniej.To byla rutyna ich pracy._Nazywam sie Karl Schnultzer i zajmuje sie sprzedaza 
biletow na pociag transyberyjski.Byc moze jest pan zainteresowany _Mlody Niemiec zaproponowal i nie zdazyl 
dokonczyc,bo Carlos od razu zareagowal odpowiednio._Naturalnie,ze tak.Nie wiem jedynie co wybrac,samolot czy pociag 
transyberyjski _Ja bym panu radzil jednak pociag transyberyjski.Legenda tego pociagu nie ma sobie rownych.Mozna 
poznac i zaprzyjaznic sie z wieloma turystami z Zachodu,ktorzy uwielbiaja podroz tym pociagiem.A poza tym mozna 
obserwowac z okien pociagu wspaniale krajobrazy syberyjskie,od bajecznego wrecz i najglebszego jeziora swiata,tak 
zwanego Bajkalu,po oryginalne miasta syberyjskie,zbudowane w pocie trudu i w warunkach nie do pozazdroszczenia,gdy 
temperatury dochodza do minus piecdziesieciu stopni Celsjusza co jest zjawiskiem normalnym na Syberii.Mozna jedynie
 podziwic tych zwyklych Rosjan,ktorzy odwazyli sie zyc w tak ciezkich,nieprzejednanych warunkach.Co do rezerwacji,nie
 ma obawy.Mam rezerwacje na kazdy dowolny termin._Niemiec czul,ze mial szanse sprzedazy biletu._To doskonale! Tak 
naprawde to chcialbym wybrac sie do Berlina juz w przyszlym tygodniu.A stamtad do Londynu._Carlos udawal 
dzentelmena._Nie ma obawy.Ktorym pociagiem wolalb pan podrozowac,chinskim czy rosyjskim?_ Karl Schnultzer 
zapytal._A jaka jest roznica?_Carlos udawal,ze nie wie._Pociag chinski jest administrowany przez Chinczykow i jego 
trasa poczatkowo przebiega przez Mongolie.Natomiast drugi pociag administrowany jest przez Rosjan I jedzie przez 
Mandzurie.Potem juz,mniej wiecej od Bajkalu,oba pociagi maja ta sama trase._Karl Schnultzer wytlumaczyl._A ktory 
pociag mi pan doradza?_Mysle,ze chinski pociag jest ciekawszy,oryginalniejszy,bardziej urozmaicony Mozna zobaczyc 
stepy mongolskie i zahaczyc sie o Ulan Bator,stolice Mongolii._W takim razie wolalbym jechac tym chinskim 
pociagiem._Swietnie,juz mam bilety dla pana!_Wolalbym,zebysmy dokonczyli transakcji w moim apartamencie 
hotelowym._Carlos zaproponowal._Nie ma sprawy._Padla odpowiedz ze strony Karla Schnultzera.Obaj udali sie do 
apartamentu wynajmowanego przez Carlosa.
Raz gdy znalezli sie w apartamencie hotelowym,nad wyraz luksusowym,Carlos podszedl do bufetu,w ktorym 
znajdowaly sie drinki alkoholowe._Co sobie zyczysz?..Cognaca?..Johny Walkera?..Scotch?..Belveder vodka?.. 
_Zapytal wprost._Odrobina szkodzkiej nie zaszkodzi._Karl Schnultzer odparl i usmiechnal sie do niego przy tym po 
przyjacielsku.Mezczyzni potrafili byc bezposredni w swoim zachowaniu,gdy tego chcieli.Usiedli przy bialym stole na 
rownie bialych,awangardowych fotelach i w bezposrednim sasiedztwie okna,skad widac bylo Centralny Dworzec 
Pekinu oraz nieustanna cizbe ludzka,ktora z tej perspektywy wygladala jak mrowisko ludzkie._Nie przeszkadza ci 
to,jezeli mi wytlumaczysz cos niecos wiecej na temat pociagu transyberyjskiego?_Carlos zapytal._Alez naturalnie! 
_Karl Schnultzer odparl i zaczal monologowac na temat wszystkiego co wiedzial o trasie pociagu transyberyjskiego, 
warunkach podrozy,rublach a takze ciekawostkach zwiazanych z podroza przez Syberie.Carlos sluchal cierpliwie. 
_Masz partnerow w tym biznesie?_Zapytal w pewnej chwili nieoczekiwanie.Karl Schnultzer nie widzial nic 
podejrzanego w tym pytaniu i odpowiedzial zgodnie z prawda.Nadal czul sie beztrosko.Zdazyli juz oproznic swoje 
kielichy i Carlos wypelnil je na nowo szkodzka._Ten twoj szef,Tadek Vangard,kim on jest? Dlaczego akurat 
wybral Chiny?_Carlos ponownie zadal dziwne pytanie.To troche zastanowilo Karla Schnultzera,spojrzal uwaznie w 
oczy nieznajomego i mial wrazenie,ze byly jakies takie dziwne,metaliczne w swoim nasileniu,nieodgadnione.Po raz 
pierwszy poczul sie nieswojo.Zaden inny turysta nie zadawal mu takich pytan._Moze slyszales o strategii Beehive? 
Wiesz,gdzie on ja ma?_Padlo pytanie,na ktore Karl Schnultzer nie umial odpowiedziec._Przepraszam,ale nie 
wiem,co masz na mysli.Mysle,ze ja sobie juz pojde.Bilety mozesz sobie zabrac._Karl Schnultzer czul to juz calym 
soba,ze znalazl sie w tarapatach i wstal na obie nogi.Ale obcy pochwycil go twardo za marynarke i wstrzasnal nim 
kilkakrotnie z taka latwoscia,jakby nie byl doroslym czlowiekiem a papierowa kukla.Twarz obcego zmienila sie nie 
do poznania.Emanowala z niej wrogosc,oschlosc,szyderstwo,sadystyczna ekspresja a nade wszystko przeszywajace 
spojrzenie,pozbawione wszlkich ludzkich ekspresji._Jestes jego przyjacielem! Musisz wiedziec,gdzie jest strategia 
Beehive! Powiedz mi gdzie jest ta strategia,jezeli ci zycie jest drogie!_Carlos wrzasnal.Karl Schnultzer struchlal ze 
strachu i przerazenia._Nic mi nie jest wiadomo na temat tej twojej strategii.Prosze mnie puscic! Bilet mozesz sobie 
za..._Nie zdazyl dokonczyc.Jego usta byly szeroko rozwarte a oczy napelnione horrorem.Dlon nieznajomego 
uzbrojona w jakies ostre koncowki uderzyla z calym impetem w jego piersi, przeszyla je z latwoscia i dotarla do 
serca,ktore po prostu eksplodowalo pod naporem uderzenia.Krew chlusnela z piersi i przez usta Karla 
Schnultzera,ktory runal jak dlugi na podloge bez znaku zycia.Carlos tymczasem poszedl do lazienki,umyl sobie rece
a nastepnie zblizyl sie do bufetu i nalal sobie drinka Remy Martin.Zalaczyl radio na glos,usiadl w fotelu przy oknie 
i delektowal sie chinska piosenka.Czul,ze zaspokoil swoja nienawisc ale tylko odrobine.Najwazniejsze przed nim 
dopiero bylo:zdobyc strategie Beehive i zabic Tadka Vangarda oraz Stevena Mac Dantoscha.Nie bylo innej 
alternatywy.Nazajutrz,Chinczycy,ktorzy cwiczyli kaichi znalezli cialo Karla Schnultzera w parku Tiantan.
Wiadomosc o strasznej smierci Karla Schnultzera wstrzasnela Tadkiem Vangardem do glebi.Nie mogl zrozumiec,ze 
cos takiego moglo sie stac jego najlepszemu przyjacielowi._To musi byc jakis blad. Niemozliwe,zeby Karl nie zyl. 
_Powtarzal bez konca.Ale rzeczywistosc byla okrutna.Wszyscy ci,ktorzy wzesniej byli widziani w towarzystwie Karla 
Schnultzera byli wzywani przez chinska policje na przesluchanie.Tadek Vangard rowniez.Fakt,ze znalazl sie na liscie 
podejrzanych byl swego  rodzaju nozem w sercu.Wrocil do hotelu i cierpial.Jak oni mogli go wogole podejrzeawac o 
morderstwo.Jego,najlepszego przyjaciela Karla! Ale rozumial ich,to byla ich rutyna,ich praca.Probowali przeciez 
odgadnac kto zabil Karla Schnultzera.Niestety,sladow nie bylo zadnych.Nawet odciskow palcow.Minal tydzien i Tadek 
Vangard nadal czul sie tak jakby wisial nad przepascia,wyczerpany do tego stopnia,ze lada chwila mial spasc w ta 
przepasc i byc pozartym przez bestie Hadesa,krola podziemi.Steven Mac Dantosch i Melissa Charleroi pojawili sie w 
hotelu,jakos tacy niezwyczajnie szczesliwi i,ku zdziwieniu Tadka Vangarda,obdarzajacy sie nawzajem pocalunkami 
charakterystycznymi tylko dla zakochanych._Oni sie kochaja?...Jak to mozliwe?... _Mysli lotem blyskawicy swisnely 
w jego umysle.Mial Melisse dotad za dziecko i oto nagle uswiadomil sobie,ze ona byla juz siedemnastoletnia 
nastolatka.Boze,jak ten czas lecial! Ale zaraz potem ponownie wracal w swoich myslach do tego co go drazylo od 
tygodnia.Ta straszna smierc! Rozpacz czarna jak nedza,jak raczej sama wiedzma,ta co oblicze smierci miala,nie mogla
odleciec od niego precz w sina dal._Tadek,cos taki smutny? Nie podoba ci sie,ze sie calujemy i kochamy?_ Steven 
Mac Dantosch zapytal,zdziwiony grobowa mina jego przyjaciela._Oh,Steven,on jeszcze nie wie! Tadek,my sie  
kochamy.Widzisz,ja juz nie jestem dzieckiem. _Melissa Charleroi pospieszyla z wyjasnieniem.Tadek Vangard spojrzal
na nich uwaznie.Jego oczy byly zaszklone i jakies takie dalekie,jakby pedzil gdzies na oslep w swoich myslach i 
probowal kogos jeszcze uratowac.Jego przyjaciele z miejsca wyczuli,ze cos jest nie tak.Cos jeszcze co nie bylo z nimi 
zwiazane._Tadek,na milosc Boska,co sie stalo? Po twojej minie widze,ze cos jest definitywnie nie tak. _Teraz i Steven 
Mac Dantosch mial wyraznie zatroskana mine._Nie wiem jak  mam to wam  powiedziec. _Tadek Vangard zaczal._To 
po prostu powiedz. _Melissa Charleroi wykazala sie bystrym umyslem._Karl... _Tadek Vangard jakos nie potrafil 
przelknac tego co chcial powiedziec_Karl zostal... zamordowany.
Szok odzwierciedlil sie na twarzach jego przyjaciol.Melissa Charleroi zaczela plakac.
_Karl zamordowany?... Kto go 
zabil?..._Steven Mac Dantosch zapytal.Wszelka krew odplynela z jego twarzy.
_Nie wiem. Nikt nie wie. Znaleziono jego cialo w parku Tiantan..._Tadek Vangard odparl ze smutkiem.
W zaden sposob nie mogli zrozumiec kto zamordowal Karla Schnultzera.Melissa Charleroi jakos nie mogla dojsc do 
siebie i Steven Mac Dantosch obawial sie,ze jej nocne koszmary,ktore udalo jej sie pokonac dzieki milosci jaka czula 
do niego moga na nowo pojawic sie w jej umysle,i zakotwiczyc sie w niej z cala sila.Dlatego zaproponowal jej,zeby 
wyjechali na jakis czas poza Pekin.Tak tez zrobili i udali sie do Wewnetrznej Mongolii,chinskiej prowincji graniczacej 
sasiedni kraj,Mongolie.Tadek Vangard zostal sam na sam ze swoimi wlasnymi koszmarami.Na ogol przesiadywal w 
hotelowym apartamencie,zamkniety na klucz a interesy w sprzedazy biletow zostawil braciom z Belgii,Andre i 
Thomas'owi van Hove oraz polskim studentom,ktorzy pracowali dla niego.O ile Belgowie koncentrowali sie na 
turystach z calego swiata o tyle polscy studenci sprzedawali bilety turystom a raczej handlarzom z Polski,ktorych 
pojawilo sie w Chinach tak duzo,ze stanowili piecdziesiecio procentowa grupe w calosci zakupionych biletow na pociag 
transyberyjski.Jeszcze przed smiercia Karla Schnultzera pomagal Polakom w zalatwianiu wszelkich dokumentow w 
chinskim ministerstwie,w ktorym wkrotce znal prawie cala biurokracje niemal tak dobrze jak sami Chinczycy,ktorzy
 tam pracowali a ktorzy traktowali go jak swojego.Ale teraz wylaczyl sie z tego wszystkiego.Najpierw musial dojsc do 
siebie.Nadal marzyl o Ameryce.Tam byla autentyczna wolnosc,najcudowniejszy eliksir swiata! Nie mogl zrozumiec 
dlaczego na swiecie byli ludzie,ktorzy uciekali sie do terroru przeciwko Ameryce i krajom liberalnego Zachodu.Ci 
terrorysci wywodzili sie glownie z krajow arabskich.Dlaczego nie przyjrzeli sie samym sobie? Ten swiat arabski w 
ktorym zyli byl jednym wielkim babilonskim nieporzadkiem! Mial wrazenie,ze wiedzial dlaczego.Zrodlo zla upatrywal 
w religii,przynajmniej tak dlugo jak religia byla systemem,ktory wytwarzal atmosfere fanatyzmu i nietolerancji.Jego 
zdaniem religia powinna byc odseperowana od panstwa i to w kazdym kraju na swiecie.Kazdy indywidualny czlowiek 
powinien miec prawo do wybrania sobie takiej religii jaka sobie zyczyl,obojetnie czy chcial byc katolikiem, 
protestantem, buddysta czy wyznawca hinduizmu,bez obawy narazenia sie na zle traktowanie ze strony innych 
wyznawcow.Bog przeciez byl jeden i tylko jeden,niezaleznie od tego ktora religie sie wyznawalo.Chodzilo o to,zeby 
religia stala sie prywatna sprawa a nie domena systemu.O to by uciac jezyki twardoglowym, dogmatykom, 
bezwzglednym teologom,nietolerancyjnym fanatykom....O to by nikt w imie Boga nie ponizal blizniego i nie mnozyl 
pastwisko ofiar,co,niestety,dzialo sie i w jego rodzinnym kraju,w ktorym najpierw " czerwoni"  a potem  "czarni"  
skutecznie przeobrazali ten wielki kraj tolerancji za czasow dynastii Jagiellonow w kraj nietolerancji.Ilez to razy
 ludzie slyszeli ksiezy na ambonach bezwzglednie ponizajacych swoje ofiary! Ci ksieza byli zrodlem zla niezaleznie od 
swojej rangi a nie ich ofiary! Tadek Vangard nie wiedzial czy bylo to smiechu warte czy tez placzu warte.Jedno 
wiedzial: swiat musial sie zmienic! Blizni nigdy wiecej nie mogl katowac ani ponizac blizniego w imie Boga,bo gdyby to
 robili byliby bluzniercami plujacymi w samo oblicze Boga...
Mial w rekach przewodnik,ktory niegdys otrzymal w podarunku od Pulkownika Andrzeja Tomczata.Przewodnik 
napisany przez niejakiego Anglika,Harolda Johnsona.Bylo w nim sporo humoru i dlatego lubial przegladac kartki w 
nim raz po raz.Znal prawie,ze na pamiec ten przewodnik i byl wprost zadziwiony,ze go nie stracil przez tyle lat 
tulaczki.Roznie bywalo ale na ogol mial szczescie.Raz mial  go zaszytego w swoich dzinsowych 
spodniach,innym razem byl w posiadaniu jego przyjaciela.Totez traktowal go jak swoj talizman.Byla tu 
nawet jakas wzmianka o generale Sikorskim i tajemniczym wypadku nad Gibraltarem.Jego zdaniem general 
Sikorski mogl zostac wyeliminowany przez samych aliantow.Polska byla zajeta przez sowieckie wojska i de facto 
sytuacja byla taka,ze wojna musialaby byc kontynuowana,tym razem przeciwko Stalinowi,gdyby zdecydowano sie 
walczyc o niepodleglosc Polski.Alianci zadecydowali  "sprzedac"  Polske i pozostale kraje slowianskie Sowietom 
w zamian za nowy porzadek swiata,przynajmniej tymczasowy.General Sikorski stal na przeszkodzie w takich 
zamierzeniach,bo nigdy nie zgodzilby sie na de facto nowy,kolejny juz rozbior Polski.Gdy zginal,fakty potoczyly sie 
w zastraszajacym tempie,podpisany zostal nieslawny pokoj w Jalcie na mocy ktorego kraje slowianskie staly sie 
czescia imperium sowieckiego a swiat germanski mogl odetchnac na jakis czas,wzmocnic sie i probowac zmierzyc sie 
z  Sowietami w pozniejszym czasie.Polska znalazla sie wtedy po zlej stronie Zelaznej Kurtyny,zdradzona przez 
aliantow.Tadek Vangard,zniecierpliwiony,zaczal przerzucac kartki przewodnika z jednej strony na druga az dotarl 
do ostatniej strony.Potem,dla zartow,probowal czytac przewodnik w strone przeciwna do normalnej,od konca,tak 
jakby koniec byl poczatkiem.I tu ogarniety zostal nieslychanym szokiem: byl w stanie czytac w kierunku 
odwrotnym niz normalnym,tak jak to czynia Arabowie.Pierwsze slowa brzmialy:"Nowa Zelandia..."Jego szok nie 
mial granic bo uzmyslowil sobie oto,ze moze rzeczywiscie byl w posiadaniu tej tak zwanej strategii Beehive z powodu 
ktorej on i jego przyjaciele mieli tak duzo perypetii.Czytal dalej w kierunku odwrotnym do normalnego:"Nowa 
Zelandia jest aktualnie tym krajem zachodnim,ktora moze wzmocnic nasz system komunistyczny do tego stopnia,ze 
zwyciezymy nad kapitalistami.Nasza strategia musi byc ukoronowana sukcesem.Reakcja lancuchowa potoczy sie z 
biura Andreyeva Golubina,dyrektora KGB,ktory rozpocznie Akcje Millenium.Dojdzie do zamachu stanu w Nowej 
Zelandii,parlament i budynek rzadowy w tym kraju zostana zajete przez naszych ludzi.Flota Armii Radzieckiej 
doplynie do wybrzezy Nowej Zelandi w tym samym czasie.Tak sie zacznie najwieksza operacja w dziejach 
ludzkosci,ktora zdecydowalismy nazwac Strategia Beehive,od nazwy budynku rzadowego w Wellingtonie,stolicy 
Nowej Zelandii..." Przewodnik wypadl Tadkowi Vangardowi z jego rak,tak jakby go sparzyl a on sam zerwal sie na 
rowne nogi,prawie nieprzytomny z szoku jaki zaznal.
 _Boze Wszechmogacy,ja naprawde jestem w posiadaniu Strategii Beehive!_Wyszeptal ze struchlalym glosem...
Sprzeczne mysli zawladnely jego mozgiem i wciaz bylo ich wiecej i wiecej,naplywaly jak wielkie fale powodziowe na 
oceanie,wzburzonym i siegajacym nieba podczas sztormu i huraganu.Czul sie jak jakis rozbitek na malenkiej tratwie
 z drewna,ktorego jezor tej rowscieczonej bestii jaka ocean byl w taka niepogode,mogl porwac jak nic niewarte 
ziarnko w sidla okrutnej smierci,ktora nie miala litosci,w te jej glebie obcych swiatow,w ktorych nie bylo miejsca dla 
niego.Wielorybem przeciez ani rekinem nie byl.Oh,coz to za huragan rozpetal sie w jego umysle i rozkolysal wielki 
ocean od jednego kranca swiata az po drugi,ze az dotykal horyzontu nieba a Bog Ojciec Wszechmogacy patrzal z 
zadziwieniem,bo czegos takiego nie widzial od czasow,gdy ocean siegnal najwyzszych gor swiata  a rod ludzki ocalal 
jedynie dzieki arce Noego,za Jego sprawa,oczywiscie,za Boza sprawa.Tadek Vangard uswiadomil sobie,ze ci wszyscy, 
ktorzy scigali sie za nim,Stevenem Mac Dantoschem i Melissa Charleroi,ktorzy chcieli,zeby im dac czy oddac niejaka
strategie Beehive o ktorej dotad nie mial zielonego pojecia,mieli racje._Boze,ja naprawde mialem strategie Beehive!.
..I to wszystko z powodu pulkownika Andrzeja Tomczata!...Dlaczego on mi to zrobil?...Dlaczego podstawil mi cos 
takiego,cos co zamienilo moje zycie i rowniez zycie moich przyjaciol w jeden wielki dynamit gotowy wybuchnac w 
kazdej chwili!...Boze,i dzialo sie tak przez lata!...Dlaczego pulkownik Andrzej Tomczat nie dostarczyl tej strategii 
agentom CIA?...Dlaczego  wykorzystal mnie?...Pytan bylo tysiace,odpowiedzi zadnej.Pulkownik Andrzej Tomczat juz 
nie zyl,niestety.Wyczerpany,Tadek Vangard usiadl na skorzanym fotelu i z wolna wracal do siebie.Ponownie zabral 
sie za lecture  "przewodnika",ktory,to nie ulegalo watpliwosci,byl autorstwa pulkownika Andrzeja Tomczata a nie 
Harolda Johnsona.Tresc czytana po arabsku,byla wazniejsza niz ta czytana  w normalnym kierunku z punktu 
widzenia Europejczyka.Wazniejsza,bo tu ukryta byla zawartosc strategii Beehive,ktora,jezeliby doszla do skutku, 
wstrzasnelaby swiatem bardziej niz cokolwiek to co kiedykolwiek Osama bin Laden planowal.Pulkownik Andrzej 
Tomczat,w pierwszym porzadku wymienil wszystkich tych,ktorzy przyczynili sie do powstania strategii Beehive:szefa 
KGB,Andreyeva Golubina i jego bliskich wspolpracownikow,Seweryna Tetmarczyka,szefa SB w Warszawie,Jacka 
Fostera,jednego z szefow CIA,odpowiedzialnego za Nowy Jork,Patricka Waltersha,szefa MI6 w Londynie,
 Ruuda Hendrixa Temmermana,belgijskiego oficjala w NATO i...Carlosa._Opracowalismy strategie w Krakowie, 
gdzie spotykalismy sie regularnie.Nazwalismy ja strategia Beehive,od nazwy budynku rzadowego w Wellingtonie, 
stolicy Nowej Zelandii,w ktorej wytyczone zostaly wszystkie mozliwe wskazowki w celu przeprowadzenia zamachu 
stanu w Nowej Zelandii,ustanowienia systemu komunistycznego w tym kraju i efektywnego wlaczenia do obozu 
komunistycznego.Dzieki temu,zdaniem Andreyeva Golubina,system komunistyczny stanie sie atrakcyjny w Azji, 
Afryce,Poludniowej i Srodkowej Ameryce...To wszystko spowoduje reakcje lancuchowa,ktora doprowadzi do nowego 
porzadku swiata,znanego jako Pax Sovietus... _Boze Wszechmogacy,chyba oszaleje!  I ja cos takiego,taki niewypal, 
nosilem przy sobie przez tyle lat! _Tadek Vangard wyszeptal z niewymowna trwoga w glosie.
Myslal,ze naprawde oszaleje z tej "arabizny",to jest czytania w odwrotnym kierunku niz to jego Europejski rozum mu 
dyktowal.Przez nastepne piecdziesiat stron,z tylu do przodu oczywiscie,opisane byly szczegoly egzekucji strategii,role 
dla poszczegolnych agentow,zarowno dla tych,ktorzy powolali strategie do zycia jak rowniez dla tych,ktorzy aktualnie 
byli juz czlonkami nowo zelandzkiego parlamentu i zgodzili sie na wspolprace w zamian za obiecane pozycje w przyszlym
socjalistycznym rzadzie.Radzieckie lodzie podwodne i statki wojenne floty radzieckiej wyposazone w bron nuklearna, 
mialy znalesc sie u wybrzezy Nowej Zelandii w tym samym dniu w ktorym mial byc dokonany pucz.Opisane byly metody
 w jaki sposob mozliwie jak najwieksza liczba armii radzieckiej mialaby znalesc sie na terytorium Nowej 
Zelandii w tym dniu.Byl tu tez szczegolowy opis infrastruktury wojskowej w Polsce i innych krajach satelickich Zwiazku
 Radzieckiego.To juz raczej byl dodatek od pulkownika Andrzeja Tomczata,ktory byl w tych sprawach swietnie 
obznajomiony.W koncu,na ostatnich stronach,ktore Tadek Vangard paradoksalnie zawsze mial za pierwsze 
strony,wymienieni zostali po nazwiskach tak zwani podwojni szpiedzy z Zachodu,ktorzy w rzeczywistosci pracowali dla 
Sowietow a przez ktorych nie jeden agent CIA zginal.Gdy lektura byla skonczona,Tadek Vangard czul sie doszczetnie 
zdruzgotany.Nie byl zdziwiony,w tym swietle,ze Carlos tak szalal za nimi.Chodzilo mu o ta przekleta strategie! Na 
nowo rozgorzal w nim gniew przeciwko pulkownikowi Andrzejowi Tomczatowi._Dlaczego on mi to zrobil?!...Dlaczego 
podstawil mi ta strategie a nie komus innemu?!... _Odpowiedzi,niestety,nie bylo.Jedna mozliwosc byla taka,ze 
widocznie nie bylo innej szansy i pulkownik powiadomilby go pozniej o tym co nosi przy sobie oraz poprosilby go,zeby 
przekazal strategie Amerykanom.Nie przewidzial jednak swojej niespodziewanej smierci.A potem juz byl wielki labirynt
,w ktorym wiedzma smierc odgrywala pierwszoplanowa role!
Steven Mac Dantosch i Melissa Charleroi przyjechali kilka dni pozniej.Tadek Vangard od razu przystapil do rzeczy.
_Nie uwierzycie mi ale ja naprawde jestem w posiadaniu...strategii Beehive!!_Oswiadczyl.Reakcja na to byl ich 
smiech._Witasz nas,Tadek,zartami,jak widze._Steven Mac Dantosch zauwazyl._Gdzie masz ta strategie?_Melissa 
Charleroi zapytala, chichoczac,oczywiscie._Tu!_Tadek Vangard pokazal na "przewodnik",ktory wlasnie wzial do 
reki._Przeciez to przewodnik! Vademacum turysty!_Steven Mac Dantosch odparl ironicznie._Wiec poczytaj sobie a 
przekonasz sie._Tadek Vangard odparowal._Juz nieraz czytalem!_Steven Mac Dantosch nadal byl przekonany,ze jego 
przyjaciel zartuje sobie z nich. _Nie,Steven,tym razem musisz sobie to poczytac inaczej._Tadek Vangard mial 
usmieszek na twarzy._Inaczej?...Melissa,on sobie naprawde robi zarty z nas._Steven Mac Dantosch rozesmial sie.
_No dobrze,Steven,najpierw sprobuj czytac choc troche,ale w kierunku odwrotnym niz zwykle,od konca do poczatku,
tak jak to Arabowie czytaja,w porzadku?_Tadek Vangard mial teraz powazna mine.
_No dobrze,dawaj mi ta twoja..."strategie" ._Steven Mac Dantosch mrugnal do Melissy Charleroi.Tadek Vangard 
wreczyl mu "przewodnik",ktory Steven Mac Dantosch otworzyl na ostatniej stronie i zaczal czytac.Zaraz potem zrobil 
sie blady na twarzy._Do jasnej cholery! To rzeczywiscie jest strategia Beehive!_Powiedzial na glos po chwili 
podekscytowanym glosem.
_To naprawde jest strategia Beehive! Nie moge w to uwierzyc ale... musze.Bo mam ja w swoich rekach!_Steven Mac 
Dantosch nie umial sie jakos otrzasnac ze swojego oslupienia._I pomyslec,Steven,ze mielismy ja przez tyle lat przy 
sobie!_Tadek Vangard byl zaklopotany.Szok juz mial za soba._Panowie,zastanowcie sie lepiej co z tym 
zrobic!_Melissa Charleroi raz jeszcze wykazala sie szybka reflekcja myslowa._Jak to mozliwe,Tadek,ta strategia 
znalazla sie w twoich rekach?_Steven Mac Dantosch zapytal swojego przyjaciela,nie reagujac przy tym na uwage 
swojej dziewczyny._Mysle,ze to proste,oczywiscie teraz,gdy ja odkrylismy._Tadek Vangard zaczal._Pulkownik 
Andrzej Tomczat opracowal dwie identyczne wersje strategii,jedna wreczyl agentowi CIA,niejakiemu Jame'sowi 
Towers,po to by ten wreczyl ja swoim szefom w CIA a druga,ot tak na wszelki wypadek,mnie.No i stalo sie.James 
Towers okazal sie zdrajca,obaj zgineli w pojedynku ze soba a jedyna wersja,ktora nie pozostawala w rekach 
Sowietow byla w naszym posiadaniu.Nic dziwnego wiec,ze znlezlismy sie w ogniu ze strony wszystkich 
zainteresowanych.I to tak bardzo w ogniu! 
Steven Mac Dantosch byl dumny ze swojego przyjaciela._Tadek,skad ty to wszystko wiesz?_Zapytal.
_Skad ja to wiem?_Zagadkowy usmiech pojawil sie na twarzy Tadka Vangarda._To proste... Zwykla dedukcja po 
prostu..._Odpowiedzial.
Poniewaz byl juz wieczor,zrobili sobie kolacje a potem,juz przy kawie,kontynuowali dyskusje._Obawiam sie,ze 
ponownie znajdujemy sie w niebezpieczenstwie.Niewiadomo jak wielkie chmury zbieraja sie nad naszymi glowami i 
od jakiego juz czasu.W kazdej chwili moze nam sie tak bardzo dostac,ze sie nie pozbieramy._Steven Mac Dantosch 
wyrazil swoja opinie._Jak myslisz,Steven,Carlos przezyl ta eksplozje na gorze Abu w Indii?_Tadek Vangard mial 
niewyrazna mine.Najwidoczniej uswiadomil sobie,ze moga  znajdowac sie w opalach.Steven Mac Dantosch skrzywil 
sie._Oh,Tadek,gdybym ja to wiedzial! Nie mam najmniejszego pojecia! Jedno jest pewne,jezeli przezyl,nie spocznie 
az nas znajdzie.Poza tym agenci KGB i CIA napewno nie proznuja.Bylbym zdziwiony,gdyby jeszcze nie 
wiedzieli,gdzie sie podziewamy._Steven Mac Dantosch mial juz kwasna mine.
_W takim razie nie pozostalo nam nic innego jak udac sie do Ambasady Amerykanskiej tu w Pekinie i dac im 
znac,ze jestesmy w posiadaniu strategii Beehive._Tadek Vangard zaproponowal._Tez tak mysle._Jego przyjaciel 
odpowiedzial prosto z mostu._Ale nie damy im tej strategii od razu.Uzyjemy jej jako...karty przetargowej._Tadek 
Vangard kontynuowal.Steven Mac Dantosch usmiechnal sie do niego._Sprytny jestes,Tadek.Beda musieli nam 
zagwarantowac nasza nietykalnosc.Dotyczy to zwlaszcza mnie bo jestem na czarnej liscie w Interpolu._Steven Mac 
Dantosch  wykonkludowal._I dadza sie zlapac na przynete,bo dzieki niej moga zdyskredytowac Sowietow na calym 
swiecie a  w dalszej konsekwencji zimna wojna moze byc,de facto,zwyciezona przez nich i,naturalnie,rowniez przez 
caly wolny swiat._Melissa Charleroi postawila kropke nad ich decyzja.
Nazajutrz,zaraz z rana udali sie do hotelu Beijing International a gdy sie w nim juz znalezli,podeszli do rzedu telefonow, 
ktore znajdowaly sie obok recepcji.Steven Mac Dantosch nakrecil numer telefonu do AmerykanskiejAmbasady. 
_Ambasada Stanow Zjednoczonych.Slucham._Uslyszal kobiecy glos._Prosze poinformowac Ambasadora,ze mam strategie
 Beehive,ktora chcialbym przekazac na jego rece._Steven Mac Dantosch oswiadczyl._Czy moze to poczekac?_Glos 
sekretarki byl wyraznie znudzony._Nie! Sprawa pilna.To co mam jest bardzo wazne!
_Co to takiego? Mowi pan:"Strategia Beehive",czy tak?
_Tak jest!
_Dobrze,prosze poczekac chwileczke.
Nie musieli dlugo czekac.Steven Mac Dantosch uslyszal chrzakniecie a potem juz silny,stlumiony glos meski. 
_Hallo,ambasador Stanow Zjednoczonych,Daniel Parkinson,przy telefonie.Slucham._Uslyszal glos Amerykana.
_Dzien dobry,panie Ambasadorze_Steven Mac Dantosch zaczal._Nazywam sie Mathew Burrows i ukrywam sie zarowno 
przed Interpolem jak i CIA  za przestepstwo,ktorego absolutnie sie nie dopuscilem.Ukrywam sie,oczywiscie,pod 
przybranym nazwiskiem.Jestem w posiadaniu,razem z moimi przyjacielami,niejakiej strategii...Beehive.Jestem 
przekonany,ze slyszal pan o niej._Alez naturalnie! Gdzie jestescie? Wysle moich agentow do was i przywioza was tu do 
mnie._Glos ambasadora byl dziwnie stlumiony._Zanim powiem,gdzie jestesmy,chce miec pana slowo,ze nie beda 
stosowane wobec nas zadne sztuczki.Strategia jest narazie ukryta i nie znajdziecie jej bez naszej pomocy.Rozumiemy 
sie? _Daje slowo! Nie obawiajcie sie.Nic wam nie grozi z naszej strony.
_Dobrze,czekamy przed hotelem Bejing International.
_Zaraz tam beda moi ludzie._Steven Mac Dantosch uslyszal jeszcze zanim odlozyl sluchawke.Skierowali sie ku 
wyjsciu.Gdy przechodzili obok recepcji Steven Mac Dantosch rzucil swoim wzrokiem od niechcenia w jej 
kierunku.Momentalnie zbladl na twarzy.Pociagnal Tadka Vangarda i Melisse Charleroi za ich rekawy,i przyspieszyl 
kroku.Udali sie poslusznie za nim,czujac,ze cos jest nie tak._Nie patrzcie w kierunku recepcji._Uslyszeli jego 
ostrzezenie.Po chwili byli juz na zewnatrz._Co sie stalo,Steven?_Melissa Charleroi zapytala z zaniepokojeniem w glosie.
_Carlos jest w Pekinie.Zobaczylem go przy recepcji.Nie ogladajcie sie za siebie.
_Naprawde?...Zobaczyl nas?_Tadek Vangard byl wstrzasniety.
_Nie,chyba nie.Byl zajety rozmowa z recepcjonistka i odwrocony tylem do nas._Steven Mac Dantosch odparl i dal znak 
do jednego z taksowkarzy ,zeby podjechal do nich._Nie mozemy czekac na ludzi ambasadora.Sami udajemy sie taksowka
 do ambasady.Lepiej,zeby Carlos nas nie zauwazyl._Dodal.Wsiadli do taksowki,ktora wlasnie podjechala do nich i po 
chwili byli w drodze do Ambasady Amerykanskiej. Czuli sie tak,jakby nie mieli gruntu pod swoimi nogami. Nic tylko nie
 konczacy sie Rubikon...
W niespelna pare minut pozniej znalezli sie w tej czesci miasta,ktora nazywala sie Jianguomenwai Embassy Compound, 
a w ktorej znajdowala sie nie tylko Ambasada Stanow Zjednoczonych Ameryki ale i sporo innych ambasad,w tym 
ambasady Wielkiej Brytanii i Polski.Najpierw,oczywiscie,mineli tak zwany CITIC,chinski wiezowiec z biurami do 
kontaktow handlowych ze swiatem i Friendship Store,to jest supermarket przeznaczony wylacznie dla obcokrajowcow. 
Sami Chinczycy mieli w nim wstep wzbroniony,chyba,ze towarzyszyli komus z zagranicy,chinskiego albo kazdego 
innego pochodzenia.Chodzilo o to,zeby obcokrajowcy nie musieli czekac w niekonczacych sie kolejkach,co moglo im 
grozic w zwiazku z przeludnieniem stolicy Chin.Taksowkarz zatrzymal sie przed Ambasada Amerykanska  a Steven Mac
 Dantosch,Melissa Charleroi i Tadek Vangard wysiadli i udali sie do recepcji ambasady.Nie musieli dlugo czekac na 
rozwoj wypadkow gdy sie przedstawili.Zostali zaprowadzeni prosto do biura samego ambasadora.Tadek Vangard byl 
dumny,gdy zobaczyl na scianach  wizerunki bohaterow Polski i Ameryki,generalow Kazimierza Pulaskiego i Tadeusza 
Kosciuszki,obok paru innych obrazow.Kilka minut pozniej do swojego biura, przestrzennego i wypelnionego blaskiem 
dziennym,wszedl sam amabsador,ktorym okazal sie okolo  szescdziesiecioletni wysoki mezczyzna,masywnie zbudowany 
ale energiczny i wykazujacy sie zdecydowaniem w swoim temperamencie._Witam was serdecznie w  ambasadzie. 
Nazywam sie Daniel Parkinson._Przedstawil sie i podal im reke na przywitanie.Oni zrobili to samo._Prosze,podejdzmy 
do foteli i usiadzmy na nich._Ambasador Daniel Parkinson zaprosil ich do tej czesci jego biura,w ktorej znajdowaly sie 
fotele obite skora najlepszej jakosci oraz hebanowy stolik ze zlotymi obiciami.Wszystko lsnilo i pachnialo luksusem jak 
w Belwederze.Ambasador zapalil sobie cygaro, kubanskie najwidoczniej,pomimo tego,ze Stany Zjednoczone narzucily 
embargo handlowe na Kube na dlugie lata przedtem.Przygladnal sie im uwaznie a szczegolnie Melissie Charleroi. 
_Wiem wszystko o was._Oswiadczyl prosto z mostu.Nie czuli sie tym zaskoczeni.Rzecz naturalna,ze ambassador musial 
wiedziec o nich bardzo duzo.Przeciez CIA probowala ich znalesc od tylu lat.Musieli zgromadzic tomy informacji na ich 
temat._Mamy nadzieje,ze nic nam nie grozi ze strony amerykanskich sluzb specjalnych.Stawka jest strategia Beehive.
Jezeli bedziemy szykanowani,nie dostaniecie jej._Steven Mac Dantosch rowniez oswiadczyl prosto z mostu.Wygladalo 
na to,ze beda to twarde pertraktacje._Macie moje slowo,ze nic wam sie nie stanie z naszej strony._Ambasador Daniel 
Parkinson zapewnil wspanialomyslnie,z gestem iscie amerykanskim._Musimy dostac gwarancje,od samego prezydenta 
Stanow Zjednoczonych,zanim przekazemy strategie w wasze rece._Steven Mac Dantosch zazadal zdecydowanie._Ja sam 
musze miec zagwarantowany immunitet dzieki ktoremu ani sluzby FBI ani policja amerykanska nie aresztuja mnie 
gdy znajde sie na terytorium Stanow Zjednoczonych.Zamierzam tam sie znalesc po to,by udowodnic moja niewinnosc,bo 
morderca narzeczonego mojej siostry nie ja jestem a Harry Gullivers albo ktos z jego mafii._Steven Mac Dantosch 
kontynuowal._Harry Gullivers?..._Wyraz najwyzszego zdumienia odbil sie na twarzy ambasadora. _Przeciez on jest 
powszechnie lubiany w Ameryce! Wymienia sie go nawet jako potencjalnego prezydenta Stanow Zjednoczonych!
Steven Mac Dantosch rozesmial sie na glos._To mylisz sie,panie ambasadorze! On jest mafiosa i bandyta! Smiem 
twierdzic,ze najwiekszym ojcem chrzestnym od czasow Al Capone!
_Nie moge w to uwierzyc! _Po pierwsze nigdy nie slyszalem,zeby Harry Gullivers zajmowal sie czyms co mogloby rzucic 
cien na jego osobe a po drugie,przeciez on posiada gigantyczna firme na skale swiatowa,do spolki z twoim wlasnym 
ojcem!_Ambasador Daniel Parkinson zaprzeczyl kategorycznie._I to jest moje przeklenstwo,panie ambasadorze!_Steven 
Mac Dantosch czul,ze przestaje panowac nad soba.Zapanowala nieznosna cisza na moment._Hmm,zakladajac,ze masz 
racje w swoich rewelacjach na temat Harry'ego Gulliversa,czuje sie okropnie i obawiam sie,jak wielki bylby to szok dla 
moich rodakow,gdyby to co mowisz okazalo sie prawda._Ambasador odezwal sie po chwili._Prawdy nie mozna ukrywac, 
panie ambasadorze.Prawda musi wyjsc na jaw,wczesniej czy pozniej. I zawsze jest lepiej jezeli tak sie staje raczej 
wczesniej  niz pozniej.Jezeli chodzi o Amerykanow, prosze sie nie bac.Maja juz za soba wiele ciezkich prob:Pearl Harbour,
 zwyciestwo nad Rzesza Adolfa Hitlera,zabojstwo prezydenta Kennedy'ego,Watergate...Nie,Amerykanie poradza sobie  
z rewelacjami._Steven Mac Dantosch oznajmil z pasja._Hmm,coz wiec proponujesz?_Ambasador wygladal zatroskany na 
swojej twarzy._Moja propozycja jest nastepujaca : damy wam strategie Beehive pod warunkiem,ze prezydent USA 
podpisze nam zelazny list gwarantujacy nam,ze najmniejszy wlos nie spadnie z naszych glow.Dotyczy to przede wszystkim 
 mnie bo zycze sobie,ze pozwolicie mi dostac sie do Stanow,gdzie bede probowal ukazac prawdziwa twarz Harry'ego 
Gulliversa i udowodnic jednoczesnie moja niewinnosc _Chcesz walczyc z samym HarrymGulliversem? _Ambasador Daniel
 Parkinson przerwal mu._Tak. Nie inaczej! _Steven Mac Dantosch oswiadczyl._A wy?_Ambasador zwrocil sie do Melissy 
Charleroi i Tadka Vangarda._Ja chcialbym dostac staly pobyt w Stanach.Zawsze marzylem o tym,zeby zamieszkac w 
Ameryce.W tym celu wyemigrowalem z Polski juz spory szmat czasu temu._Tadek Vangard rzekl skromnie._Ja tez chce 
jechac do Stanow,ze Stevenem!_Melissa Charleroi odparla._Nie,Melissa,bedziesz musiala chyba wrocic do rodzicow na 
jakis czas.Widzisz,bede mial do czynienia z mafia w Ameryce i nie chce cie narazac na niebezpieczenstwa.Obiecuje,ze 
wroce do ciebie zaraz jak tylko rozprawie sie z nimi._Steven Mac Dantosch zwrocil sie do niej._Nie,Steven,ja nie pojade 
do moich rodzicow.Nie chce ich znac!_Melissa Charleroi odparla gniewnie. _Prosze,przemyslcie wszystko.Wolalbym 
gdybyscie mi dali ta strategie juz teraz._Ambasador odezwal sie._Nie,panie ambasadorze,najpierw zgoda i gwarancje a 
potem strategia!_Steven Mac Dantosch odparl.Ambasador Daniel Parkinson dotknal sie czola._No dobrze,skontaktuje sie
 z biurem prezydenta._Rzekl._Dziekujemy._Steven Mac Dantosch podziekowal mu uprzejmie._A jak was moge znalesc? 
Gdzie mieszkacie?_Ambasador zapytal._W hotelu Qiao Yuan,w poludniowo zachodniej czesci miasta.Ale mysle,ze jeszcze 
dzisiaj przeniesiemy sie do innego hotelu,tak zwanego Yongdingmen Hotel,dlatego,ze zobaczylismy Carlosa w hotelu 
Beijing International i wolimy nie ryzykowac._Steven Mac Dantosch zakomunikowal krotko._To on tu jest?! Tu,
w Pekinie?!_Ambasador Daniel Parkinson zrobil grozna mine. _Tak,ale mysle,ze nas nie zauwazyl.Byl zajety rozmowa z 
recepcjonistka._No dobrze,wracajcie do hotelu i uwazajcie. Czarne chmury moga sie gromadzic nad waszymi glowami. 
_Ambasador zabrzmial tajemniczo w tym co powiedzial._Do widzenia,panie ambasadorze._Pozegnali sie z nim.Jeszcze tego
 samego dnia przeniesli sie do hotelu Yongdingmen.Tak na wszelki wypadek.
W wiekszosci mieszkali tu chinscy podrozni ale nie brakowalo tez turystow z zagranicy,mlodych na 
ogol,ktorzy liczyli sie z kazdym groszem.Byli to glownie polscy turysci i handlarze zarazem,Australijczyk
 z jego dziewczyna z Tajwanu oraz kilku Niemcow.Wieczorem Steven Mac Dantosch,Melissa Charleroi i 
Tadek Vangard zaznajomili sie z nimi w restauracji,ktora znajdowala sie na parterze w hotelu.Steven Mac 
Dantosch,naturalnie,rozmawial ze swoim rodakiem z Australii i jego dziewczyna,zadawal mu mnostwo 
pytan dotyczacych ich kraju i widac bylo wyraznie jak bardzo byl steskniony za swoim krajem,tak jak za 
dziewczyna,ktora dziwnym trafem przerwala milosc gdy jej kochanek byl u szczytu swoich czuc i 
uczuc.Tadek Vangard doradzal Polakom,gdzie zakupic takie a takie towary i,oczywiscie,sprzedal im 
zarezerwowane bilety na pociag transyberyjski za polowe oryginalnej ceny.Melissa Charleroi natomiast 
gawedzila ze studentami z Niemiec i probowala sie dowiedziec od nich cos niecos na temat jej 
kraju,Belgii,bo przeciez Niemcy graniczyly z Belgia.Nikt nie stronil od chinskiego piwa,ktore nad podziw 
wcale nie bylo takie zle a przeciwnie,nie ustepowalo w swojej jakosci i smaku od piw z europejskich 
piwiarni.Byla prawie polnoc gdy porozchodzili sie do swoich pokoi hotelowych.Steven Mac Dantosch mial 
bardzo zly sen wypelniony koszmarami.Snil mu sie sam Carlos,ktory w jego snie wygladal jak prawdziwy 
wampir,chcacy wyssac z niego wszystka krew.Jego galki oczne byly  koloru krwi,ktora wrecz wylewala sie
 z nich.Okropna twarz umarlaka byla prawie blado niebieska.Skora na twarzy,szyi i rekach niewyobrazalnie 
pomarszczona i wychodzily z niej albo wchodzily w nia jakies nadzwyczaj koszmarne robactwa.Jednym 
slowem koszmar nad koszmary i nic dziwnego,ze Steven Mac Dantosch przebudzil sie z jekiem na ustach o 
drugiej trzydziesci w nocy.Z drugiej strony mial wrazenie,ze moze cos innego go przebudzilo.Uslyszal bowiem
 jakis dziwny halas.Wiedzial co to bylo: nieustanny strach o Melisse i glebokie zyczenie,zeby nigdy wiecej 
nic zlego jej sie nie stalo.Ten dziwny halas zaalarmowal go do tego stopnia,ze zadecydowal,ze wyjdzie z 
pokoju i uda sie do tego pokoju w ktorym Melissa Charleroi spala,zeby upewnic sie,ze wszystko jest 
dobrze.Wolalby ja przy sobie,ale wygladala za mlodo i budziloby to podejrzenie wsrod zawsze ciekawskiego 
chinskiego personelu.Zanim dosiegnal klamke drzwi,uslyszal pukanie na jego drzwiach._To musi byc 
Melissa._Pomyslal i otworzyl drzwi.Jakiz byl jego szok,ponad wszelka miare,gdy zobaczyl Carlosa,ktory 
trzymal zaplakana Melisse Charleroi w swoich stalowych rekach a w  jednej z jego rak znajdowal sie 
rewolwer!...Steven Mac Dantosch myslal,ze zostal porazony pradem i oto koniec swiata nastapil, 
bynajmniej jezeli chodzilo o niego i dziewczyne,ktora kochal ponad wszystko.
Szybko sie jednak opamietal i zrobil krok w tyl.Niestety,to byla jedna jedyna rzecz,ktora mogl zrobic.Gdyby nie ten pistolet w rece 
Carlosa! Serce mu sie krajalo z rozpaczy.Carlos tymczasem popchnal Melisse Charleroi przed siebie i wszedl z nia do pokoju. 
Zamknal za soba drzwi.Najwidoczniej chcial sobie zrobic porachunki i z nim i  z jego dziewczyna.W tej wlasnie chwili uslyszeli,ze 
ktos zapukal na drzwi.Steven Mac Dantosch poczul,ze jego szok dosiegnal zenitu.Uswiadomil sobie,ze ten czlowiek za drzwiami to 
mogl byc nie kto inny jak Tadek Vangard,ktory najwidoczniej rowniez uslyszal niezidentyfikowany halas i wyszedl ze swojego 
pokoju,  zeby sprawdzic co sie dzieje oraz czy wszystko jest w porzadku.Jezeli to byl jego przyjaciel wowczas bylo to bardzo 
prawdopodobne,ze otworzy drzwi bez zaproszenia,dlatego po prostu,ze mial troche oslabiony swoj sluch i nie dowierzal sobie 
w calosci w tej sprawie.Stalo sie to,czego Steven Mac Dantosch obawial sie najbardziej.Drzwi sie otwarly i Tadek Vangard pojawil 
sie w nich._Steven,slyszalem jakis halas.Czy wszystko jest... _Niestety nie dal rady skonczyc co chcial powiedziec,bo dostal w 
twarz taki cios,ze z miejsca powedrowal na podloge w korytarzu i stracil przytomnosc.Carlos,grozac swoim pistoletem,jednym 
ruchem reki nakazal Stevenowi Mac Dantosh'owi,zeby wciagnal Tadka Vangarda do srodka.Nie potrzeba bylo powtarzac tego 
polecenia.Steven Mac Dantosch wciagnal nieprzytomnego Tadka Vangarda do pokoju i zostawil go na podlodze ale podlozyl mu 
poduszke pod glowe.Jego mozg analizowal wszelkie mozliwe warianty ale jakos nie potrafil sobie wyobrazic co mogl zrobic w tej 
beznadziejnej sytuacji.Jeden nieostrozny ruch i albo Melissa,albo Tadek Vangard,albo tez i on sam ginie od strzalu.Sytuacja byla nie 
do pozazdroszczenia._Co chcesz od nas? Dlaczego nie dasz nam swietego spokoju,do jasnej cholery!_Powiedzial po prostu do 
Carlosa a jednoczesnie splunal na podloge z bezsilnosci.Carlos rozesmial sie._Wiesz dobrze co chce! Dwoch rzeczy,strategie 
Beehive i zemsty!_Odpowiedzial po chwili.Ty razem to Steven Mac Dantosch rozesmial sie chociaz daleko mu bylo do smiechu. 
_Carlosie,lepiej poukladaj sobie troche w swojej glowie! Jezeli chcesz zemsty to strategii Behive nie dostaniesz a jezeli chcesz 
strategie Beehive to na zemste nie pozwole.Masz do wyboru jedno z dwoch.A poza tym mam cie za tchorza! Za kompletnego 
tchorza!_Steven Mac Dantosch wiedzial juz co zamierzal zrobic: zagrac na ambicji Carlosa,nazwac go tchorzem i wyzwac go 
z kolei na pojedynek,by udowodnic ktory z nich jest lepszy.To byla jedna malenka szansa.Wygladalo na to,ze Carlos dal sie nabrac 
na przynete bo zaczerwienil sie z oburzenia i ze wscieklosci._Cos ty powiedzial?! Wypluj te slowa bo inaczej to... Ale Steven Mac 
Dantosch nie pozwolil mu dokonczyc._Nie,nie wypluje,bo jestem swiecie przekonany,ze jestes tchorzem! A jezeli nie,to walcz ze 
mna,pokaz,ze jestes lepszy ode mnie w sztuce walki.A lepszy nie jestes,bo ja jestem najlepszy! Bo ja jestem mistrzem! Bo nie ma 
lepszego na swiecie ode mnie!_Przestan !_Carlos,niewyobrazalnie wzburzony wrzasnal._Nie,nie przestane!_Steven Mac Dantosch 
kontynuowal swoja prowokacje._Proponuje,ze bedziemy walczyc,by udowodnic,ktory znas jest najlepszy.Jezeli ty 
wygrasz,dostaniesz strategie Beehive a jezeli ja wygram,oddasz mi Melisse i puscisz nas i Tadka wolno.I tak bedziesz mial szanse 
znalesc nas nastepnym razem.To jak,chcesz walczyc ze mna ? Czy przeciwnie,boisz sie ?!
Carlos zastanawial sie chwile._W porzadku._Powiedzial po chwili._Ale na smierc i zycie !
_Zgadzam sie._Steven Mac Dantosch odparl z nutka triumfu w swoim glosie.A jednak byla jeszcze jakas szansa.Tadek Vangard 
akurat odzyskal przytomnosc i patrzyl struchlalym wzrokiem na Carlosa._Idziemy !_Carlos zakomenderowal.Wyszli przed 
hotel,gdzie czekaly juz na nich trzy chinskie jeepy a w kazdym z nich siedzialo po trzech Rosjan jak nietrudno bylo odgadnac,gdy 
Carlos powiedzial im cos po rosyjsku.Musieli to byc szpiedzy z nieslawnej KGB._Jedziemy do parku Taoranting.Tam bedziemy 
walczyc ze soba.Nie masz zadnych szans ze mna !_Carlos oswiadczyl Australijczykowi._Zobaczymy._Steven Mac Dantosch 
pomyslal,ale wiedzial,ze nie bedzie latwo.Mial do czynienia z Carlosem i dziewiecioma KGB'owcami.
Zaledwie kilkanascie minut pozniej znalezli sie w parku Taoranting.Byla wciaz glucha noc.Zadnego ducha ani nawet 
najmniejszego ptaszka,ktory zacwierkalby ze zdziwienia,ze moga byc na swiecie tacy szalency co do parku o tej porze 
nocy,dobrze po trzeciej,zagladaja.Wszystkie ptaszki juz dawno zostaly skonsumowane przez ponad miliardowy narod. 
Tadkowi Vangardowi to nawet lza sie w oku zakrecila bo w jego rodzinnym kraju to ptaszkow jest,a co najmniej bylo,jak 
to zapamietal,pod dostatkiem i potrafily cwierkac do woli o kazdej porze dnia i nocy.A i duchow ,i swietych w tym jego 
kraju nie brakowalo.Niemniej strach go przede wszystkim paralizowal,bo nie wyobrazal sobie jak jego przyjaciel poradzi 
sobie z Carlosem i tymi agentami KGB,ktorzy wlasnie robili sobie drwiny z nich i patrzeli lakomym oraz bezczelnym 
wzrokiem na Melisse Charleroi.Znalezli sie na polance obtoczonej drzewami a jedynym swiatlem byl blask gwiazd na 
nieskazitelnie czarnym niebie.Mogli dostrzec tez Qiao Yuan Hotel,ktory byl oddzielony kanalem od parku Taoranting. 
Chinskie jeepy zostaly ustawione w trzech roznych miejscach,tworzac trojkat,niemalze bermudzki,a swiatlo ich 
reflektorow krzyzowalo sie na srodku polanki na ktorej Carlos i Steven Mac Dantosch mieli walczyc,na smierc i zycie! 
Gdy zaczeli sie pojedynkowac,Steven Mac Dantosch od razu zauwazyl,ze Carlos zrobil kolosalne postepy w orientalnych 
sztukach walki.Zaczal od takiego ustawienia rak,co nazywalo sie nie inaczej jak "Bambusowe palce",co bylo grozna 
technika majaca umozliwic zdezorientowanie przeciwnika.Ale i on,Steven Mac Dantosch,zrobil kolosalne postepy.Ta 
walka miala pokazac,ktory z nich zrobil lepsze postepy.I jeden,i drugi stawiali na wszystko.Nie bylo mowy o porazce. 
Wszystkie duchy,jezeli takowe znajdowaly sie w parku musialy rozdziawic swoje niewidzialne geby z zadziwienia.Czegos 
takiego to w tym parku jeszcze nie bylo! Pojedynek istotnie byl niezmiernie dynamiczny,bogaty w nieprzewidziane ruchy i
 techniki,ktore zmieniane byly nieustannie,tak,ze i jeden,i drugi z przeciwnikow nie mogl odgadnac,ktory to styl walki 
jest tym,dzieki ktoremu szala zwyciestwa moze przechylic sie na korzysc jednego z nich.Nie szczedzili sobie ciosow,ktore 
wrecz paralizowaly ich,tak wielka byla ich wzajemna nienawisc.W pewnej chwili Carlos zrobil mistrzowski skok i udalo 
mu sie dosiegnac  Stevena Mac Dantoscha.Uderzenie bylo tak mocne,ze Steven Mac Dantosch upadl.Carlos nie 
proznowal. Kontynuowal walke w zastraszajacym tempie.Prawie,ze udalo mu sie wyladowac na torsie Stevena Mac 
Dantoscha,ktory niemal cudem  zdolal wykrecic sie w ostatniej chwili.Carlos ponowil atak.Ale Steven Mac Dantosch 
krecil sie jak szalony,by w pewnej chwili sprezyc sie w gescie iscie nadludzkim i zrobic saldo a potem uderzyc Carlosa 
znienacka obiema nogami z powietrza.Tego Carlos nie spodziewal sie i dlatego nie zdazyl odskoczyc.Upadl jakies dwa 
metry dalej ale i on potrafil sie sprezyc jak tygrys i obaj ponownie zaczeli okrezac sie nawzajem,wiedzac przy tym,ze 
wystarczyl jeden nieostrozny ruch,by przegrac.Ich rece i nogi zarazm byly jak ostrza nozy w rekach rzeznika.Steven Mac 
Dantosch czul,ze moze przegrac.Wszystko zalezalo od tego,czy uda mu sie wyzwolic w swoim wlasnym mozgu cos takiego 
co nazywal mistycznym swiatlem,to cos,co nieraz juz doswiadczyl podczas poprzednich pojedynkow w czasie prob.To 
mistyczne swiatlo,w jakims sensie ta jego wybitnie uduchowiona tozsamosc,ten jego duch po prostu,pozwalal mu 
przewidywac jakie beda kolejne ruchy czy nawet techniki walki ze strony jego przeciwnikow.Dzieki temu mogl ich 
zaskakiwac niespodziewanymi uderzeniami i w efekcie wygrywac.Jakos nie potrafil wyzwolic w sobie tego swiatla. 
Dlaczego? Czy dlatego,ze byla pelnia nocy? Co sie z nim stalo? Czul sie prawie,ze zrozpaczony.Nie mogl przegrac tego 
pojedynku.Tu chodzilo nie tylko o jego zycie ale i o zycie jego przyjacieli.
Co sie stalo z tym jego wewnetrznym " ja" ? Co sie stalo z jego jaznia? Niestety,nie wiedzial.Czul sie taki jakis zagubiony ze swoimi
 nieskoordynowanymi ruchami.To co czynil w tym pojedynku to byla czysta technika.Ale to bylo za malo! Musial,absolutnie 
musial wyzwolic w sobie swoja jazn! W niej byl klucz do zwyciestwa.Carlos nagle zrobil jakis neslychany obrot i uderzyl Stevena 
Mac Dantoscha nieoczekiwanie z taka sila,ze znalazl sie na ziemi.Probowal sie zerwac na rowne nogi ale Carlos siedzial juz na 
jego torsie a nogami uciskal go wrecz piekielnie,tak,ze az zebra mu trzeszczaly.Steven Mac Dantosch zobaczyl jak piesc Carlosa 
zacisnela sie  w kamienna wrecz kostke i byla wlasnie wprawiana w ruch.Sila jej uderzenia miala go immobilizowac raz na zawsze.
 Uslyszal placz Melissy Charleroi.I wtedy wlasnie,w tysiecznej sekundy,strumien tajemniczego swiatla rozprzestrzenil sie w jego  
umysle.To byla jego jazn! Boze,to byla jego jazn! Dzieki niej udalo mu sie byc szybszym od Carlosa,bo sprezyl sie niewiarygodnie  
i uderzyl Carlosa czubkiem swoich nog w tyl  jego glowy ,co zdezorientowalo go  na chwile i dzieki temu jego cios nie padl na 
twarz Stevena Mac Dantoscha ale uderzyl z impetem w grunt ziemi obok jego twarzy.Steven Mac Dantosch cudem uniknal 
smierci dzieki swojej jazni.Ale to nie byl koniec.Obaj na nowo zerwali sie na rowne nogi i zaczeli okrezac sie jak dwa wsciekle lwy 
walczace o samice,ktora mieli za swoja.Steven Mac Dantosch mial drwiacy usmiech na swojej twarzy tym razem,bo czul jak jego 
jazn pulsowala w jego umysle jak jakas gwiazda przewodnia.To zbilo z tropu Carlosa ale nie na tyle,zeby byc przekonanym o 
swojej wyzszosci jezeli chodzilo o sztuki walki.W pewnej chwili Carlos wzbil sie w powietrze by dosiegnac Stevena Mac 
Dantoscha,ktory zrobil to samo.To co sie dzialo pozniej to przypominalo ognista kule w ktorej przez pomylke jak gdyby znalazly 
sie dwie przeciwstawne sily,niszczace sie nawzajem.Uderzenia byly tak szybkie,ze az jak wyladowania elektryczne.Wszystko w 
przeciagu jednej sekundy.Ognista kula spadla na ziemie i to Steven Mac Dantosch byl tym,ktory jako pierwszy wyskoczyl  z 
niej,zrobil dynamiczny wyskok  a nastepnie wymierzyl zmasowane uderzenie obiema nogami w Carlosa,ktory wlasnie wynurzal sie
 z tego co pozostawalo po ognistej kuli.Carlos potoczyl sie i upadl parenascie metrow dalej.Steven Mac Dantosch tymczasem raz 
jeszcze wzniosl sie w powietrze i gdy wyladowal stal juz nad Carlosem,ktory patrzal niemymi oczami ze zgrozy na swojego 
przeciwnika.Rece Stevena Mac Dantoscha byly gotowe do zdecydowanego uderzenia,takiego,ktorym byl w stanie zakonczyc 
zycie Carlosa.To samo jego nogi.A jednak nie mogl tego zrobic,bo gdyby tak zrobil,Sowieccy agenci zastrzeliliby go i jego 
przyjacieli.Poderwal Carlosa z ziemi i zaslonil sie nim jak zywa tarcza._Puszcze go jezeli wy puscicie wolno moich przyjacieli! 
_Krzyknal. _Dobrze,puszczamy ich ale jak tylko beda trzydziesci metrow od nas wy musicie sie rozdzielic i isc w przeciwnym 
kierunku._Uslyszal propozycje ze strony jednego z KGB_owcow.Carlos byl zbyt wazny dla nich._Zgadzam sie!_Steven Mac 
Dantosch krzyknal.Zobaczyl jak zaplakana Melissa Charleroi i Tadek Vangard zaczeli isc w ta strone,ktora nie byla obsadzona 
przez Rosjan._Uciekajcie!_Krzyknal do swoich przyjacieli._Melissa,na milosc Boska,uciekaj!_Krzyknal raz jeszcze gdy widzial jak 
sie wahala.Zaplakana,zaczela biec.Teraz kolej nastapil na niego i Carlosa.Byli juz dwadziescia metrow od siebie i Steven Mac 
Dantosch czul,ze w kazdej chwili padnie smiertelny strzal.Jak przeczuwal tak sie stalo.Nie jeden strzal padl ale wiele 
strzalow.On,oczywiscie,lezal na wznak w trawie,gotowy w kazdej chwili,zeby sie zerwac i uciekac tak zwanym zygzakiem.Strzaly
 umilkly i uslyszal warkot motoru jednego z chinskich dzipow,ktory oddalal sie a za nim kilka innych dzipow,ktorze rzucily sie w 
poscig.Cos tu nie gralo.Spojrzal w tym kierunku,gdzie byli sowieccy KGB_owcy.Oni juz lezeli niezywi na ziemi a ich miejsce zajeli 
komandosi amerykanscy.Steven Mac Dantosch z miejsca zrozumial co sie stalo.Zawdzieczal zycie Amerykanom.Zerwal sie na 
rowne nogi,zeby zobaczyc Carlosa.Nie bylo go pomiedzy zabitymi.Wniosek z tego byl tylko jeden:to Carlos byl tym,ktory zdolal 
zbiec.
Podczas gdy amerykanscy komandosi wsrod ktorych napewno nie brak bylo agentow CIA,sprawdzali,czy wszyscy 
Rosjanie naprawde nie zyli,Steven Mac Dantosch obejrzal sie za siebie z mysla o swoich przyjacielach.Oni wlasnie biegli
do niego.Melissa Charleroi zawisnela mu na szyi._Oh,Steven,Bogu dzieki! To musi byc cud! To naprawde musi byc 
cud!_Szepnela mu do ucha i lzy szczescia splywaly jej po policzkach.Tadek Vangard objal sie z nim i poklepal go po 
ramieniu po przyjacielsku._Musimy byc bardziej ostrozni niz kiedykolwiek dotad.Okazalo sie,ze igralismy z ogniem. 
_Powiedzial.Spojrzeli teraz w kierunku Amerykanow.Bylo ich dziesieciu a razem z tymi,ktorzy rzucili sie w poscig za 
Carlosem okolo pietnastu._Jak oni potrafili dostac sie tu tak,ze nikt ich nie zauwazyl?_Tadek Vangard byl zadziwiony. 
_Widocznie musieli szpiegowac nas,najprawdopodobniej odtad,gdy opuscilismy Ambasade Amerykanska. Strategia 
Beehive jest dla nich na wage zlota a,o ile pamietam,powiedzielismy ambasadorowi,ze Carlos jest w Pekinie. _Steven 
Mac Dantosch odparl._W takim razie wyszlo nam to na szczescie! Sluchajcie,lepiej dajmy im ta strategie! _Melissa 
Charleroi nadal promieniowala ze szczescia.W tej chwili jeden z Amerykanow podszedl do nich i przywital sie z nimi. 
_Czolem.Jestem kapitanem.Nazywam sie Theodore Mac Gare._Przedstawil sie._Dziekujemy z calego serca za 
uratowanie nam zycia._Steven Mac Dantosch odpowiedzial mu serdecznie._Zawdzieczacie to naszemu ambasadorowi.To 
on wydal nam rozkaz,zeby nie spuszczac oka z was.Przyznam,ze nie stanelismy na wysokosci zadania tej nocy ale 
udalo nam sie naprawic nasz blad._Kapitan Mac Gare postawil kropke nad pytaniem,jak to sie stalo,ze znalezli sie 
w tym miejscu. Potem juz wszystko poszlo gladko i szybko.Przywitali sie z pozostalymi komandosami,wsiadli do 
jednego z dzipow amerykanskich i udali sie prosto do Ambasady Amerykanskiej.W porze sniadaniowej spotkali sie
 z ambasadorem Parkinsonem i jego malzonka,Eleonora Parkinson na wspolnym sniadaniu.Mogli gustowac do woli 
w tym co bylo na stole,od wedzonego lososia po kawiar.Ambasador Parkinson z miejsca ustosunkowal sie do sprawy, 
ktora go najbardziej interesowala._Zostancie w Ambasadzie i oddajcie strategie Beehive._Zaproponowal. _Najpierw 
musimy miec zelazny list od wladz Stanow Zjednoczonych,gwarantujacy nam nietykalnosc._Steven Mac Dantosch 
ripostowal._Oczywiscie,zgadzamy sie zostac na terenie Ambasady ale strategie dostaniecie ,gdy bedziemy wiedziec jaka 
jest decyzja Prezydenta USA.Ja nie zabilem Eduarda,ktory byl narzeczonym mojej siostry i chce to udowodnic.Dlatego 
musze dostac sie do Stanow i rozprawic sie z Harrym Gulliversem.W tym celu musze byc wolny od tego,ze agency FBI 
moga nastepowac mi po pietach,gdy znajde sie w Stanach.Co najmniej przez piec lat!_Steven Mac Dantosch wygladal na
 zdeterminowanego czlowieka._W porzadku,zostancie tu a strategie mi dacie,gdy bedziecie mieli 
odpowiedz._Ambasador Parkinson odparl wielkodusznie.Podziekowali mu,bo tak naprawde to chcieli sie pozbyc 
strategii Beehive jak najszybciej.Czuli jak palila im palce.
Przez nastepne kolejne dni kipieli z nerwow.Nie mieli zadnych szans zobaczyc sie z ambasadorem.Ani on ani jego malzonka nie 
zapraszali ich o siebie.Czyzby unikali ich? Czyzby wiesci z Waszyngtonu w ich sprawie nie byly dobre? Steven Mac Dantosch byl 
najbardziej zdenerwowany.Zdawal sobie sprawe z tego,ze w przypadku gdyby Amerykanie nie byli juz zainteresowani strategia 
Beehive zostalby po prostu aresztowany i deportowany do Stanow.Tadek Vangard mial mniej powodow do obaw bo byl wolny od 
jakichkolwiek zarzutow natury kryminalnej.Poza tym Polska byla juz wolnym i demokratycznym krajem,tak zwana terapia szoku 
przeobrazila Polske w tygrysa Europy a legendarny i enigmatyczny lider Solidarnosci,Lech Walesa,byl juz prezydentem 
Polski.Wszystko bylo na jak najlepszej drodze w jego rodzinnym kraju,ktory mial aspiracje do czlonkostwa w NATO i panstwach 
czlonkowskich Wspolnoty Europejskiej,ktora wlasnie reformowala sie i miala wkrotce przeobrazic sie w Unie Europejska. 
Niemniej mial inny plan,juz od chwili gdy wyemigrowal z Polski: chcial za wszelka cene dostac sie do Stanow,jego ziemi obiecanej. 
W jakims sensie mial fiola na tym punkcie ale coz,czlowiek to czlowiek! W sprawie Melissy Charleroi byl trudny orzech do 
zgryzienia.Dziewczyna nadal byla niepelnoletnia i najprawdopodobniej musiala wrocic do rodzicow.Miala pretensje do Stevena 
,ze nie chcial jej zabrac do Stanow,pomimo,ze usilnie tlumaczyl jej,ze nie mogl jej narazac na smiertelne niebezpieczenstwa jakie 
wynikna w zwiazku z jego konfrontacja z Harrym Gulliversem i jego mafia._Ja nie wroce do rodzicow! Nie chce ich znac!_Melissa
 Charleroi oswiadczyla kategorycznie.Tadek Vangard byl najwiekszym optymista.Wierzyl w  swoja  Ameryke,oaze wolnosci 
niespotykanej gdziekolwiek indziej na swiecie.Najwieksza swietoscia w tym kraju byl kazdy indywidualny czlowiek a nie kler jak w 
jego rodzinnym kraju.W Ameryce nikt nikomu nie odbieral tego co bylo w nim czy w niej najcenniejsze: jego/jej  wlasne "ja",inne w 
kazdym czlowieku z osobna. Kazdy czlowiek mogl zyc tam calkowicie w zgodzie z soba.Zlote reguly,takie jak rozdzial panstwa i 
religii co bylo rzeczywistoscia w Stanach,niczym nieskrepowana dzialalnosc gospodarcza i niewielkie opodatkowanie,absolutnie 
wolny rynek,decentralizacja i konkurencja doprowadzily do tego,ze Ameryka stala sie najpotezniejszym krajem swiata w niespelna 
dwiescie lat swojego istnienia,krajem o ktorym marzyl caly swiat.Czyz Polska nie mogla powtorzyc sukcesow Ameryki? Czyz tak 
trudno bylo siegnac po sprawdzone wzory amerykanskiego cudu? Moze to wlasnie dzialo sie w jego wlasnym kraju,skoro mowilo 
sie,ze Polska stala sie tygrysem Europy.Pytanie tylko na jak dlugo? Dwa tygodnie pozniej zostali jednak zaproszeni na wspolne 
sniadanie. Zarowno Ambasador,Daniel Parkinson jak i jego zona,Eleonora Parkinson,zachowywali sie bardzo zyczliwie,co 
sugerowalo,ze moze sa jakies pomyslne wiadomosci._Moi drodzy!_Ambasador Daniel Parkinson oznajmil im prosto z mostu._Mam 
odpowiedz od Prezydenta,ktora jest raczej pomyslna dla was,chociaz nie w pelni odpowiada waszym zyczeniom. Wymienili 
zaniepokojone spojrzenia miedzy soba._To znaczy?_Steven Mac Dantosch znieruchomial z niepokoju. Ambasador usmiechnal sie do
 niego._Prezydent wyrazil zgode na twoje zadania i bedziesz mogl leciec do Stanow kiedykolwiek sobie bedziesz tego zyczyl,bez 
obawy,ze nasze sluzby bezpieczenstwa a w szczegolnosci FBI,beda ci nastepowac po pietach.W wyszczegolnionym  czasie, 
oczywiscie._Odpowiedzial._A ja i Melissa?_Tadek Vangard wstrzymal oddech.Ambasador Parkinson westchnal._Tobie 
proponujemy,zebys zgodzil sie na wyjazd do Nowej Zelandii,na czas tymczasowy,co najmniej,a Melissa musi wrocic do rodzicow. 
Zaden kraj nie przyjmie jej,bo jest niepelnoletnia._Absolutnie nie zgadzam sie! Nie wroce do rodzicow! Nienawidze ich_Melissa 
Charleroi wybuchnela glosnym placzem.Tadek Vangard byl blady na twarzy.Wszystkiego sie spodziewal ale nie tego,wyjazdu gdzies
 tam na koniec swiata._Dlaczego nie mozemy jechac wszyscy razem do Stanow?_Zapytal przygnebionym glosem._To proste. 
Steven bedzie walczyc z mafia.Nie mozemy was narazac na dalsze niebezpieczenstwa.Za pare lat mozecie smialo przybyc do 
Stanow.Ja wam to gwarantuje!_ Padla odpowiedz z ust ambasadora.
Karty zostaly w koncu wylozone na stol.Steven Mac Dantosch byl jedynym ktory triumfowal.Co chcial to dostal. 
Wystarczylo mu jednak spojrzec na Melisse i Tadka by ugrysc sie w jezyk.Oni byli wyraznie niezadowoleni a n
awet przygnebieni.Kontynuowali sniadanie w milczeniu.W pewnej chwili,Eleonora Parkinson wziela reke Melissy 
Charleroi do swojej dloni._Melissa,moje drogie dziecko,mamy niespodzianke dla ciebie. _Powiedziala jej
delikatnie,niemal po matczynemu.Melissa Charleroi spojrzala na nia ze zdumieniem odmalowanym na jej 
dziewczecej twarzy.Pani ambasadorowa wydawala jej sie jakas taka dziwna i tajemnicza w tej chwili.Nie potrafila 
odgadnac co to bylo.Niemniej zauwazyla, jak wzrok Eleonory Parkinson przesunal sie z niej w kierunku drzwi 
wejsciowych do jadalni.Rowniez spojrzala mimochodem w tym kierunku,czujac,ze cos sie dzialo co bylo z nia 
zwiazane.Drzwi rzeczywiscie zostaly otworzone i dwoje czterdziestoletnich ludzi pojawilo sie w nich.Byli ubrani 
przecietnie ale gustownie.Mezczyzna w garniturze a kobieta w damskim kostiumie.Pomimo swoich czterdziestu lat
 wygladali na starszych.Wlosy na ich glowach a zwlaszcza na glowie kobiety byly juz z lekka posiwiale. Podczas 
gdy mezczyzna stanal w miejscu,kobieta zrobila pare krokow do przodu.Patrzala tylko na Melisse Charleroi,jakos
 tak dziwnie,intensywnie._Melissa,nie rozpoznajesz mnie?...To ja!..Twoja mama!.._Powiedziala emocjonalnym 
glosem.Wystarczylo spojrzec na Melisse Charleroi by wiedziec,ze rozpoznala swoja matke.Szok byl wyryty na jej 
twarzy i zbladla do tego stopnia jakby dopiero co powstala ze zmarlych.Cala trzesla sie jak galareta.Z kolei 
grymasy i bol odzwierciedlily sie na jej twarzy jak na polu bitwy.Nie wiedziala co miala zrobic z soba a 
najprawdopodobniej jedyne co pragnela to zapasc sie pod ziemie.Wyszarpnela swoje rece z rak Eleonory  
Parkinson,zerwala sie na rowne nogi z krzesla,ktore z hukiem powedrowalo kilka metrow dalej i przewrocilo 
sie.Gniew teraz byl odmalowany na jej twarzy,niemal Boski i apodyktyczny,tak jakby sama byla boginia 
Atena,ktora Zeus do walki powolal._Nie,nieeee!...Nie chce was znac!_Wrzasnela i pobiegla  na przeciwlegly  
koniec jadalni.Jej matka byla niemniej zaszokowana i wydawala sie byc przygwozdzona do podlogi. _Melissa,to 
ja!..Twoja mama!..._Powtorzyla i zrobila pare krokow do przodu._Nie zblizaj sie do mnie!Nienawidze cie! 
Nienawidze obu z was!_Zywiol gniewu nadal wstrzasal Melissa Charleroi do zywego.Jej twarz byla czerwona 
z gniewu i rozpaczy.Jej matka tym razem nie byla w stanie zrobic ani jednego kroku przed siebie.Lzy pojawily sie 
w jej oczach a na jej twarzy wyryty byl niewymowny szok._Melissa,na milosc Boska,ale ja jestem twoja mama!...Co 
sie stalo z toba,moje dziecko?...Boze,co oni z toba zrobili! Melissa,to ja,twoja mama!_Probowala dotrzec jakos do 
swiadomosci swojej corki._Nienawidze cie! Nienawidze was! Wracajcie skad przybyliscie! Nie chce was znac 
!_Melissa Charleroi miala taka ekspresje na twarzy jakby byla o krok od szalenstwa,z powodu ktorego moglaby 
sie znalesc w domu dla wariatow raz na zawsze._Moj Boze,Melissa,jak mozesz cos takiego powiedziec?...
Dlaczego nienawidzisz mnie ,Melissa?..._Jej matka zaczela plakac.
Melissa Charleroi  wyciagnela reke przed siebie z palcem wykierowanym na jej matke._Pytasz dlaczego was 
nienawidze?...Bo sprzedaliscie mnie pedofilom! Bo pozbyliscie sie mnie w tak okrutny sposob! Dlatego 
nienawidze was! Czy slyszysz?...Nienawidze was!_Melissa Charleroi oskarzyla matke i ojca z cala furia na jaka 
ja bylo stac.Matka Melissy Charleroi myslala,ze swiat sie zawalil.Wybuchnela glosnym placzem a jednoczesnie 
zatkala obiema rekami swoje uszy po to by nie slyszec slow jej corki,ktore byly jak smiertelne naboje.Osunela 
sie na podloge nie majac juz sil ustac na swoich wlasnych nogach.Ambasador Parkinson,jego zona,Steven Mac 
Dantosch i Tadek Vangard nie wiedzieli jak sie zachowac.Rozgrywala sie wrecz Dantejska scena przed ich 
oczami._Co ty nie powiesz,coro !_Slyszeli placz matki._Ze my sprzedalismy cie?...Pedofilom?...Oh,Boze 
Wszechmogacy,to chyba ci zwyrodnialcy co cie porwali musieli ci tak powiedziec! Melissa,nie sprzedalismy cie! 
Zaden rodzic nie zrobilby czegos takiego! Oni po prostu porwali cie! Na naszych oczach! Oh Boze,co za przeklete 
przeznaczenie! Czy potrafisz sobie wyobrazic przez jaka agonie przeszlam przez te wszystkie lata! Popatrz na 
nas,Melissa! Jestesmy siwi z rozpaczy i zmartwien,i od placzu,ktorego nigdy nie potrafilam sie pozbyc! 
Melissa,czy ty naprawde myslisz,ze cie sprzedalismy tym potworom?...Oh,Boze,Boze,Boze,Boze...Matka Melissy 
rozplakala sie na dobre.Trzymala sie za glowe obiema rekami,z bolu i matczynej rozpaczy.Trzesla sie 
spazmatycznie.Melissa Charleroi  przestala plakac w miedzyczasie.Patrzala teraz na ta kobiete,jej matke, z 
szeroko rozwartymi oczami.Widok jej matki placzacej tak bardzo,z taka agonia i w spazmach bolu jak rowniez 
jej slowa otworzyly jej oczy.Jak wogole i kiedykolwiek mogla uwierzyc tej wersji,ktora ludzie,ktorzy ja porwali 
powiedzieli jej?! Jak mogla uwierzyc w cokolwiek co jeden z pedofili,Ducroix,powiedzial jej? A tymczasem to 
wszystko bylo nieprawda.Jej rodzice nie pozbyli sie jej.Nie sprzedali jej.Miala wrazenie,ze blyskawica swisnela 
przez jej umysl i z miejsca uzmyslowila sobie jaki bol musiala wyrzadzic swojej wlasnej matce.Podbiegla do
matki,ktora wciaz lezala na podlodze i szlochala.Uklekla obok niej i przyciagnela ja do siebie._Droga mamo,nie 
placz.Kocham cie.Przebacz mi._Wyszeptala do niej._Naprawde,Melissa,naprawde?_Jej matka 
zapytala,niedowierzajac samej sobie._Tak,mamo.Przestan plakac.I przebacz mi.
_I ja ciebie kocham,moja droga corko!_Tym razem roza szczescia rozkwitnela na twarzy jej matki.Padly sobie w 
objecia nawzajem i nikt nie bylby zdolny rozdzielic je od siebie w takiej chwili.
Chwile pozniej jej ojciec podszedl do niej._To ty,tato ?_Zapytala go chociaz wiedziala,ze to on byl a nie kto 
inny.Chociaz prawie,ze go nie pamietala to jednak instynkt jej to mowil._Tak,to ja,Melisso._Odpowiedzial jej i 
ucalowal ja w czolo.Melissa Charleroi znalazla sie teraz pomiedzy matka a ojcem i nie mogla nadziwic sie samej 
sobie,jak bardzo byla szczesliwa podczas,gdy jeszcze chwile temu nienawidzila ich z calego serca.I zrozum tu serce i 
dusze ludzka!_Chodzmy do ogrodu._Melissa Charleroi zaproponowala matce i ojcu._Chetnie,droga coreczko!_Jej 
matka odparla.Objela ja za ramie i przytulila swoja glowe do jej glowy.Udali sie do ogrodu.Eleonora Parkinson, 
wyraznie wzruszona,przeprosila biesiadnikow i rowniez odeszla do swoich apartamentow.Steven Mac Dantosch i Tadek 
Vangard zostali sam na sam z ambasadorem Danielem Parkinsonem._Dobrze,ze skonczylo sie tak szczesliwie,bo 
chwilami mialem czarne mysli._Ambasador podsumowal dramat rodzinny,ktory mial miejsce w ich obecnosci._To 
pomysl pana malzonki,panie ambasadorze,nieprawdaz?...Mam na mysli sprowadzenie rodzicow Melissy._Steven Mac 
Dantosch chcial sie upewnic,ze sie nie mylil.Ambasador Parkinson usmiechnal sie do nich._Oczywiscie ! Moja zona nie
 mogla zniesc,ze dziewczyna nie widziala sie z rodzicami tak dlugo.Bogu dzieki,udalo sie.Chwile milczeli.
_Przejdzmy teraz do sedna sprawy._Ambasador Daniel Parkinson zaproponowal._Mysle,ze zasluguje na to,zebyscie mi 
wreczyli strategie Beehive.Steven Mac Dantosch i Tadek Vangard wymienili spojrzenia miedzy soba. 
_Alez,oczywiscie,Panie ambasadorze!_Tadek Vangard odpowiedzial i podal mu to co przez dlugie lata mial tylko za 
Vademacum turysty.Wystarczyl jeden rzut okiem i ambasador  Parkinson prawie,ze rozesmial sie w glos._Alez to jest 
przewodnik dla turystow!_Zaprotestowal.Steven Mac Dantosch i Tadek Vangard rozesmiali sie serdecznie._Niech pan 
odwroci ten przewodnik do gory nogami i zacznie czytac od tylu,panie ambasadorze! Zupelnie tak jak to czynia 
Arabowie! _Tadek Vangard poinformowal go z kolei.Ambasador Parkinson zrobil tak i zaglebil sie w nietypowa 
lekture, od konca do przodu.Po pieciu minutach czytania jego twarz spowazniala,po dziesieciu minutach na jego czole 
pojawily sie kropelki potu a na twarzy odzwierciedlil sie gniew i najparwadziwsza agonia jednoczesnie._Boze 
Wszechmogacy,to naprawde jest strategia Beehive! Musze natychmiast skontaktowac sie z prezydentem.Dziesiatki 
naszych agentow znajduje sie w smiertelnym niebezpieczenstwie! Prosze wybaczyc mi._Powiedzial stlumionym 
glosem,wstal od stolu i pospieszyl szybkim,sprezystym krokiem do swojego biura.Oto prezydent Stanow 
Zjednoczonych Ameryki mial sie dowiedziec co sie krylo za strategia Beehive a wkrotce potem ta sama strategia miala
 wstrzasnac calym swiatem,bo nie ulegalo watpliwosci,ze Amerykanie beda chcieli pokazac swiatu na co sie zanosilo 
a jednoczesnie beda chcieli kompletnie zdyskredytowac Zwiazek Radziecki.Gra warta swieczki.Na skale swiatowa...
To co sie dzialo przez nastepne kilka dni to nie bylo nic innego jak jedna wielka spirala szoku na skale swiatowa! Od Pekinu po 
Waszyngton,od Moskwy po Nowy Jork,od Warszawy po Paryz i Londyn! Nic tylko szok i szok! Swiat uzmyslowil sobie na co 
szykowali sie KGB_owscy fanatycy do spolki z komunistami na Kremlu i tak zwanymi podwojnymi agentami na Zachodzie.Jak 
blisko bylo do strasznej tragedii,ktora mogla byc przyrownana tylko do tego co stalo sie w carskiej Rosji gdy wybuchla rewolucja 
bolszewicka czy tego co stalo sie w Niemczeech,gdy do wladzy doszedl Adolf Hitler! Kto wie,moze nawet doszloby do wybuchu 
trzeciej wojny swiatowej,gdyby strategia Beehive zostala zrealizowana przez Rosjan.W pierwszym rzedzie swiat dowiedzial sie o  
aresztowaniach  w samej CIA I MI6,dwoch najwazniejszych agencjach wywiadowczych wolnego swiata.Nikomu nie chcialo 
przejsc przez glowe,ze ktos taki jak Jack Foster,nowojorski szef CIA byl podwojnym agentem,ale trzeba bylo w to uwierzyc. 
Fakty zawarte w strategii Beehive byly niezbitym dowodem.Rzecz naturalna,byl pierwszym,ktorego aresztowano.
Patrick Waltersh,najwyzszy ranga pomiedzy wspoltworcami strategii Beehive z Zachodu,ktory byl szefem MI6,przechytrzyl jakos 
Scotland Yard i zdolal uciec w ostatniej chwili. Media spekulowaly,ze musial schronic sie w Zwiazku Radzieckim.
 Niemniej udalo sie aresztowac sporo innych podwojnych agentow nie tylko w Zjednoczonym Krolestwie i Stanach 
Zjednoczonych ale i w innych krajach zachodnich.Na ogol byli to zdemaskowani Sowieccy szpiedzy.Wszystko to dzieki strategii 
Beehive.Belg,Ruud Hendrix Temmermann,zostal aresztowany w Belgii i ten sam los spotkal Seweryna Tetmarczyka w Polsce,
bylego szefa SB i jednego ze wspoltworcow strategii Beehive.Media bebnily na okraglo o tej strategii  a stacja telewizyjna CNN byla
 najglosniejsza i nawet poswiecila obszerny czas na program zatytulowany po prostu:"Strategia Beehive".Mnostwo politykow i 
ekspertow wypowiadalo sie na jej temat,i nie brak bylo spekulacji,ze Sowieci byli bliscy swojego celu ustanowienia supremacji 
bloku komunistycznego na swiecie,co byloby znane pod nazwa Pax Sovietus.Reakcja panstw wolnego swiata,ze Stanami 
Zjednoczonymi na czele byla ostra i bezkompromisowa.Prezydent Stanow Zjednoczonych kategorycznie zaprotestowal przed tego
 rodzaju posunieciami podczas telefonicznej rozmowy z przywodca Zwiazku Radzieckiego.Podobnie uczynili liderzy innych 
panstw zachodnich.NATO mialo tygodniowa sesje w Brukseli,podczas ktorej wypracowywano nowa strategie doktryny 
wojennej na wypadek gdyby istotnie mialo dojsc do czegos takiego co sugerowane bylo w strategii Beehive.Dotad nie bylo do 
pomyslenia,zeby Sowieci odwazyli sie zatakowac ktorys z krajow wolnego swiata.Strategia Beehive obalila ten mit.Ostrzejsze 
procedury zostaly zaproponowane co do kontroli wlasnych pracownikow zatrudnionych w agencjach wywiadowczych jak i w 
samym NATO.W tym co sie stalo byl tez i jeden wielki plus: Zwiazek Radziecki zostal skompromitowany na oczach swiata i nie 
ulegalo watpliwosci,ze zadne panstwo na swiecie a zwlaszcza panstwa Trzeciego Swiata,podatne dotad na propagande 
komunistyczna,nie bedzie juz chcialo wspolpracowac z mocarstwem,ktorego prestiz zostal zdmuchniety niemal w jednej chwili 
jak banka powietrza.Byl to poczatek konca Zwiazku Radzieckiego i zegar juz zaczal tykac Sowietom,dajac im znac by pierzchali 
gdzie pieprz rosnie zanim jeszcze nie bylo za pozno.Pomimo to,w calej tej spirali szoku ktora wstrzasnela swiatem znajdowal sie 
jeden czlowiek,ktoremu kompletnie nic sie nie stalo.Byl nim sam Andreyev Golubin,szef KGB i glowny wspoltworca strategii 
Beehive.Wlos mu z glowy nie smial spasc.Bylo to dowodem na to jak bardzo komunisci czuli sie pewni siebie.Czy naprawde czy 
tez udawali,tego nikt tak naprawde nie wiedzial poza nimi samymi.
W miedzyczasie gdy swiat wrzal z sensacji ktora strategia Beehive wyniosla na swiatlo dzienne,Steven Mac 
Dantosch,Tadek Vangard i Melissa Charleroi przygotowywali sie  do wyjazdu,kazdy z nich w swoja strone.Melissa 
Charleroi miala zaczerwienione oczy i nie ulegalo watpliwosci,ze musiala plakac gdy miala pewnosc,ze byla sama.Chociaz
byla szczesliwa z tego,ze odnalazla swoich rodzicow czy tez rodzice ja odnalezli,to jednak dalsze losy wiazala tylko ze 
Stevenem,ktorego kochala ponad zycie.Nie wyobrazala sobie zycia bez niego.A tymczasem zanosilo sie na paroletnie 
rozstanie.Nie chciala myslec o tych latach pelnych udreki,bez niego.Boze,jak go kochala! Czasem,gdy byli sam na 
sam,calowali sie nie odrywajac ust od siebie przez bardzo dlugie minuty,po to by zadoscuczynic temu pragnieniu,ktore
 mialo im towarzyszylo przez dlugi czas rozlaki.Oh,jak ciezko im bylo oderwac ich usta od siebie! Gdyby znalazl sie jakis 
artysta i utrwalil ich na stale w takiej pozycji,z ich ustami napelnionymi soba nawzajem,tak byloby najlepiej.Woleliby 
stac sie kamiennymi statuetkami niz rozlaczyc sie na tak dlugo.Ale zycie bylo zyciem! Trzeba bylo rzucic wyzwanie 
przeciwnosciom po to by pozniej moc zyc spokojnie i  tak jak sie pragnelo.No i w koncu nastala chwila rozlaki dla obu 
z nich.Znajdowali sie na plycie lotniska pekinskiego,w otoczeniu rodzicow Melissy Charleroi,Tadka 
Vangarda,ambasadora i jego zony oraz uzbrojonych agentow strzegacych,zeby  nikomu nic zlego sie nie stalo.Melissa 
Charleroi zawisnela na ramionach Stevena i nie potrafila jakos oderwac sie od niego.Szeptali sobie jakies czule 
slowa,napewno milosne.W koncu oddali sobie ostatni pocalunek,pozegnalny,i Melissa Charleroi pozwolila swojej matce 
odprowadzic sie na bok.Tadek Vangard rowniez pozegnal sie serdecznie ze Stevenem i obiecali sobie nawzajem,ze 
zobacza sie pewnego dnia w Ameryce.Potem Steven Mac Dantosch pozegnal sie jeszcze z rodzicami Melissy oraz 
z ambasadorem i jego zona,po czym odwrocil sie i poszedl prosto do specjalnego,kilkuzalogowego samolotu nalezacego 
do amerykanskich sil zbrojnych.Pomachal reka i wszedl do srodka.Chwile pozniej samolot wzniosl sie triumfalnie 
w powietrze i zniknal we wrotach nieba.
Melissa Charleroi wyleciala razem ze swoimi rodzicami tydzien pozniej na pokladzie belgijskiej Sabeny._Nie zapomnij o 
mnie,Tadek._Poprosila swojego przyjaciela z Polski na pozegnanie._Mozesz byc pewna,Melissa,ze nie zapomne.Mysle,ze 
spotkamy sie w Stanach!_Obiecal jej.
Tadek Vangard zostal sam w ambasadzie i,jakos dziwnie,przyszlo mu czekac nieco dluzej bo az miesiac.Mial mieszane 
uczucia,gdy znalazl sie na pokladzie amerykanskiego mysliwca.Lecial nie do kraju o ktorym zawsze marzyl,w ta ziemie 
obiecana jaka byla jego ukochana Ameryka a  do kraju nieznanego,kraju ktory znajdowal sie gdzies tam na krancach 
swiata! _Jakaz bedziesz ,Nowa Zelandio! Czy zaakceptujemy sie nawzajem? Czy zostaniemy przyjaciolmi?_Oh,nieznany 
byl jego los! Lecieli nad niezmierzonym Pacyfikiem,najwiekszym mocarzem swiata zapewne! Lecieli nad dziewicza 
Australia.On zas wzniosl kielich wina,ot tak po prostu,do wolnosci!!!!
Amerykanski mysliwiec mknal w powietrzu niczym podgwiezdny ptak.Musial lsniec szczerosrebrzyscie w 
blasku promieni slonecznych.Kontury kontynentu australijskiego byly wyraznie widoczne a wkrotce potem 
na nowo pojawily sie oszalamiajace wody Pacyfiku.Tadek Vangard mial troche czasu na filozoficzne 
rozwazania.Byla to nie lada przyjemnosc:tak wysoko nad Ziemia,tak daleko od rodzinnego kraju... Myslal o 
Platonie i Arystotelesie,o Fryderyku Nietze,Arturze Schopenhauer'owi i Ludwiku Wittgensteinie.O wielu 
innych filozofach.Ku jego zdziwieniu,zaden z tych filozofow nie stanal na wysokosci zadania jezeli chodzilo o 
suwerenne prawa czlowieka w stosunku do przywilei spoleczenstwa.Zaden z nich nie podkreslal,ze ani 
spoleczenstwo ani panstwo nie moga uszczypnac sobie nawet szczypty praw czlowieka,po to by zapewnic 
harmonie w relacji jednostka a spoleczenstwo co gwarantowalo cywilizacyjny postep.Dopiero trzeba bylo 
praojcow Ameryki,z Thomasem Jeffersonem na czele,ktorzy dzieki zagwarantowaniu praw czlowieka i 
wylansowaniu liberalnego modelu spoleczenstwa dali poczatek tej wielkiej Ameryce jaka znamy 
dzisiaj.Polska,pomimo,ze stala sie tygrysem Europy,byla rozrywana przez antagonizmy,ktore nie wrozyly nic 
dobrego.Czlowiek jako jednostka byl niedoceniany w Polsce.W zamian za to spiewano az do znudzenia 
slogany o rodzinie jako podstawowej komorce spoleczenstwa co bylo smiechu warte zwazywszy ze cos takiego 
to bylo cos co bylo czyms jedynym i wylacznym w tym kraju.Dlaczego bylo tyle wrogosci w jego kraju co do 
jednostki? Moze dlatego,ze upatrywano w niej zanadto indywidualnosc,liberalnosc, nowoczesnosc, 
niezaleznosc,emancypacje i wszystkie te cechy,ktore charakteryzuja swiat liberalny a co nie bylo na reke 
polskim elitom z najrozmaitszych powodow.Nie,Tadek Vangard nie chcial wracac do takiego kraju...Nawet 
w  sytuacji,gdy jego kraj byl juz wolnym krajem,bo tak naprawde to krajem wolnym napewno jeszcze 
nie byl...A przeciez kochal ta swoja Polske,marzyl o niej i chcial,zeby stala sie tak wielka jak sama 
Ameryka! 
Oh,zobaczyl kontury nowego ladu! To musiala byc Nowa Zelandia! Serce zaczelo mu bic glosno i poczul sie 
podekscytowany._Boze,to chyba Nowa Zelandia!_Wyszeptal,nie wiedzac jednoczesnie co myslec i jak 
reagowac.

_Za pare minut bedziemy schodzic do ladowania.Lecimy juz nad Nowa Zelandia._Jeden z dwoch pilotow 
oznajmil mu,stawiajac tym samym kropke nad znakiem zapytania.
Tadek Vangard patrzal w dol z zafascynowaniem.Polacie ziemi byly coraz wieksze,opasane przez malowniczy pierscien 
niekonczacych sie plazy.Z poczatku przelecieli nad jakims lancuchem gorskim.To musial byc gorzysty Polwysep
Coromandel.Byly w nim liczne wciecia Oceanu,niekiedy dosc daleko w glab ladu.Potem juz teren byl bardziej nizinny. 
Nigdy nie wyobrazal sobie az tyle plaz ile ich widzial z powietrza.Gdzie okiem spojrzec wszedzie plaze,mieniace sie od 
kolorow,od zloto lsniacego piachu poprzez wrecz przezroczyste a potem ciemnozielone fale Oceanu dalej od brzegu. 
Lecieli oczywiscie nad tak zwana Wyspa Polnocna,jedna z dwoch glownych wysp i wielu mniejszych.Chociaz Nowa Zelandia
posiadala w sumie niemal tyle samo terytorium co Polska to jednak mieszkalo w niej ponad dziesieciokrotnie mniej ludzi
 niz w Polsce,zaledwie trzy i pol miliona.Byl to juz grudzien i lato musialo sie zadomowic w tym kraju na dobre,sadzac 
z widoku Slonca na tle niebianskiego blekitu nieba bez jednej nawet malenkiej chmurki.Mogl nawet dostrzec licznych 
plazowiczow na wybrzezach Nowej Zelandii.Wygladali z powietrza iscie jak mrowki z ta roznica,ze bardziej kolorowy to 
byl swiat.Zaledwie godzine pozniej znalezli sie nad Wellingtonem,ktory byl stolica Nowej Zelandii. Tadek Vangard wiedzial 
juz od pilotow,ze nie wyladuja na miedzynarodowym lotnisku ale w wojskowej bazie lotniczej w Seatown,jednej z dzielnic 
Wellingtonu.Jakze uroczo wygladal Wellington z powietrza! Moze nie jak Zakopane czy Insbruck bo gory tu byly duzo 
nizsze dookola miasta ale w jakims sensie podobnie z ta roznica,ze dodac tylko morze i plaze zapierajace dech w piersiach. 
Tak jakby Zakopane i Gdansk w jednym i tym samym miejscu.Byly tu iwielkomiejskie  wiezowce,i gory poprzeplatane 
przez liczne wciecia morza w glab ladu,i niezliczone plaze,i w koncu niezmierzony Ocean,ktory nie konczyl sie nawet na 
horyzoncie.Jednym slowem,istny cud.Tadek Vangard wstrzasnal glowa bo wydalo mu sie na moment,ze oto przybywa do 
samego raju i swiety Piotr musi juz czekac na niego z wielkim pekiem kluczy,takim jaki to mial Gerwazy w "Panu 
Tadeuszu" naszego wieszcza.Oh,ani myslal jeszcze o wyprawie do raju,chocby nie bylo tam nic innego jak same cuda i 
dziwy,co tez zapewne tak a nie inaczej musialo byc.Narazie byl zakochany w zyciu ziemskim az po uszy,chociaz nie bylo 
uslane rozami.Mysliwiec wyladowal dynamicznie na malym lotnisku wojskowym.Jakas garstka wojskowych czekala juz 
na nich ktorzy z miejsca podeszli do Tadka Vangarda i pilotow,jak tylko wysiadli z mysliwca.O ile piloci byli witani
serdecznie przez ich kolegow po fachu o tyle do Tadka Vangarda podszedl jedyny czlowiek ubrany po cywilu,wysoki,okolo 
czterdziestoletni mezczyzna,z gesta broda i z cygarem w ustach._Witam w Nowej Zealndii! Nazywam sie Herman van 
Veenen._Przedstawil sie prosto z mostu i wyciagnal reke na powitanie.Tadek Vangard wymienil uscisk z nim i rowniez 
sie przedstawil._Jestem agentem CIA i mam za zadanie pomoc panu zadomowic sie w Nowej Zelandii jak rowniez dbac o 
pana bezpieczenstwo._Tadek Vangard uslyszal z kolei._Oh,dziekuje serdecznie._Odparl._Nie ma za co.Zamieszka pan 
narazie  z nami,to znaczy ze mna,moja zona i coreczka._Agent CIA oswiadczyl ponownie._Oh,nie chcialbym 
przeszkadzac!  _Tadek Vangard odparl skromnie._O to prosze sie nie martwic.Jest pan naprawde mile widziany._Padla 
odpowiedz.Tadek Vangard pozegnal sie z pilotami i wsiadl do jeepa razem z agentem CIA.Jechali malowniczymi drogami, 
wzdluz bajecznie pieknego wybrzeza i Tadek Vangard mial mozliwosc dowiedziec sie wiecej szczegulow o czlowieku,
z ktorym jechal:byl Amerykanem holenderskiego pochodzenia i mieszkal w Nowej Zelandii juz od lat,razem z liczna 
rodzina.Zanosilo sie na nowe rewelacje!...Tadek Vangard czul sie w miedzyczasie totalnie podekscytowany:oto znajdowal 
sie gdzies tam na krancach swiata.Boze,na koncu swiata!
*

Andreyev Golubin az kipial ze wscieklosci.Gromy furii padaly z jego oczow raz na Carlosa a innym razem na 
Patricka Waltersha.Strategia Beehive w koncu dostala sie w rece wrogow Zwiazku Radzieckiego! W rece 
Amerykanow przede wszystkim! I stalo sie to za sprawa Tadka Vangarda! Oh,jak nienawidzil tego 
czlowieka._Carlos,nie rozumiem jak mogles wogole dopuscic do takiej sytuacji?!_Padlo oskarzenie z jego 
ust.Nie potrzeba bylo tlumaczyc o co chodzilo._Oh,Andreyev,ja sam nie rozumiem jak moglo wogole dojsc do
tego co sie stalo.Dales mi takich fajtlapow,ze pozwolili sie powystrzelac jak kaczki przez amerykanskich 
komandosow._Carlos nawiazal do pamietnego pojedynku ze Stevenem Mac Dantoschem,kiedy to prawie 
cudem udalo mu sie uratowac dzieki brawurowej ucieczce.Po tym,niestety,stalo sie najgorsze,Tadek 
Vangard przekazal strategie Beehive Amerykanom! Carlos wciaz czul to jak cios nozem w plecy i 
poprzysiagl zemste.Usmieszek pojawil sie na jego twarzy bo wystarczylo mu spojrzec na Andreyeva 
Golubina,zeby wiedziec,ze to samo musial poprzysiac sobie i on._Nie wyobrazasz sobie,Carlos,przez co 
musialem przejsc w korytarzach wladzy na Kremlu! Niejeden z nich wskazywal na mnie z taka moca jakbym 
byl skazany na smierc.Jakos udalo mi sie wyjsc obronna reka.I nadal walcze.Sa pomiedzy nimi tacy,ktorzy 
nosza sie z zamiarem rozwiazania KGB.Wiesz,Carlos co by to znaczylo? Totalne fiasko!  Bez KGB nasz 
ukochany Zwiazek Radziecki rozpadlby sie jak domek z kart! Wystarczylby lekki podmuch. Ni stad ni zowad
 usmiech pojawil sie na twarzy Andreyeva Golubina,jak zawsze niezrozumialego jezeli chodzilo o jego 
nietypowy sposob myslenia,nieodgadniony i nasycony nienawiscia._Jak myslisz,Carlos, z kim udalo mi sie 
zapoznac?_Zapytal wprost._Nie mam najmniejszego pojecia._Carlos odparl._Z samym Harrym 
Gulliversem! Dzieki Jack Foster'owi,jeszcze zanim zostal aresztowany przez FBI._Andreyev,jestes 
geniuszem!_Carlos zareagowal entuzjastycznie._Bede w kontakcie z Harrym Gulliversem i moze uda mi sie 
wciagnac go do nowej strategii.Juz taka mi sie kolacze po mojej glowie.Nie powiedzialem jeszcze ostatniego 
slowa! W miedzyczasie,znajdz Tadka Vangarda i... zabij go! Musi zaplacic cene za to co zrobil._Carlos 
wiedzial,ze slowa te adresowane do niego przez Andreyeva Golubina nie byly niczym innym jak 
rozkazem.Nie przejmowal sie tym.Sam pragnal zemsty._A Steven Mac Dantosch?_Zapytal._Nie martw sie o
 niego.Harry Gullivers zrobi co trzeba._Padla odpowiedz.Pozegnali sie serdecznie ze soba nie zwracajac 
uwagi przy tym na Patricka Waltersha.Anglik byl skonczony.Chociaz jeszcze nie tak dawno byl 
szefem MI6  to teraz nie byl juz nikim.W ich oczach byl po prostu ich domowym psem...

*

Tadkowi Vangardowi wydawalo sie,ze znalazl sie w  wirtualnym swiecie.Takie wrazenie jak narazie 
sprawiala na nim Nowa Zelandia.Bo jakze inaczej? Wszedzie na okolo widzial swiat skapany w letnim upale 
podczas gdy w Polsce wlasnie szalala mrozna zima.Ludzie tu sprawiali wrazenie beztroskich podczas gdy w 
jego rodzinnym kraju czlowiek byl wiecznie zagoniony i,na ironie losu,nie mial z tego zadnego pozytku.Lepiej
 bylo siadnac na miedzy,pomyslec i cos wymyslec niz uganiac sie cale zycie,i nie miec grosza na trumne,gdy 
zegar wydzwanial godzine rozstania z dola i niedola zywota ludzkiego.A wystarczylo raz pomyslec i zostac 
takim "Amerykancem" co sie mu wszyscy az do pasa klaniali.Na to,niestety,potrzeba bylo wielkiej odwagi 
w tym jego kraju rodzinnym.Bo jakze,ruszysz glowa i powiedza,ze na Pana Boga reke smiesz podnosic. 
Wolny lud to byl a nadal w kajdanach zakuty,pomimo,ze po komunie nie bylo juz ani sladu.Byli czerwoni, 
przyszli czarni i czort to wie,jacy jeszcze przyjda.Lepiej bylo siedziec cicho za piecem,jak za dziada 
i pradziada,dla swietego spokoju! Tadek Vangard prawie,ze ryknal smiechem,chociaz nie bylo mu do 
smiechu.Zyczyl przeciez rodakom jak najlepiej.
Dziwny to byl ten kraj co sie Polska nazywal,zakompleksiony i tonacy pod ciezarem swoich 
grzechow ktore dla innych gdziekolwiek indziej na swiecie nie byly niczym innym jak muzyka,tancem i 
nieustannym smiechem.Zblizali sie do centrum stolicy.Mijali wlasnie bajecznie piekna zatoke zwana 
Oriental Bay z plaza pelna piachu zlotem lsniacego w Sloncu i Tadkowi Vangardowi przypomnialy sie 
bajki,ktore mu jego babcia opowiadala w dziecinstwie,zawsze zaczynajac je od slow:"W Nowej Zelandii,kraju
za siedmioma morzami i siedmioma gorami..."   Westchnal,bo oto znalazl sie w tym kraju.Herman van 
Veenen zjechal w pewnej chwili z drogi i skrecil w jedna z bocznych ulic._Jestesmy juz niedaleko.Moj dom 
znajduje sie w polowie tej gory.Zobaczysz jakie cudowne widoki rozposcieraja sie na miasto!_Oznajmil.
Istotnie,jechali teraz kreta ulica pod gore,ktora nazywala sie Mount Victoria.Range Rover pokonywal z 
latwoscia ten odcinek trasy.Zaparlo tchu Tadkowi Vangardowi,gdy w koncu znalezli sie na miejscu.To nie 
byl jeden tylko dom,ktory nalezal do Hermana van Veenena i jego rodziny.To bylo szesc czy siedem innych 
wspanialych  budowli z ogrodami.Wille z najprawdziwszego zdarzenia! A gdy spojrzal na panorame 
miasta,zabraklo mu tchu po raz drugi:istny raj! _Herman,czy mi sie to wszystko czasem nie sni?!_Zapytal 
swojego nowego przyjaciela,nie wahajac sie juz nazywac go po imieniu.Herman van Veenen usmiechnal sie 
do niego._To jeszcze nie wszystko._Odpowiedzial tajemniczo...
Herman van Veenen wjechal na dziedziniec jednego z wielkich domow._Mojej zony i coreczki nie ma.Sa u mojej 
mamy.Zobaczysz sie z nimi jutro rano.Ty,w miedzyczasie zagosc sie u mnie i najlepiej bedzie jak wyspisz sie 
dobrze.Masz za soba przeciez dluga podroz _Zaproponowal i zaprowadzil Tadka Vangarda do apartamentu znajdujacego 
sie na pierwszym pietrze.Wszystko tu lsnilo od przepychu i nawet klamki we drzwiach byly pozlacane.Tadek Vangard 
podziekowal swojemu nowemu przyjacielowi,zamknal drzwi i od razu udal sie do lazienki by zgotowac sobie cudowna 
kapiel,o czym zaczal juz wrecz marzyc,bo byl juz przepocony od dusznego powietrza w samolocie jak i upalu w Nowej 
Zelandii.A potem juz nie pragnal niczego innego jak snu i z miejsca zasnal glebokim snem.Nazajutrz zaraz z rana 
Herman Van Veenen zapukal na drzwi i zaprosil go na sniadanie.Tadek Vangard byl juz gotowy na ta ewentualnosc. Byl 
uczesany i jego krucze wlosy lsnily,w garniturze i krawacie a w rece mial pluszowego misia dla coreczki Hermana.Zeszli 
po schodach na parter i znalezli sie przed drzwiami do jadalni.Herman van Veenen otworzyl drzwi i zaprosil Tadka 
Vangarda do srodka,ktory tak wlasnie zrobil.Stanal jak wryty gdy zobaczyl to co wlasnie zobaczyl.W porannym 
strumieniu promieni slonecznych,ktore wrecz wdzieraly sie do jadalni przez szklana sciane za ktora bylo widac cuda i 
dziwy wellintonskiego krajobrazu,stala jakas nieziemska wrecz pieknosc,pewnie sama Afrodyta,ktora zrodzila sie z piany 
morskiej.Byla szczupla i wysoka,gietka i powabna,dlugonoga i absolutnie ksztaltna a jej twarz,nadzwyczaj delikatna,miala
 w sobie tyle wdzieku,ze wprost cud na cuda.Jej blekitne oczy,tak piekne jak swieze poranne niebo bez jednej chmurki 
chocby i oblane swiatlem slonecznym wrecz smialy sie do niego.Tadek Vangard z miejsca poczul sie tak jakby znalazl sie 
w sieci tej wielkiej pajeczyny,ktora byla utkana przez nieziemska pieknosc kobiety na ktora wlasnie patrzal.A ona 
wlasnie wyciagnela reke do niego na powitanie podczas gdy na jej ustach zakwitnal tak wielki usmiech jakby jej twarz 
byla rajskim ogrodem pelnym roz._Witaj w naszym domu.Mam na imie Helene._Ona powiedziala po prostu.Dopiero wtedy
 Tadek Vangard nieco ochlonal i przywital sie z nia a potem z jej coreczka,Angie,ktorej wreczyl pluszowego misia. 
_Zasiadzmy do stolu._Helene van Veenen zaproponowala a widzac skrepowanie w jej gosciu,podeszla do niego i polozyla 
obie rece na jego ramieniu._Nie krepuj sie i czuj sie tu jak u siebie w domu.Ja naprawde jestem szczesliwa,ze mamy 
goscia z Polski.Poza tym,traktuj nas ot tak,jak kazdego innego czlowieka.Nie jestesmy az tacy niezwykli jak byc moze ci 
sie wydaje.Po prostu ludzie z krwi i kosci jak kazdy inny._Powiedziala z niebianskim usmiechem na twarzy._Ale jest pani 
niesamowicie piekna!_Zdradzil jej to co myslal.Helene van Veenen rozesmiala sie na glos._Piekna czy nie piekna,po 
prostu jak kazda inna kobieta.Pieknosc to relatywna rzecz,moj drogi.Raz sie jest piekna a pewnego dnia przychodzi 
czas,ze nikt nawet nie spojrzy.To i mnie czeka.Na szczescie mam cudownego meza,ktory napewno nie zaostawi mnie jak 
bede brzydka jak czarna noc.Poza tym,nazywaj mnie po imieniu.Dobrze,Tadek?_ Alez tak! Herman pozazdroscic ci mozna
 takiej zony!_Tylko mi jej nie odbierz!_Herman van Veenen zazartowal.Zasiadli do stolu i czuli sie jak starzy 
znajomi.Helene van Veenen zadawala mu tysiace pytan,ciekawa wszystkiego co sie dzialo w jego kraju rodzinym jak i 
jego niezwyklych przygod od czasu gdy wyemigrowal z kraju.Jej coreczka,Angie,wschluchiwala sie z szeroko rozwartymi 
oczami.Herman van Veenen rowniez zadawal pytanie raz po raz._Nigdy nie bylam w tym tajemniczym kraju.Chcialabym 
tam przyjechac pewnego dnia._Helene van Veenen wyrazila swoje zyczenie w pewnej chwili.
Parenascie dni pozniej nadszedl dzien wigilijny Bozego Narodzenia.Tadek Vangard zostal zaproszony na wspolna 
wieczerze z cala rodzina Hermana van Veenena,wlacznie z jego matka,Angela Butterby,ktora byla niekwestionowana 
glowa rodziny.Mial wiec okazje poznac wszystkich.Jak dotad,widywal sie tylko z Helena i Hermanem oraz ich 
coreczka,Angie.Razem wyjezdzali na miasto czy poza miasto i to wlasnie dzieki nim Tadek Vangard mogl sie szybko 
zaklimatyzowac w tym niezwyklym miescie,stolicy Nowej Zelandii i porcie morskim zarazem,miescie nieustannych 
wiatrow,wiejacych z kazdej strony.Nic dziwnego,ze stolica ta zdobyla sobie przydomek zawietrzonego Wellingtonu.
I nastal ten wielki,wigilijny wieczor,udali sie wspolnie do domu Angeli Butterby a raczej na jego dziedziniec,na ktorym 
rozstawione byly stoly,dlugie gdzies na sto metrow.Tadkowi Vangardowi usmieszek sie zahaczyl na ustach i od razu 
wyobrazil sobie "Ostatnia Wieczerze" Leonarda da Vinci.Do tej ostatniej wieczerzy daleko jeszcze bylo.Weszli na 
dziedziniec na ktorym bylo juz sporo ludzi.Tadkowi Vangardowi nie chcialo sie wierzyc,ze wszyscy z nich byli czlonkami 
rodziny Hermana Van Veenena,ponad dwadziescia osob jezeli nie trzydziesci._Czesc Helene! To ten wasz gosc?! Czolem!
Witaj w naszym gronie!_To Marillion,zona Charles'a van Veenen,ktory byl bratem Hermana przywitala sie  z nimi 
jako pierwsza.A potem wszystko poszlo juz jak z platka.Tadek Vangard poznal nie tylko Charles'a ale i pozostalych 
dwoch braci Hermana,Marcela i Petera z ich zonami,Fabienne i Lorraine,z ta roznica,ze Herman i Charles byli synami 
pierwszego meza Angeli Butterby,Ghandy van Veenena podczas,gdy Marcel i Peter byli synami drugiego meza Angeli 
Butterby,Johna Butterby'a.Obaj mezowie Angeli Butterby nie zyli,gdyz zgineli tragicznie w podejrzanych 
okolicznosciach.Z kolei Tadek Vangard zapoznany zostal z Sonia Dandermond,siostra Johna Butterby'a,obok ktorej 
stal nieco mlodszy od niej mezczyzna,przedstawiony jako jej przyjaciel.Tadek Vangard wiedzial juz od Heleny,ze jej maz 
rowniez zginal,w wypadku samochodowym.Kogoz tu nie bylo! Czlonkowie calej tej rodziny,ktorzy pozjezdzali sie tu 
z calej Nowej Zelandii.Brat Soni Dandermond,Joseph Butterby,ponad piecdziesiecioletni i jego zona,Emilie,ktora byla 
mlodsza od niego o trzydziesci lat i wygladala jak rajska roza,Bryan i Debbie Butterby z ich doroslymi synami,Alice 
Thompson,ktora byla siostra Hermana,z jej malzonkiem i wielu innych._Jakos nie moge dopatrzec sie Angeli 
Butterby._Tadek Vangard zauwazyl,slusznie wyobrazajac ja sobie juz jako sedziwa kobiete.Helene van Veenen 
rozesmiala sie w glos._Bo dopiero teraz do nas idzie!_Oznajmila i wskazala reka w kierunku rozwartych drzwi domu,w 
ktorym Angela Butterby mieszkala.Tadek Vangard rozwarl usta z wrazenia,nie tyle z powodu Angeli Butterby co 
niezwyklej pieknosci,ktora kroczyla u boku sedziwej kobiety,podtrzymujac ja za reke z jednej strony podczas gdy 
przystojny raczej mezczyzna podtrzymywal ja za reke z drugiej strony._To moja siostra,Raquel ! _Helene Van Veenen 
oswiadczyla z duma,widzac jak wielkie wrazenie jej siostra wywarla na nim...A on stal jak wmurowany,zauroczony bez 
granic.Raquel byla niemniej piekna niz Helene ale miala na dodatek jeden ogromny atut:nie byla zamezna! Byla 
wolna...Serce dudnilo Tadkowi Vangardowi tak bardzo,ze w Polsce,ktora byla tak bardzo daleko,gdzies tam na drugim 
koncu swiata,musialo byc slyszane.Czul,ze stracil glowe.
Gdy sedziwa dama znalazla sie w gronie swojej rodziny Herman Van Veenen byl pierwszy,ktory podszedl do niej i ucalowal ja 
serdecznie._Mamo,czujesz sie dobrze?_Zapytal ja._Tak,moj drogi synu.Czuje sie bardzo szczesliwa,ze moge spedzic ta wigilie 
z cala moja rodzina._Odpowiedziala mu._Czy wszyscy sa w komplecie?_Zapytala znienacka.Herman van Veenen pokrecil glowa  
z dezaprobata._Wszyscy,mamo,oprocz Dicka._Odpowiedzial.Dick Butterby byl jeszcze jednym jej synem i jego 
bratem,najstarszym z nich i roznica byla w tym,ze podczas gdy ojcem Dicka byl John Butterby to ojcem Hermana byl Ghandy van
 Veenen._Nie martw sie,synu.Dojedzie do nas.Czuje to._Angela Butterby usmiechnela sie do niego i widac bylo wyraznie,ze wciaz 
trzymala sie dobrze i nie zbywalo jej na humorze._Gdzie jest ten nasz gosc z Polski?_Zapytala zanim ktokolwiek zdazyl cos 
powiedziec.Tadek Vangard zrobil pare krokow do przodu i przedstawil sie jej.Ona sama podeszla do niego._Witaj w gronie mojej 
rodziny._Powiedziala cieplo do niego i podala mu swoja reke na przywitanie.Dopiero teraz Tadek Vangard zauwazyl,ze miala 
zeza,zupelnie tak jak to bylo w przypadku jego wlasnej babki.Z bliska nie wygladala taka stara jak sie mu wydawalo na pierwszy 
rzut oka.Musiala miec okolo szescdziesiat osiem i napewno nie wiecej niz siedemdziesiat lat._Czuje sie uhonorowany tym,ze moge 
pania poznac._Tadek Vangard rzekl.Ona zas przyblizyla sie jeszcze bardziej do niego,tak ze mogl slyszec jej oddech._Powiem panu
moj sekret.Babcia mojego drugiego meza,Johna,pochodzila z Polski._Zwierzyla sie mu._Naprawde?_Tadek Vangard czul sie 
zadziwiony._Tak.Kochalam ja bardzo.Byla taka bardzo niepretensjonalna i bezposrednia,dbala o nas...Byla uosobieniem 
Madonny,matki Jezusa Chrystusa. _Oh,milo mi to slyszec! Znaczy to,ze troszke polskiej krwi plynie w tej tak bardzo angielskiej 
rodzinie._Tadek Vangard zauwazyl z duma.Ona zas usmiechnela sie do niego raz jeszcze._Musisz mnie odwidzic ktoregos 
dnia.Opowiem ci cos niecos wiecej o mojej rodzinie.Odwiedzisz mnie? Obiecujesz mi to?_ Angela Butterby przeszla na "ty" 
w konwersacji z nim._Oczywiscie! Z wielka przyjemnoscia!_Tadek Vangard odparl.Angela Butterby skinela reka do niego i 
odwrocila sie by przywitac sie z pozostalymi czlonkami rodziny.Helene van Veenen znowu znalazla sie przy nim.
_Tadek,chodz,zapoznam cie z moja siostra._Pociagnela go za rekaw.Chwile pozniej Tadek Vangard znalazl sie naprzeciw 
ponadprzecietnie uroczej Raquel,ktora gawedzila sobie z mlodym amantem,tym,ktorego Tadek Vangard zdazyl juz zauwazyc u 
boku Angeli Butterby,gdy wychodzila do nich  z jej domu._Raquel,to Tadek,nasz  gosc z Polski._Helene van Veenen przedstawila 
go swojej siostrze.Tadek Vangard poczul sie tak jakby znalazl sie na lozu milosci pod przenikliwym spojrzeniem ze strony siostry 
Heleny._Milo mi poznac pania i pana._Odparl jakims takim nieswoim glosem.Zarowno Raquel jak i amant u jej boku rozesmiali sie 
na glos._Mow do nas przez "ty" .Jestesmy przeciez rowiesnikami,jak mi sie wydaje.Nazywam sie Raquel Hendriks._Blondowlosa 
pieknosc wykazala sie refleksem._A ja Johan i jestem synem Soni Dandermond,siostry Hermana._Mlody mezczyzna z kruczymi 
wlosami rowniez przedstawil sie._Oh,co za wielka rodzina!_Tadek Vangard zazartowal._Milo mi was poznac.Mam na imie 
Tadek._A nazwisko?_Raquel Hendriks nie umiala poskromic swojej ciekawosci._Vangard_Padla odpowiedz._Oh,brzmi to tak 
bardzo awangardowo! Nowoczesnie!_Raquel zareagowala tak bardzo impulsywnie,ze serce podskoczylo Tadkowi Vangardowi 
raz jeszcze az do gardla.
W tej wlasnie chwili sportowy kabriolet marki Jaguar wjechal na dziedziniec,z oszalamiajaca predkoscia,halasliwie i przy 
dzwiekach muzyki rockowej w wykonaniu zespolu Aerosmith.Slychac bylo pisk opon z nagla zatrzymanego samochodu i 
nie ulegalo watpliwosci,ze musial to byc Dick Butterby,najstarszy syn Angeli Butterby,znany z ekstrawagancji swojego 
zycia i zachowania.Nie mylili sie.To byl on.Wylaczyl motor i radio rowniez,zerwal sie z siedzenia i przeskoczyl przez 
barierke drzwi.Podbiegl z kolei do swojej mamy,nie zwracajac zadnej uwagi na Hermana,ktory kipial z nerwow a jego 
twarz wykrzywiona byla z oburzenia.Chociaz bracia to jednak nie znosili sie nawzajem._Czolem mamo !_Dick Butterby 
przywital sie z matka i ucalowal ja w dlon._Czolem synu.Jestes spozniony jak zawsze.Moge wiedziec dlaczego ?_Jego 
matka zapytala._Oh,moja droga mamo,nadspodziewanie bylo tak duzo samochodow na trasie,ze spoznilem sie na prom a 
wiesz,ze tylko w ten sposob moglem dostac sie z jednej wyspy na druga._Dick Butterby wytlumaczyl Angeli Butterby. 
_Klamiesz ! O tej porze drogi sa puste !_Herman van Veenen,czerwony jak burak,krzyknal.Dick Butterby odwrocil sie do 
swojego brata a w jego oczach nie bylo nic innego jak tylko wrogosc a moze i nienawisc.Chociaz byli synami dwoch roznych
 ojcow to jednak ich matka byla jedna i ta sama.Sytuacja moglaby sie wyrwac spod kontroli gdyby nie Angela Butterby. 
_Dajcie spokoj ! Przeciez mamy wigilie !_Powiedziala a zarazem pochwycila najstarszego syna za rekaw i pociagnela go do 
stolu._Moi drodzy,usiadzmy przy stole !_Zawolala.Sytuacja z miejsca sie rozladowala gdyz wszyscy byli zajeci ze 
znalezieniem swojego miejsca przy stole.Tadek Vangard byl zdziwiony a jednoczesnie niezmiernie uradowany,gdy okazalo 
sie,ze przydzielone mu zostalo miejsce obok pieknej Raquel.Czul sie tak jakby zakochal sie w niej od pierwszego 
wejrzenia.Zanim zaczeli wigilijna wieczerze glos zabrala Angela Butterby,ktora pozdrowila wszystkich z osobna i zapewnila
 ich jak bardzo byla szczesliwa,ze mogla byc razem z nimi w tak waznym dniu.Potem odmowila krotka modlitwe,ktora 
zakonczona zostala huralnym :"Amen" ze strony wszystkich czlonkow rodziny._No to teraz czujmy sie naprawde jak
 w domu,no bo przeciez jestesmy w domu,naszym wspolnym domu,moi drodzy ! Jedzcie i pijcie do woli,cieszcie sie soba 
nawzajem.Koniec z ceremonialami !_Angela Butterby oznajmila jeszcze.Wszyscy zabrali sie do ucztowania.Tadek 
Vangard czul sie nieco skrepowany.Badz co badz to nie byla jego rodzina i na dodatek ta pieknosc obok niego.Jak ci sie 
podoba w Nowej Zelandii ?_Uslyszal jej pytanie._Oh,narazie zwiedzilem jedynie Wellington i jestem pod wrazeniem piekna
 natury dookola tego miasta.Te gory i ocean w jednym miejscu...A zwlaszcza Oriental Bay! Wyglada to wszystko jakby 
wyjete z bajki.Czasem wydaje mi sie,ze snie._ Raquel Hendriks rozesmiala sie._To nie bajka,to rzeczywistosc !_Odparla. 
_W takim razie cuda i dziwy !_Tadek Vangard ripostowal i rowniez rozesmial sie.Przygladneli sie sobie z uwaga.Tadek 
Vangard zdecydowal sie powiedziec jej prawde._Tak naprawde to wyemigrowalem z Polski do Stanow.Niestety,jak narazie 
nie udalo mi sie spelnic tego mojego planu.Raquel Hendriks przygladnela sie mu z jeszcze wieksza uwaga._Mam 
wrazenie,ze wyemigrowales ze swojego kraju dobre kilka lat temu _Zauwazyla._Nie mylisz sie.Wyjechalem z Polski 
5 grudnia 1981 roku,osiem dni  przed stanem wojennym proklamowanym przez 
owczesnego dyktatora,generala Wojciecha Jaruzelskiego i jego komunistycznych sojusznikow._Tadek Vangard odparl 
z zaduma._Oh,miales szczescie !_Tak,w jakims sensie tak! Sporo ludzi chcialo wyjechac po swietach Bozego 
Narodzenia.Niestety,nie bylo im to dane.
Piekna Raquel byla zamyslona._Nie chce mi sie uwierzyc,ze nie byles w stanie 
wyemigrowac do Stanow._Odezwala sie po chwili.Tadek Vangard zachmurzyl sie._Sporo 
ludzi na Zachodzie nie uwierzyloby mi,ale,niestety,to  jest rzeczywistosc dla ludzi takich 
jak ja,tych,ktorzy urodzili sie po drugiej stronie nieslawnej Zelaznej Kurtyny,co prawda 
nieistniejacej juz,a pomimo to klopoty sa nadal.O wiele latwiej jest dostac sie do Stanow 
takim Muzulmanom,ktorych malo co laczy z tym krajem niz Polakom,ktorzy przeciez 
maja mnostwo wspolnych doswiadczen z Amerykanami,jak chociazby udzial w wojnie 
niepodleglosciowej Stanow przeszlo dwiescie lat temu czy udzial polskich zolnierzy u boku
 Amerykanow  podczas drugiej wojny swiatowej.Czujemy sie niedoceniani przez Stany 
Zjednoczone Ameryki_Tadek Vangard odparl._Moze sytuacja sie odmieni teraz,gdy twoj 
kraj zrzucil z siebie jarzmo komunizmu?_Raquel wyrazila swoje zyczenie._Byc moze,licze 
na to!Ale nie powinno to trwac wieki!_Tadek Vangard podzielil jej zdanie._Boze,dla mnie 
jest tak latwo dostac sie do Stanow! Jade po prostu na lotnisko,kupuje bilet lotniczy i 
wsiadam do samolotu.Nie musze sie nawet martwic o paszport!_Raquel odrzucila jeden 
pozlacany lok do tylu.Wygladala jeszcze bardziej ponetnie.Nic tylko miod i miod.Dostac 
sie do takiego miodu i nie sposob jest sie oderwac._I jaka jest ta Ameryka? Podoba ci 
sie?_Tadek Vangard zamienil sie caly w sluch.Ten kraj byl jego marzeniem.Raquel 
rozesmiala sie i Tadek Vangard poczul sie w siodmym niebie na widok jej bialutenkich 
zebow i czerwioniutkiego,swiezutkiego jezyka.Byl zakochany juz po uszy,chociaz nie 
chcial sie jeszcze do tego przyznac nawet sam przed soba._W moich oczach ten kraj jest 
po prostu normalny,sa w nim plusy i minusy jak w kazdym innym kraju na swiecie.Nie 
widze nic szczegolnego w poronaniu z Europa Zachodnia.Ale nie dziw sie,ja bylam w 
Stanach tysiace razy! Tadek Vangard usmiechnal sie do niej._W tym to ci 
zazdroszcze._Powiedzial._Nie martw sie,nieraz bedziesz mial okazje przybyc do 
Ameryki.O ile sie nie myle,twoj kraj chce przylaczyc sie do Unii Europejskiej.Raz to sie 
stanie,caly wolny swiat,w tym Stany,beda szeroko otwarte dla Polakow.Nie watpie w 
to!_Raquel wyrazila swoja opinie.
_Ale kiedy to sie stanie? Za dobre pare lat,co najmiej._Tadek Vangard odparl ze skwasniona mina._Dobre i 
to!_Raquel zauwazyla._Wiesz._Dodala._Bylam troszke zainteresowana historia Polski,gdy sie uczylam 
w szkole.To byl wielki i tolerancyjny kraj za czasow dynastii Jagiellonow,rozciagajacy sie od Baltyku az po 
Morze Czarne.Byc moze byl to nawet najpotezniejszy kraj w Europie w tym czasie.Az tu nagle,w 
osiemnastym wieku przyszly rozbiory i kraj tez zniknal z map Europy.Jak to mozliwe? Tadek Vangard 
zmarszczyl brwi._Polacy sami byli sobie winni.Liberum veto i korupcja ich zgubila.Dopiero w drugim 
rzedzie potega rosnacych w sile mocarstw granicacych z Rzeczpospolita.W koncu tez zwyczajny pech.Gdyby
 na przyklad udalo sie wyrzucic Zakon Krzyzacki duzo wczzesnij temu nie doszloby do powstania Prusow, 
ktorzy dali podwaliny pod przyszla potege Rzeszy Niemieckiej.Krzyzacy byli rakiem polskiego narodu, 
ktorego nie udalo sie usunac.Dlatego tez ta wielka Rzeczpospolita musiala umrzec i tak wlasnie stalo sie 
w osiemnastym wieku._Moze tym razem bedzie inaczej.Twoj kraj ma teraz enigmatycznego prezydenta, 
Lecha Walese._Raquel Hendriks zauwazyla._Oby tak bylo! Polski narod nacierpial sie wystarczajaco duzo 
w porownaniu z innymi narodami europejskimi._Tadek Vangard wyrazil swoja nadzieje.Raquel Hendriks 
stala sie dziwnie podekscytowana._Wiesz._Rzekla._Wydaje mi sie,ze jest pewne podobienstwo pomiedzy 
Anglia i Polska,gdy porownuje sobie te dwa kraje. _Co to takiego?
_Oba kraje maja w sobie dusze...Hamleta!_Oh!_Tadek Vangard rozesmial sie._Nigdy o tym nie myslalem, 
ale moze i masz racje.To w Krakowie,gdzie mieszkalem zanim wyemigrowalem z Polski,mialem 
przyjemnosc obejrzenia "Hamleta" na deskach scenicznych Starego Teatru jak i  na Wawelu,pod golym 
niebem,co bylo wrecz fenomenalne! Nigdy nie zapomne tego spektaklu! Role Hamleta gral wtedy Daniel 
Olbrychski,jeden z najwiekszych polskich aktorow,ktory,gdyby byl Amerykanem bylby niemniej slawny 
niz Marlon Brando.Zagral Hamleta fantastycznie! Byl mlody i zywiolowy,pelen ambicji,marzen i wielkich 
planow.Widzialem rowniez zachodnie wersje filmowe  Hamleta ,ale zadna z nich nie dorownywala temu co 
zobaczylem na Wawelu._Tadek Vangard przerwal I zmieszal sie nieco gdy zauwazyl jak Raquel przygladala
 mu sie jakos szczegolnie i intymnie.Na jej twarzy odbita byla wrecz fascynacja._Oh,mam wrazenie,ze 
zanudzilem cie._Zazartowal,zeby ukryc swoje zmieszanie._Wiesz,odprawiamy zabawe sylwestrowa
 w ostatnim dniu tego roku.Tutaj,w tej posiadlosci.Chcialabym,zebys przyszedl.Uwielbiam tanczyc!_Raquel 
Hendriks zaproponowala.Tadek Vangard nie pragnal w tej chwili nic bardziej niz kontynuacje znajomosci 
z ta kobieta,ktora wygladala jak aniol zeslany na lono Ziemi.Chyba byl zakochany,bo nawet jego 
uteskniona Ameryka zeszla na drugi plan._Nie wiem czy jestem dobrym tancerzem _Odparl,potakujac przy 
tym glowa na zgode._Nie szkodzi!_Padla odpowiedz ze slodkich ust pieknej Raquel.
Po powrocie do swojego apartamentu Tadek Vangard dlugo stal w oknie i patrzal w panorame 
miasta zanurzonego w fantastycznej grze swiatla,ktore w ta pozna noc Bozego 
Narodzenia bylo odbiciem gwiazd w wodach Pacyfiku,kolyszacego do snu stolice 
Nowej Zelandii.Patrzal ze swojego okna w to drugie okno,jakim byl Wellington i 
glebie morskie dookola miasta,w to drugie okno,ktore bylo jak gdyby 
zaczarowanym zwierciadlem na swiat.Byc moze odbiciem swiata.Lsniace gwiazdy 
na niebie lsnily nie tylko na wysokosciach panskich ale i w lustrzanym odbiciu  
Oceanu Spokojnego.Byly istna muzyka kolyszaca mieszkancow Wellingtonu do 
snu,przynajmniej tych,ktorzy jeszcze nie zdazyli zasnac,chociaz juz byla pozna 
noc.Byla jakas czarodziejska moc nawet w tych swiatlach neonowych,ktore 
oswietlaly ulice i liczne biurowce w centrum miasta.Tadek Vangard nie wiedzial co 
sie z nim dzialo.Nie wiedzial chociaz wiedzial.Byl wielkim podroznikiem w ta pelnie 
lsniacej i blyszczacej nocy,w ta noc pelna diamentow,perel,brylantow i 
jakichkolwiek swiecidelek.Jego mozg czy moze jego mysli w jego mozgu byly jak 
fala powodziowa oceanu,ta pierwsza fala,z najwieksza sila uderzeniowa,ktora nie 
sposob bylo zatrzymac.Zmierzal poprzez ciesniny i kolejne glebie morskie,wdzieral 
sie w  rzeki i parl pod ich nurty,a potem,jakos tak dziwnie,jakos nieslychanie 
latwo,zamienial sie w podmuch wiatru i kontynuowal swoja podroz poprzez 
kontynenty,jak swiat byl dlugi i szeroki,i jak wysoki rowniez,gdy przeslizgiwal sie 
ze swistem poprzez najwyzsze gory swiata.Co tez jego wyobraznia nie potrafila 
zdzialac w ta magiczna noc! Czul sie tak jakby siedzial na szczerozlotym tronie I byl
 mocarzem swiata! Nie do wiary: to musiala byc milosc! Milosc od pierwszego 
wejrzenia! Bo jakze inaczej byc moglo,gdy takie cuda i dziwy dzialy sie z nim? Gdy 
mozg jego tonal w rzece miodu i tylko miodu? Gdy serce jego brzmialo i dudnialo,
wydzieralo sie wnieboglosy? Gdy mial wrazenie,ze "Mazurki" i "Polonezy"
 Fryderyka Chopina pochlonely jego dusze? Gdy slodkosciom w jego myslach i 
podniebieniach nie bylo konca?...

Tak,zakochal sie w pieknej Raquel! 
Chociaz byl wielkim podroznikiem w ta noc,to jednak mial ja w sobie,w tym 
palacu,jaki w sobie mial,w najpiekniejszym palacu byc moze na swiecie,
ukrytym w zakamarkach jego serca.Pamietal kazdy szczegol wigilijnego wieczoru i rozstanie z Raquel.
Pamietal kazde jej slowo a nade wszystko jej urocza twarz i przesliczna 
sylwetke.Rozpamietywal sie w nowo odkrytej milosci,ktora slodzila go i chociaz na pewno 
byl juz po stokroc przeslodzony,wciaz jeszcze pozwalal sie slodzic swoim myslom.
Istotnie nie do wiary: byl zakochany! 
Raquel byla nieslychana pieknoscia,swieza ponad wszelkie miary i jednoczesnie 
nowoczesna,impulsywna a zarazem logiczna,niezalezna i wysoce 
indywidualistyczna,wyemancypowana i czujaca sie doskonale w towarzystwie mezczyzn.
Umiejaca owinac ich sobie dookola jej palca.Czyzby i jego teraz owinela sobie dookola jej palca? 
Tadek Vangard nie dbal o to.Tak czy owak,najwazniejsze bylo jedno,to,ze zakochal sie w niej 
i ze noc sylwestrowa spedzi razem z nia.Nie wyobrazal sobie jak mu sie uda przeczekac te kilka 
dlugich dni i nocy zanim spotka sie z nia.Nie ulegalo watpliwosci,ze bedzie sie meczyl.
Trudno,i taka tez cene trzeba bylo zaplacic za milosc.Najwazniejsze bylo to,ze beda razem w ta 
wielka noc,gdy nowy rok zawita w kazdy zakamarek ludzkiego zycia.
Byla czwarta nad ranem gdy udal sie spac. 
Nazajutrz,okolo godziny dziewiatej rano rozdzwonil sie telefon i dzwonil tak dlugo,ze 
Tadek Vangard,chcac nie chcac,i prawie nieprzytomny,musial wstac z lozka i podejsc do 
biurka,gdzie znajdowal sie telefon.Podniosl sluchawke._Halo?_Odezwal sie._Tadek,to 
ty?_Uslyszal._Tak,to ja! Kto mowi?!_Zapytal niecierpliwym glosem,zdenerwowany 
nieco,ze zostal wyrwany z blogiego snu._Tadek,to ja Alice Thompson._Uslyszal. 
_Ach,Alice!_Prawie,ze odburknal a jednoczesnie byl zadziwiony,ze przyszlo jej tak latwo 
rozmawiac z nim przez "ty".Wogole jej nie znal i zamienil z nia tylko pare slow podczas 
wczorajszej wigilii.Wazne bylo jednak to,ze byla siostra Hermana._Tadek,mam 
wrazenie,ze cie obudzilam._Uslyszal._Nic nie szkodzi,Alice.Co nowego? _Zapytal, 
dochodzac juz do siebie.O spaniu nie bylo juz mowy ale obiecal sobie,ze wyspi sie 
dobrze w najblizszym czasie i napewno przed noca sylwestrowa._Zapraszam cie do 
nas,znaczy do mnie,mojego meza i moich dzieci.Przy okazji zapoznam cie z Polakami, 
ktorzy mieszkaja obok nas.Dwoch z nich,bracia,sa nawet wlascicielami tego domu. 
Pozostali to lokatorzy.To jak? Chcesz zagladnac do nas? Emil cie rowniez 
zaprasza._Oczywiscie,ze tak.Z cala przyjemnoscia.Ale nie znam adresu._Tadek Vangard
 odpowiedzial._O to sie nie martw.Przyjade po ciebie.Godzina dziesiata odpowiada 
ci?_Padla odpowiedz._Troszke za wczesnie,bo jestem niewyspany ale moze byc._Oh,to 
przyjade pozniej!_Nie,Alice,moze byc dziesiata.Rozbudzilem sie na tyle, ze juz nie dam 
rady spac._Dobrze,bede o dziesiatej.Czesc!_Do zobaczenia,Alice!_Tadek Vangard 
odlozyl sluchawke,krecac przy tym glowa z zadziwienia.Alice Thompson byla o wiele 
starsza od niego.Niewatpliwie miala juz okolo piecdziesiat lat,czyli byla dwukrotnie 
starsza od niego.A pomimo to,nie znajac go jeszcze,od razu przeszla na "ty".To bylo 
naprawde zadziwiajace.Nie przeszkadzalo mu to,ale w jakims sensie czul sie 
zafascynowany brawura siostry Hermana
Punktualnie o godzinie dziesiatej uslyszal odglos samochodu wjezdzajacego na 
dziedziniec.Byl juz gotowy,zerwal sie na rowne nogi i wybiegl z mieszkania.W przedsionku 
zderzyl sie z Hermanem._Gdzie tak pedzisz? Zaraz bedziemy miec sniadanie.Dzisiaj nieco 
pozniej jak zazwyczaj._Herman van Veenen odezwal sie._Herman,przepraszam cie. Helene 
rowniez.Zostalem zaproszony przez twoja siostre,Alice.Wlasnie czeka na mnie na 
dziedzincu._Tadek Vangard wyjasnil mu.Wyraz zdziwienia ukazal sie na twarzy brodatego 
Hermana a potem usmieszek wyryl sie w katach jego ust._Oh,Alice! Moja siostra juz 
nieraz potrafila nas zadziwic!_Skomentowal.Polozyl reke na ramieniu Tadka Vangarda i 
skierowal sie razem z nim do wyjscia.Otworzyli drzwi.Alice Thompson zobaczyla tylko 
Tadka Vangarda w pierwszej chwili._Oh,jesters gotowy do drogi! Fajnie. Jedziemy. 
_Rzekla.Dopiero wtedy zauwazyla swojego brata,ktory wysunal sie zza drzwi za Tadkiem 
Vangardem._Oh,Herman,czolem! Ty tez jedziesz z nami?_Zazartowala._A dlaczegoz by 
nie?!_Herman van Veenen odpowiedzial i  rozesmial sie na glos._No to jedziemy! Na co 
czekacie?_Alice Thompson wykazala sie refleksem intelektualnym.Byla zdolna na podjecie
szybkiej decyzji._Alice,przepraszam cie,ale ja tylko zartowalem.Dzisiaj nie planujemy 
nigdzie wychodzic poza dom.Helene zobowiazala mnie do tego.Moja coreczka rowniez.Nie 
pozwolilyby mi ruszyc sie ani na krok._Herman wyjasnil swojej siostrze._Oh,rozumiem 
cie,Herman.Kiedy nas odwiedzicie?_Alice Thompson zapytala.
_Nie martw sie,Alice.Wkrotce!
Jego siostra zamruczala pod nosem._Wkrotce?...No dobrze,Herman,mam nadzieje,ze 
naprawde  wkrotce  zagladniecie do nas._Odparla._Masz moje slowo._Herman van Veenen
zapewnil ja._No to narazie.Do zobaczenia.Tadek,chodz!_Alice Thompson odwrocila sie by 
podejsc do samochodu.Tadek Vangard i Herman van Veenen podali sobie rece i uscisneli 
sie po przyjacielsku,bez slowa,po czym Tadek Vangard ruszyl za siostra Hermana.Wsiadli 
do Forda Taunusa i powoli wyjechali z dziedzinca na kreta i stroma droge wiodaca ich 
z gory Victoria do miasta.
_Tadek,pewnego dnia zawioze cie na szczyt tej gory.Sa z niej cudowne widoki! Alice Thompson 
zazartowala w chwili gdy wyjezdzali spod cienia gory Victoria i wjezdzali na ulice Cambridge Terrace 
skad juz nie bylo daleko do centrum stolicy._Do tego czasu to ja juz nieraz zdobede ten szczyt.Lubie 
zdobywac gory._Tadek Vangard odpowiedzial jej._Kobiety tez?_Alice Thompson zapytala a zobaczywszy 
zmieszany wyraz na twarzy swojego kompana,rozesmiala sie._Ale ma czelnosc!_Tadek Vangard zauwazyl 
w swoich myslach. _Oczywiscie,ze tak,Alice! Jak najbardziej!_Odpowiedzial jej.Alice Thompson nie 
spieszyla sie.Jechali wolno.W pewnej chwili skrecila w lewo,na Courtney Place i pozniej jechali caly czas 
prosto.Nazwa ulicy zmienila sie na Manners Mall i tu wlasciwie zaczynalo sie centrum miasta,z licznymi 
sklepami i sklepikami,kafejkami i restauracjami jak rowniez wielkimi centrami handlowymi i 
biurowcami.Dojechali do ulicy Willis,gdzie bylo sporo przechodniow.Wszyscy ubrani lekko, na ogol w 
koszulkach polo i szortach.Chociaz bylo rano bylo juz cieplo.Tadek Vangard nadal nie byl w stanie 
zaklimatyzowac sie w pelni w tym co obserwowal dookola.No bo jakze? Gdy tu bylo lato i ludzie pedzili na 
plaze juz z rana to w jego rodzimym kraju,Polsce,byla zima.Pocieszal sie jednak tym,ze,gdy w Polsce bylo 
lato to w Nowej Zelandii byla zima.Wszystko na odwrot! Ulice,sklepy,wiezowce przyozdobione byly 
swiatecznie i wygladalo to tak dziwnie w jego oczach.Przez cale przeciez swoje mlode lata przyzwyczajony 
byl do swiat Bozego Narodzenia z odrobina sniegu chociazby.Ale za to widzial tu cos czego w jego 
rodzimym kraju brakowalo: beztroskich ludzi,ktorzy tu mieszkali,spokojny tryb zycia i nie przejmowanie
sie zanadto tym co bedzie jutro albo i w dalszej perspektywie.System socjalny byl doskonaly,szpitale 
bezplatne,jednym slowem naprawde nie trzeba bylo sie niczym przejmowac.Z kolei wjechali na Lambton 
Quay,najbardziej reprezentacyjna ulice w Wellingtonie,na ktorej znajdowaly sie jedynie centra handlowe 
i wiezowce mieszczace w sobie swiatowe firmy.U wylotu Lambton Quay ukazala sie im olbrzymia 
przestrzen znacznie mniej zabudowana niz dotad to widzieli.Na wyniesieniu po lewej stronie znajdowal sie 
neoklasyczny budynek parlamentu nowo zelandzkiego a obok niego nowoczesny,a nawet awangardowy 
budynek w ksztalcie monumentalnego ula,nazywany potocznie Beehive,w ktorym swoja siedzibe mial 
rzad Nowej Zelandii.Tadek Vangard wpatrzyl sie uporczywie w ten budynek._Boze,strategia 
Beehive,ktora byla w moim posiadaniu wziela nazwe od tego budynku! To tu mialo dojsc do zamachu 
stanu,gdyby strategia Beehive doszla do skutku! _Pomyslal z trwoga...
Nadal nie mogl oderwac wzroku od Beehive'u,kilkunastokondygnacyjnego budynku,okraglego w ksztalcie 
stozka,zwezajacego sie ku gorze.W jakims sensie wygladal jak forteca.O ile sam budynek byl okragly o 
tyle fundamenty mialy ksztalt kwadratu i nie wiadomo co sie w nich krylo,moze i nawet gleboko w ziemie. 
Tadek Vangard nie bylby zdziwiony,gdyby okazalo sie,ze  w podziemiach znajdowala sie jadrowa 
wyrzutnia rakietowa na czas ewentualnej wojny.Ale to juz byla czysta fantazja.Szczegolnie spodobaly mu 
sie wielkie drzewa okalajace budynek,z rozlozystymi koronami,w jakims sensie jak nasze najwieksze 
drzewa,ktore mozemy zobaczyc w parkach,z ta roznica,ze liscie byly co najmniej podwojnie czy nawet 
potrojnie grubsze,pelniejsze,zapelnione woda,gleboko i wiecznie zielone.Cos co bylo typowe dla 
drzew klimatu srodziemnomorskiego ale Tadek Vangard wiedzial,ze takich drzew,na ktore wlasnie patrzal 
nie znalazlby nad Morzem Srodziemnym.Czul,ze byly on wylaczna wizytowka Nowej Zelandii,podobnie jak 
ptaki ktore nie mogly latac,a ktore nazywaly sie Kiwi i mialy swoje miejsce w godle Nowej Zelandii._Co to 
za drzewa,Alice? Nigdy przedtem,poza Nowa Zelandia,ich nie widzialem!_Zwrocil sie do siostry 
Hermana._Nazywaja sie Pohutucawa i mozna je zobaczyc wylacznie w Nowej Zelandii.Gdy jest zbyt cieplo 
mamy zwyczaj schronic sie pod ich rozlozystymi koronami,ktore skutecznie ochraniaja i ochladzaja nas 
przed nadmiarem promieni slonecznych._Alice Thompson podzielila jego wczesniejsze przypuszczenia. 
_Szczegolnie podobaja mi sie te sliczne,bulwiaste paczki,tak bardzo czerwone,ze az w kolorze krwi!_Tadek 
Vangard dal upust swojemu zachwytowi.Moze nigdy nie myslal o tym,zeby zamieszkac na stale w Nowej 
Zelandii,ale zobaczyl w niej rzeczy,nieraz osobliwe,ktorych nie zobaczylby gdziekolwiek indziej na swiecie. 
Alice Thompson skrecila w lewo,na ulice Whitmore,a potem raz jeszcze w prawo,na ulice The Tarrace. 
Znaczylo to,ze jechali niemal rownolegle do Lambton Quay ale tym razem pod gore.Najpierw mijali centra 
handlowe i wiezowce a potem juz prywatne domy i wille,zbudowane w wiekszosci w stylu kolonialnym i na 
ogol z drewna wysoce pregmowanego.Byly dekorowane,mialy drewniane schody,ganki,werandy,piekne i 
przejrzyste salony oraz pokoje z wielkimi,dekorowanymi oknami a w kazdym pokoju goscinnym musial 
znajdowac sie kominek,tak zeby goscie mogli czuc sie jak w domu,widzac buchajacy ogien w kominku i 
odglosy palacego sie drzewa.W polowie ulicy The Terrace,Alice Thompson zaparkowala samochod na jej 
uboczu._Ten dom po prawej stronie to moj dom a ten dom po lewejstronie nalezy do dwoch braci z Polski. 
Najpierw zapraszam do mnie a potem udamy sie do nich._Alice Thompson zaproponowala.Tadek Vangard 
spojrzal na oba domy,jednakowo piekne,smukle i wyniosle,ornamentowane,jeden w kolorze jasnego rozu a 
drugi wybitnie blekitny.Mial wrazenie raz jeszcze,ze znalazl sie w zaczarowanej krainie.Ale to byla 
rzeczywistosc,ta inna,nowo zelandzka._Dzieki,Alice._Odpowiedzial jej.
Wysiadli z samochodu,weszli do ogrodu,w ktorym roilo sie od najrozmaitszych kwiatow i nie brak bylo 
roz,bogin a zarazem krolowych swiata roslinnego.Tadek Vangard zrobil kilka glebokich 
wdechow,delektujac sie cala gama zapachow i ich swiezoscia.Czul sie jak w raju.Doszli do drzwi 
wejsciowych,Alice Thompson nacisnela na dzwonek i zaraz potem we drzwiach pojawil sie barczysty 
mezczyzna w srednim wieku,ktorym oczywiscie byl Emil,malzonek Alicji Thompson.Tadek Vangard znal 
go juz na tyle,ze nie musial sie mu przedstawiac.Poznali sie na pamietnej wigilii w posiadlosci Angeli 
Butterby.
_Czolem,Tadek.Zapraszam do srodka._Odezwal sie przyjaznie i podal mu swoja reke na przywitanie. 
Przeszli wzdluz korytarza obok paru pokoi i doszli do tego pokoju,goscinnego najzupelniej,ktory musial 
byc najwiekszy ze wszystkich pokoi a zarazem mozna bylo delektowac sie z niego widokiem ogrodu 
w tylnej czesci domu.Byl tam tarras,byl stol,drewniane krzesla,plac zabaw dla dzieci,sporo gier no i, 
oczywiscie,mnostwo kwiatow,krzewow oraz pare drzew.Co jednak najbardzej zadziwilo Tadka Vangarda to 
bylo to co zobaczyl w srodku pokoju goscinnego.Nie spodziewal sie,ze moze to byc tak liczna 
rodzina.Czterech doroslych synow z zonami i dziecmi oraz jedna corka,zamezna ale porzucona przez 
swojego meza,ktory wyjechal do Kanady.I ona miala dwoje dzieci.W sumie bylo ich kilkunascioro i nic 
dziwnego,ze bylo raczej glosno w pokoju goscinnym.Na widok Tadka Vangarda przywitali sie z nim 
choralnie i po kilkunastu minutach ich gosc mogl przyznac,ze czul sie swojsko w ich obecnosci,tak jakby 
znali sie od lat.To byl w jakims sensie dar Nowo Zelandczykow: potrafili sie szybko zapoznac a nawet 
zaprzyjaznic z osobami,z ktorymi mieli do czynienia po raz pierwszy.Najglosniejsza z nich wszystkich byla 
Rita,ich siostra i corka Emila i Alicji Thompson.Gdy w telewizji pojawila sie postac Michaela Jacksona, 
ktory zaczal spiewac piosenke "Earthsong",prawie,ze padla plackiem na podloge na jego widok i byla 
wrecz wniebowzieta,co odzwierciedlalo sie na jej twarzy zbyt przesadnie.Miala jedna wielka wade.Lubiala 
sobie dobrze pojesc.Nic wiec dziwnego,ze byla gruba,dwukrotnie grubsza od swojej wlasnej matki.Bylo 
sporo picia,nie brakowalo likierow a w samo poludnie podany byl apetyczny lunch,z panierowanymi 
rybami i zestawem salatek oraz koktajlem owocowym.Wszyscy byli ciekawi codziennego zycia w Polsce i 
dlatego zadawali Tadkowi Vangardowi mnostwo pytan na ten temat._Tadek,chodzmy do naszych 
sasiadow._Alice Thompson zaproponowala w pewnej chwili._Wrocimy tu za godzine albo dwie._Dodala,by 
uciszyc protesty domownikow.
_Zadbany dom._Tadek Vangard zauwazyl,gdy zblizali sie do domu,ktory nalezal do dwoch braci z Polski. 
_Remontowali go przez caly rok.Dopiero ostatnio zakonczyli prace remontowe._Alice Thompson odpowiedziala._Czuc
 zapach farby._Tadek Vangard skwitowal._I jeszcze jedno,Tadek,zebys nie byl zdziwiony.Nie tylko ci dwaj bracia 
mieszkaja w tym domu.Maja rowniez lokatorow z Polski._Alice Thompson zmienila temat.Doszli do drzwi.Nowo 
Zelandka nacisnela na dzwonek.Drzwi zostaly otworzone chwile pozniej i ukazal sie w nich 
mlody,dwudziestoparoletni,wysoki mezczyzna z blondowlosa czupryna na glowie._Czesc,Franek!_Alice Thompson 
rozesmiala sie na glos._Tadek,zapoznajcie sie._Dodala.Tadek Vangard wyciagnal reke i przedstawil sie._Wchodzcie 
do srodka.Moj brat i nasi lokatorzy czekaja na was._Franek zaprosil ich.Znalezli sie w dlugim korytarzu,oswietlonym
 lampami neonowymi.Po obu jego stronach znajdowaly sie pokoje mieszkalne.Zapewne rowniez kuchnia i pokoj 
jadalny.Nieco dalej byly drewniane schody na gorne pietra.Mineli te schody i weszli do ogromnego pokoju, 
najzupelniej goscinnego,ktory mial nowoczesne okna z widokiem na tylna czesc ogrodu.Co najbardziej zaskoczylo 
Tadka Vangarda to grupa mlodych ludzi,dziesieciu jak szybko wyliczyl,ktorzy siedzieli wygodnie na fotelach 
rozstawionych dookola szklanego stolu i wpatrywali sie w niego oraz Alice Thompson jak w osme cuda swiata._Czesc 
wam.Ktory to z was jest bratem Franka?_Tadek Vangard przeszedl od razu na "ty".Nie zamierzal byc skrepowanym.
 Uczucie to nie mialo miejsca w jego stylu zycia.Wstal jeden z blondynow._To ja jestem jego bratem. Mam na imie 
Stefan._Powiedzial.Milo mi cie poznac._Tadek Vangard odpowiedzial,podszedl do niego i potrzasneli sie serdecznie za 
swoje rece.Z kolei Tadek Vangard zapoznal sie z pozostalymi Polakami podczas gdy Alice Thompson zartowala sobie 
z jednym z nich,niejakim Antkiem z Bialostocczyzny.Bylo cos dziwnego w ich spojrzeniach,cos co sugerowalo milosc 
od pierwszego wejrzenia.Tadek Vangard nie analizowal tego spostrzezenia,bo po prostu nie wyobrazal sobie,ze 
piecdziesiecioletnia kobieta,zamezna na dodatek,moglaby miec jakies zazyle kontakty z trzydziestoletnim 
mezczyzna.Nie minal kwadrans a wszyscy czuli sie tak jakby znali sie od lat.Wymieniali ze soba spostrzezenia ze 
swoich emigranckich lat.Jedni byli zadowoleni,inni nie.W grupie byly cztery dziewczyny,Grazyna, Halina,Marzena i 
Renata.Dwie z nich byly zamezne i siedzialy obok swoich mezow.Mialy po dwoje dzieci,ktore bawily sie w jednym 
z pokoi na piewszym pietrze.Gdy zaczeli rozmawiac na tematy zwiazane z losem Polakow na obczyznie,niektorym 
miny wyraznie zrzedly._Bedziesz dluzej w Nowej Zelandii to bedziesz wiedzial wiecej.Wiekszosc Polakow z nowej 
generacji,ktorzy znalezli sie w Nowej Zelandii nie maja szans na godne zycie.Sa bez pracy,bez pieniedzy i wegetuja. 
Staja sie alkoholikami i bywalcami knajp.Jedyna szansa dla nich to uciec z Nowej Zelandii,ale i na to nie maja 
pieniedzy.Ciemna rozpacz!_Tadek Vangard dowiedzial sie ze zgroza od jednego z lokatorow,niejakiego Kazika 
z Lubelszczyzny._I nie traktuja nas tak dobrze jakbysmy sobie tego zyczyli.Ja chcialem wyemigrowac do Anglii ale 
zatrzymali mnie na lotnisku w Heathrow obok Londynu i deportowali z powrotem do Nowej Zelandii._Powiedzial 
drugi z lokatorow,ciemnowlosy Piotrek z Krakowa._Jakby wyczuli,ze chcialem zostac w Anglii._Dodal z gorzka 
mina.Tadek Vangard poczul sie nieswojo.
-Piotrek,a jestes juz obywatelem Nowej Zelandii?-Tadek Vangard zapytal Krakowiaka.-Oczywiscie,ze tak! Bez paszportu 
nie moglbym sie ruszyc poza Nowa Zelandie.-Padla odpowiedz.-To jakim cudem Anglicy osmielili sie deportowac cie 
z powrotem do Nowej Zelandii? Przeciez w chwili,gdy dostales obywatelstwo nowo-zelandzkie,z tego co mi 
wiadomo,przysiegales na krolowa Elzbiete II,ktora panuje nie tylko w Wielkiej Brytanii ale i w innych krajach bylej 
Wspolnoty Brytyjskiej,obecnie tzw.Comonwealth'u,a wiec jest krolowa i w Australii,i w Nowej Zelandii!-Tadek Vangard 
nie mogl pojac w zaden sposob,ze obywatel Nowej Zelandii,kraju uprzywilejowanego na Zachodzie,mogl byc potraktowany 
tak zle.-Zapytaj o to Anglikow.Wystarczylo im zobaczyc w paszporcie,ze pochodze z Polski i od razu potraktowali mnie 
inaczej.-Piotrek odpowiedzial z gniewem.-Moim zdaniem Anglicy to dziwny narod.Oni sa 
anty-polscy z niewiadomego powodu.Podejrzewam,ze uwazaja sie za lepszych.Jezeli tak jest wowczas nie dziwie sie,ze tak 
cie potraktowali.Ja do nich nigdy nie pojade!-Antek z Bialostoczczyzny powiedzial co myslal i mrugnal przy tym do Alice 
Thompson,ktora wszyscy z nich wolali po prostu Alicja.-No a tuna miejscu,w Nowej Zelandii,jak to mozliwe,ze Polacy sa 
bez pracy? Przeciez sporo starych Polonusow mieszka tu,zwlaszcza tych,ktorzy przybyli tu w czasie drugiej wojny 
swiatowej i zaraz po wojnie.Sa bogaci,wielu z nich ma po kilka domow,swoje firmy...Nie moga pomoc tym przybylym tu 
pozniej?-Tadek Vangard zapytal.Dziewczyny rozesmialy sie na glos.-Oh,Tadek,nie zostales jeszcze wtajemniczony w wiele
 spraw! Ci ze starszych generacji maja nas w nosie za przeproszeniem.Nawet palcem nie kiwna,zeby nam 
pomoc.Kompletne zero!-Krzyknela Grazyna z Poznania.-Zamiast pomoc nam znalesc prace to wbijaja nam ciemnote o 
tym,zebysmy byli cierpliwi i ze wszystko sie z czasem dobrze ulozy.Mija rok,drugi,trzeci,cale lata w koncu i...nic!Totalna 
kleska!-Renata z Lomzy potwierdzila zla opinie o starej generacji.Tadek vangard pokrecil glowa ze zgorszenia.-Czy 
naprawde jest az tak zle?-Zapytal.-To zalezy.Jezeli uda sie znalesc prace to mozna sie dorobic czegos.Widzisz,ja i Franek 
kupilismy ten dom,wyremontowalismy go i wynajelismy lokatorom,no i...udalo sie.Ale wszystko dzieki temu,ze ksiadz 
na plebanii mial oferte od pewnych Kiwusow,ktorym remontowalismy pozniej ich domy.-Stefan,mlodszy brat Franka 
rzekl.-Wogole,to okropnie ciezko jest znalesc sobie prace.Kiwusi rozdaja sobie roboty pomiedzy soba,bo moga sobie 
swobodnie rozmawiac po angielsku i czuc sie po swojsku a z nami,Polakami,to nieraz ciezko im sie porozumiec,bo 
niejeden z nas to slabo albo i prawie wogole nie mowi po angielsku.W tym jest sek.Brak znajomosci jezyka.Jezeli bracie 
wybierasz sie do obcego kraju to nie zapomnij nauczyc sie jezyka.To raz.A dwa:lepiej jak znasz sie dobrze na takim czy 
owakim fachu,bo ludzi bez zawodu tu nie potrzeba.-Franek dodal.-No a wogole,sa sukcesy zawodowe pomiedzy Polakami
 tu,w Nowej Zelandii?-Tadek Vangard zapytal z ciekawosci.-No,niektorym sie udalo,zwlaszcza tym co sa programistami 
komputerowymi i jezyk angielski maja w jednym palcu.-Franek odpowiedzial.Tadek Vangard czul sie 
markotnie.Przykro mu bylo,gdy myslal o doli i niedoli Polakow na obczyznie.Bardziej to byla niedola niz dola,pomimo 
stereotypu wujka z Ameryki w ich rodzimym kraju,Polsce...
Ciag dalszy nastapi...Autor: Tadeusz Hutyra,e-mail: tadekhutyra@hotmail.com albo: clubers@funworld.be
Prawa autorskie zastrzezone.

*


Zapraszam do strony 3

Z powrotem do strony 1